| | FAQ | Szukaj | Użytkownicy | Rangi | Rejestracja | Profil | Wiadomości | Zaloguj
Linki | Ekipa | Regulamin | Galeria | Artykuły | Katalog monet | Moje załączniki

Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
erkael56
Kapitan

Kapitan





Posty: 1317
Skąd: Małopolska
Odpowiedz do tematu Odpowiedz z cytatem

Tragedie w górach

Tragedie w dniu 3.VIII.1925 roku

Mój kalendarz – 92 lata temu, 3 sierpnia 1925 roku, w Masywie Babiej Góry i w Tatrach zdarzyły się bardzo dziwne wypadki, które do dziś szukają rozwiązania.

Szczyt Babiej Góry nie bez przyczyny znany jest ze swojej kapryśnej pogody. Nawet gdy w dolinach mamy ciepłą i słoneczną aurę, może się zdarzyć że na szczycie trafimy na silny wiatr i niską temperaturę. W dniu 3 sierpnia 1925 roku nastąpiło na Babiej nagłe załamanie pogody. Rozszalała się gwałtowna wichura.

Na grzbietowej hali niedaleko Diablaka pasł woły starszy doświadczony wolarz Wincenty Żywczak i trzej młodzi pomocnicy Karol Lach, Emeryk Szklarczyk i Surowczyk. Próbują zegnać z grzbietu stado w bardziej bezpieczna kotlinkę ale na nierównościach Żywczak potyka się łamiąc nogę i umiera z zimna! Pomagający mu pomocnicy nękani gwałtowną wichurą, przemoczeni do nitki, przemarznięci tracą siły i na łące umierają z wyczerpania.

Surowczyk ocalał zszedł na oślep do osiedli w Lipnicy. O 4-tej rano następnego dnia ekipa ratunkowa znajduje trzy trupy. Zadziwiające jak na sierpień. Woły okazały się odporniejsze i zbiły się w stado wychodząc bez szwanku.

Co dziwnego tego samego dnia w Tatrach miała miejsce podobna tragedia. 3 sierpnia 1925 roku. 3 osobowa grupa wyruszyła z Pięciu Stawów Spiskich na Łysą Polanę. Szli w towarzystwie czterech poznanych wcześniej taterników, z których trzech - z powodu załamania pogody i silnego wiatru - wyprzedziło ich. Został z nimi tylko doświadczony Wasserberger. Ok. 5. po południu z prokuratorem Kasznicą zaczęło dziać się coś niedobrego. Po chwili to samo skrajne wyczerpanie dotknęło jego syna i drugiego mężczyznę. "Pani Kasznicowa twierdziła, że wszyscy czuli się dobrze, a potem naszła ich duszność. […] Jeden po drugim padali nieprzytomni" - Zofia Kasznica - nieodczuwająca dziwnej fatygi - dała Wasserbergerowi i synowi "na wzmocnienie" porcję czekolady i łyk koniaku. Alkohol wlała też do ust ledwo przytomnemu mężowi, który chwilę potem wyzionął ducha. 21-letni student, majacząc chciał wstać, ale przewrócił się i umarł. Nie żył też 12-latek.
Tajemnica tragedii, jaka rozegrała się w Dolinie Jaworowej, do dziś pozostaje nierozwiązana. Posądzano Kasznicową o otrucie. Dzisiaj sugeruje się zjawisko próżni powietrznej przy silnym wietrze. Też mało przekonywujące. Góry kryją tajemnice.

Uwagi Czytelników

Ja bym powiedział, że to nie tylko nie jest dziwne, ale normalne. Jeśli w dwóch lokalizacjach na tego samego dnia na wysokości ludzie mieli problemy to bardzo wskazuje to na anomalię pogodową. Szkoda, że nie wiemy na jakiej wysokości było to zdarzenie w tatrach, ale myślę, że spokojnie można założyć, że na mniej więcej podobnej. W 1925 istniał już przemysł i to dość trujący, więc mogły to być i jakieś wyziewy z fabryki, które akurat się skumulowały nad górami, albo obniżenie poziomu tlenu powietrzu. Może tlenek węgla? (Sectroyer)

Wspólny czynnik obu przypadków, to silny wiatr i nagłe ochłodzenie. Dodając do tego zmęczenie wędrówką, wysokość i próby walki z żywiołem, mogły się przyczynić do tej tragedii.
Jak może być niebezpieczny silny wiatr Question Question Każdy kto był w górach i stanął pod wiatr z otwartą buzią , szybko mógł się przekonać jak silnie może zapierać dech w piersi. Człowiek w takich warunkach, a szczególnie w górach, traci siły w zastraszającym tempie czego liczne zdarzenia są potwierdzane przez GOPR. (Henryk)

Opracował – Stanisław Bednarz
Zdjęcia - Internet

_________________
www.wszechocean.blogspot.com

Nie 06 Sie, 2017 6:39

Powrót do góry
erkael56
Kapitan

Kapitan





Posty: 1317
Skąd: Małopolska
Odpowiedz do tematu Odpowiedz z cytatem

Zagadka Tribeča

Miloš Jesenský

Opowieść ta została przedstawiona w formie referatu wygłoszonego w czasie jednego z UFO Forów we Wrocławiu, a także wykorzystana w powieści Daniela Laskowskiego – „Wysoka północ” - http://daniel-laskowski.blogspot.com/2017/06/wysoka-ponoc-48.html i dalsze, w której przedstawia on własne hipotezy na ten temat. A oto historia, która wstrząsnęła Słowacją pod koniec lat 90. XX wieku:

----------------------------------------------------------

Jest to historia pewnego szczególnie wyrafinowanego oszustwa, mającego na celu powstanie legendy naukowej czy paranaukowej, a która podana w mediach stałaby się doskonałą reklamą dla jednego z bardziej malowniczych, acz niedocenionych przez turystów kątów Słowacji. Byłaby ona także jedną z ufologicznych Legend podobnych do Legendy o Katastrofie w Roswell (1947 rok), Ufokatastrofie na Spitzbergenie (1952) czy Legendy o Katastrofie w Gdyni (1959 rok) i innych fałszerstwach tego rodzaju, która mogłaby później pomóc w promocji tego regionu.
Z początku fakty przedstawiały się zgoła sensacyjnie. Tajemnicze i zagadkowe miejsce... A zaczniemy od tego, że Tribeč jest to górski grzbiet na fatrańsko-tatrzańskim obszarze Słowacji. Na zachodzie ogranicza go Dolina Nitry, na wschodzie Wzgórza Żitawskie i Pohroński Inovec, na północnym-zachodzie Vtačnik, zaś od północy Górnonitrańska Kotlina. Chodzi tutaj o górski grzebień o wysokości od 142 m n.p.m. przy Nitrze, do 829 m na szczycie Wielkiego Tribeču. Z geologicznego punktu widzenia, kraina ta jest zbudowana z wapieni, dolomitów i piaskowców. Jej część pokryta jest lasami bukowymi, zaś w niższych partiach dębiną przemieszaną z kępami sosen. Teren ten jest rzadko zasiedlony, przysiółki i wsie są od siebie znacznie oddalone, zaś w czasie zimy nierzadko i trudnodostępne.
W czerwcu 1999 roku na serwerze Geocities pojawił się tekst, który traktował o Tribeču i o zachodzących tam dziwnych i wręcz niewiarygodnych wydarzeniach. Informację ze strony internetowej, która tymczasem na przełomie lipca i sierpnia 1999 roku znikła z Internetu, opublikował znany badacz Jan Klapetek z Brna już to w Internecie, już to w różnych czasopismach. Autor opublikował opis „dziwnej serii wydarzeń, w których Tribeč nie występuje jako pasmo lesistych wzgórz, ale jako tajemnicze, zagadkowe miejsce, otulone mgłą tragicznych i niewyjaśnionych zdarzeń”. Przedstawiam jego tekst w skróconej formie na tyle, by nie zmieniać za bardzo oryginału:

(1) ... zima roku 1929 przyszła na Tribeč w końcu listopada – ranek 22 listopada był pochmurny i ciemny, a z gęstych niskich chmur padał pierwszy lepki i mokry śnieg, który po krótkim czasie utworzył na ziemi grubą warstwę. 47-letniemu kawalerowi, leśnikowi A. Samszaly’emu niepogoda zupełnie nie przeszkadzała – był do niej, po długich latach pracy w lesie, całkowicie nawykły – i jak zwykle udał się rano do lasu. Śnieg chrzęścił mu pod butami, i od ubogiego domku małżeństwa Zayovych, leżącego na południowo-wschodnim krańcu wsi Vel’ke Uherce, w którym mieszkał od kilku miesięcy, odbiegał szlak wydeptany jego stopami. Jego ślady widać było jeszcze przez całe przedpołudnie, a potem przykrył je nowy śnieg, który bezustannie padał przez dzień, noc i cały następny dzień. I razem z nim znikł ostatni ślad leśnika Samszaly’ego...

Leśnik nie wrócił do domu ani 22. ani 23.XI. Małżonkowie się tym specjalnie nie przejmowali, bowiem wiedzieli, że leśnik czasami nie wracał z lasu przez kilka dni, a poza tym szukać go w nocy i na śniegu nikomu się nie uśmiechało. Ale 23. po południu Anna Zayova zaczęła wypytywać sąsiadki, czy nie wiedzą czegoś o losach Samszaly’ego. Na trzeci dzień małżonkowie już rozpytywali w całej wsi, czy ktoś leśnika nie widział, a jego nieobecność zaniepokoiła wieśniaków. Kiedy nie wrócił, poszli do lasu na poszukiwania. Szukali go do zmroku, który w listopadzie zapada około godziny 17., ale nie znaleźli niczego – ani leśnika, ani jakiegokolwiek śladu jego obecności. Kiedy z tych bezowocnych poszukiwań powrócili, miejscowy żandarm udał się do miejscowości Šimonovany w celu naradzenia się z przełożonymi, co robić dalej.
W następnym tygodniu oddział żandarmów kilkakrotnie przeszukiwał masyw leśny Tribeč w pobliżu miejscowości Vel’ké Uherce. Poszukiwania skomplikowały im dalsze śniegi, które pod koniec listopada dosięgały już metra grubości. Po upływie następnego tygodnia bezowocnych poszukiwań, żandarmi doszli do wniosku, że jeżeli Samszaly’emu coś się złego stało, to już z pewnością nie żyje, a jego ciało znajdzie się na wiosnę, kiedy śniegi spłyną. A jeżeli Samszaly popełnił samobójstwo i nie powiadomił o tym nikogo, to dalsze chodzenie po lesie jest i tak bez sensu. Urzędnicy chcieli mieć spokój i rychło sprawę umorzyli.
W styczniu 1930 roku, w niemieckojęzycznej gazecie „Nachrichten” wychodzącej w Nitrze, pojawiła się krótka wzmianka o zniknięciu leśnika Samszaly’ego, w której krótko opisano cały wypadek. W lutym gazeta znów wróciła do tego tematu w jedynie trzywierszowej wzmiance, w której konstatuje, że po upływie trzech miesięcy nie znaleziono nawet śladu po tym człowieku. Potem w żadnej gazecie do połowy 1930 roku, nie pojawiła się już żadna wzmianka o tym wydarzeniu. Przyszła wiosna 1930 roku, ale nie znaleziono żadnego śladu po leśniku, ani jego samego też nie, a że nie miał on żadnych krewnych, którzy by się o niego upomnieli, żandarmeria – o ile mi wiadomo – nie prowadziła żadnych poszukiwań. Miejscowa gazeta miała inne wydarzenia w regionie, i sprawa popadła w zapomnienie. Ostrzeżenia minęły się z celem...

(2) Nie wiem, czy Maria Švajzerova (według innych źródeł Šlajzerova) z wsi Mankovce wiedziała o tajemniczym zniknięciu A. Samszaly’ego – raczej powiedziałbym, że nie. Mankovce są oddalone od wsi Vel’ké Uherce o 20 km w linii powietrznej, zaś pomiędzy obydwoma wsiami leży grzbiet Tribeču, a poza leśnymi ścieżkami i duktami nie ma pomiędzy nimi żadnego połączenia. Nie sądzę, żeby prosta kobieta, żona rolnika czytała niemieckie gazety ukazujące się w Nitrze. Być może słyszała o tym – tego nie wiem. Wiadomym za to jest, że kiedy w dniu 18 grudnia 1930 roku wyprawiała swoją najstarszą 18-letnią córkę – też Marię - to uparcie upominała ją, żeby na drodze do oddalonej o 4,5 km wsi Zlatno, gdzie miała swemu dziadkowi donieść trochę jedzenia, nigdzie się nie zatrzymywała i po oddaniu dziadkowi węzełka, w którym miała wszystko zapakowane, natychmiast wrócić do domu.
Ostrzeżenia – jak się potem okazało – były całkowicie na miejscu, ale minęły się z celem. Marysia do Zlatna nigdy nie dotarła i już jej nikt nigdy nie zobaczył... Kiedy nie powróciła do domu do zachodu słońca, jej matka zaalarmowała swego męża Matusza, aby poszedł jej szukać. Ten stwierdził, że córka pewnie zanocowała u dziadków i rano powróci do domu, ale kiedy żona była niespokojna – udał się do Zlatna by poszukać córki. W Zlatnie rodzice mu powiedzieli, że Marie do nich w ogóle nie doszła. O północy wrócił do domu i przyrzekł małżonce, że rano rozpocznie poszukiwania.
Rano małżonkowie skrzyknęli sąsiadów i posłali po miejscowego żandarma, który nazywał się Arpad Boko i wspólnie przeczesali cały las od Mankoviec do Zlatna i z powrotem. Dziewczyna przepadła jak kamień w wodę i jej nigdy nie znaleziono. Prasa zrobiła wiele szumu – nitriański „Nachrichten” oraz dwa dzienniki z Bratysławy. We wszystkich artykułach przypomniano przypadek zniknięcia A. Samszaly’ego i łączono ze sobą te dwa wypadki, co podwyższyło tylko nakład tych dzienników.

(3) Przypadki te rychło byłyby zapomniane, gdyby nie to, że robotnik Andrej Murgasz w dniu 10 grudnia 1934 roku nie wrócił na noc do domu z pracy w kamieniołomie do swego domu we wsi Žirany. Wieś ta leży w odległości 13 km w linii powietrznej od Mankoviec i niecałe 30 km od Vel’ké Uherce. Dwa kilometry od tej wsi znajduje się kamieniołom wapienia, pod szczytem góry Žibrica – 617 m n.p.m., w którym pracował Murgasz. Jedyne, co wiemy o tym zniknięciu wynika z wzmianki z dziennika „Narodna Obroda” ze stycznia 1935 roku. Dzięki temu, że dziennik podaje jego datę urodzenia – 13.03.1891 roku, udało się nam ustalić w nitrańskim USC, że człowiek ten nigdy się nie znalazł. Poza tym znaleziono tam dokument z lipca 1952 roku, w którym jego żona Anastazja wnosi o uznanie Andreja za zmarłego, co stało się w kwietniu 1953, i mogła ona ponownie wyjść za mąż.

Te trzy incydenty miały miejsce w miejscowościach niezbyt odległych od siebie i w krótkim okresie czasu, co sugeruje istnienie jakiejś serii wypadków. Każdy z nich jest możliwy do wyjaśnienia. Czwarty przypadek jest już trudniejszy i miał miejsce w roku 1939 w dzisiejszym mieście Partizanske. (4) W tamtejszej fabryce pracował robotnik Walter Fischer. Pracował on w mieście od poniedziałku do soboty, zaś na niedzielę udawał się do swej żony zamieszkałej na wsi koło Nowego Miasta nad Wagiem. Trudno powiedzieć, dlaczego w niedzielę, dnia 24 stycznia 1939 roku, do żony nie dotarł... – możliwe, że się z nią poprzedniego tygodnia pokłócił. Tego dzisiaj zweryfikować się nie da.
Zamiast do żony – jak powiedział kolegom – wybrał się on „przewietrzyć się” w góry – zwiedzić tzw. Černy Hrad, z którego rozpościera się wspaniały widok na okolicę, a który leży niecałe 3 km na NW od wsi Zlatno – wsi, do której w grudniu 1930 nie doszła młoda Maria Švajzerova. Dziwny to był pomysł – trzeba Wam wiedzieć, że droga z Partizanskiego do Čiernego Hradu wynosi 23 km, a zatem Waltera Fischera czekała trasa o długości około 50 km! Z tego co najmniej 30 km lasem przez grzbiet Tribeču, na którym w styczniu musiało być co najmniej metr śniegu.
Wyglądało na to, że Fischer nie miał pojęcia o odległości i trudach wyprawy, jaką sobie założył. Kiedy w poniedziałek, 25 stycznia rankiem nie zgłosił do pracy, nikt się tym specjalnie nie przejął – kierownictwo fabryki znalazło sobie nowego pracownika, który zamieszkał na jego miejscu w hotelu robotniczym. Jego żona zainteresowała się losem męża dopiero w cztery tygodnie później. Ze względu na dzieci nie mogła sama przyjechać ze wsi pod Nowym Miastem nad Wagiem – wysłała tam swego szwagra. Ten udał się do Partizanskich, gdzie dowiedział się w dyrekcji fabryki, że Fischer został zwolniony z powodu porzucenia pracy. Udał się zatem do hotelu, gdzie w rozmowach z jego byłymi kolegami ustalił okoliczności jego zniknięcia. To wtedy udało mu się ustalić, że Fischer poszedł na wycieczkę do Čiernego Hradu...
Szwagier udał się zatem na policję i zażądał wszczęcia poszukiwań zaginionego brata. Policja zadziałała jeszcze bardziej flegmatycznie, niż poprzednio. Całe jej działanie polegało na rozesłaniu rysopisu zaginionego, aczkolwiek trudno powiedzieć, co policjanci mogli zrobić więcej w tej sprawie. Od zaginięcia upłynął przecież miesiąc.
A jednak Waltera Fischera znaleziono w dniu 8 maja 1939 roku! Żywy, ale w ciężkim stanie, praktycznie nieprzytomny, z ciężkimi oparzeniami twarzy i na reszcie ciała został znaleziony w okolicach miasta Zlate Moravce – w odległości 35 km od Partizanskiego! W ciężkim stanie przewieziono go do szpitala w Partizanskim, co opisano w dzienniku „Hlasat’el”.
Niestety, nie wiadomo, co robił przez trzy i pół miesiąca i jak znalazł się w Zlatych Moravcach, ale to, co się z nim działo pozostawiło w jego psychice niezatarty ślad w postaci ciężkiego szoku. Przekazano go do szpitala psychiatrycznego w Żylinie, zaś ślad po nim zaginął w 1945 roku, kiedy rodzina wywiozła go do Niemiec. Ludzie na tym terenie nie tylko znikali w niewyjaśnionych okolicznościach, ale także byli znajdywani.

(5) Wiosną 1954 roku, w okolicy wsi Oponice znaleziono zwłoki 30-letniego mężczyzny w znacznie posuniętym stanie rozkładu i pogryzione przez zwierzęta. Zwłoki były ubrane w zagraniczne ciuchy. Nie udało się stwierdzić przyczyny zgonu tego człowieka. Oczywiście milicja przeprowadziła śledztwo i podała w prasie rysopis zmarłego. Wieś Oponice leży na północno-zachodniej stronie Tribeča – od Partizanskiego jest oddalona o 25 km, zaś od Mankovic i Žiran jakieś 18 km. Na stoku góry zwanej Vel’ka Skala stoją ruiny Oponickeho Hradu. Milicja przejrzała zdjęcia i rysopisy zaginionych osób, ale nie udało się jej tego osobnika zidentyfikować. W końcu stanęło na tym, że był to jakiś cudzoziemiec, który dostał się nielegalnie do CSRS i dokładny opis tego zdarzenia dostał się do prasy pod tytułem „Koniec komiwojażera”. Opisał to dziennik „Praca”, a w 1967 roku temat podjął dziennik „Mlada Fronta”. Przy czym okazało się, że tożsamość tego człowieka nie została ustalona do tego czasu...

(6) Porzucony samochód. W styczniu 1966 roku, miejscowy gajowy znalazł na drodze wiodącej ze wsi Jelenec do lasu – NB, w kierunku szczytu Tribeča – w odległości około 5 km od zabudowań wsi, porzucony samochód na bratysławskich numerach rejestracyjnych. Samochód stał na drodze, na którą był zakaz wjazdu pojazdom samochodowym. Gajowy zawiadomił milicję, która szybko ustaliła, że należał on do państwa Jana i Aleny Belanovičów z Bratysławy.
Ich samych jednak nie znaleziono – 40-letni Jan i 37-letnia Alena znikli bez śladu. Okazało się, że od początku stycznia żadne z nich nie zgłosiło się do pracy. Jan Belanovič pracował jako urzędnik w MSZ, zaś Alena była pielęgniarką w szpitalu. Małżeństwo było bezdzietne, a z ich rodziców żyła tylko matka Aleny. Drugą jej krewną była jej siostra. Żadna z kobiet nie udzieliła istotnej informacji na temat możliwych losów tego małżeństwa.
Przeszukanie samochodu też niczego nie dało. Nie znaleziono ich dokumentów. Podobnie niczego nie dało przeszukanie ich mieszkania. Milicja zaczęła podejrzewać, że Belanovičowie nielegalnie opuścili kraj, ale nie znalazła na to żadnych dowodów. I podobnie jak w innych przypadkach – śledztwo utknęło w martwym punkcie, mimo zaangażowania mediów.

(7) Przedostatni przypadek rozegrał się we wsi Skycov na przełomie lat 1979/80. W tym czasie w już zburzonym domku na skraju wsi mieszkał 70-letni Antonin Topil. Wdowiec, dziwak i odludek, który rzadko opuszczał swój dom. Dlatego właśnie nikt się nie zdziwił specjalnie nie widząc go dłuższy czas we wsi. Zaniepokoiło to listonoszkę, która wezwała milicję. Funkcjonariusze wyłamali zamek i stwierdzili, że w domu od kilku tygodni nie ma nikogo...
W domku nie znaleziono śladów walki, czy przemocy, co wskazywałoby na to, że Topil padł ofiarą zbrodni. Dom był zamknięty, kluczy nie było, dlatego milicjanci doszli do wniosku, że Antonin Topil wyszedł z domu i już nie powrócił. Przeszukano okoliczne lasy, gdyż ludzie wiedzieli, że Topil lubił spacerować po lesie... Wszystko na próżno – Antonin Topil przepadł jak kamień w wodę. W kilka lat później uznano go za zmarłego, a że nie miał żadnych spadkobierców, a jego dom był w fatalnym stanie, to w roku 1991 zburzono go.

Ze wsi Skýcov wiedzie szosa do wsi Klatova Nova Ves położonej po drugiej stronie grzbietu Tribeča. Jest ona długa na 14 km i w zimie dość dobrze utrzymana, ale niedoświadczonego kierowcę może rychło na niej spotkać wypadek. Coś podobnego spotkało BMW żółty-metalik na żylińskich numerach rejestracyjnych, które znalazł policyjny patrol w dniu 3 lutego 1995 roku. Wóz był postawiony na poboczu drogi, w bezpośredniej bliskości niewielkiego przysiółka Slače, a jego stan wskazywał na to, że wpadł w poślizg na szosie i wypadł na pobocze wbijając się częściowo w śnieżną bandę.
Auto było otwarte, radio uszkodzone. Policjanci znaleźli także dokumenty kierowcy w kieszeni drzwiowej. (8) Należały one do 26-letniego Jana Šali z Żyliny. Poza dokumentami znaleziono także pieniądze w postaci koron, marek niemieckich i dolarów amerykańskich – w sumie grubo ponad milion koron. Patrol postanowił czekać na kierowcę, a kiedy nie zgłosił się po 2 godzinach, policja odholowała BMW na policyjny parking w Topolčanach. Według znalezionych dokumentów udało się policji odszukać domowy numer telefonu i zadzwonić do jego mieszkania. Odebrała jego przyjaciółka, która powiedziała, że jej partner miał już kilka godzin temu być z domu z podróży służbowej...
Nie wrócił już nigdy. Policja nie znalazła go ani żywego, ani martwego. Wyglądało to tak, jakby Jan Šala po prostu na chwilę wysiadł z samochodu by rozprostować nogi i... znikł. Policja przesłuchała jego handlowego pratnera, który mieszkał w mieście Vel’ky Krtisz, który zeznał, że Šala wyjechał krytycznego dnia o godzinie 14:00 do Żyliny. Jego samochód znaleziono na krótko przed godziną 16:00. Vel’ky Krtisz jest oddalony o ponad 70 km od miejsca znalezienia BMW, a zatem nie mógł on stać dłużej, niż godzinę na skraju drogi.
Policyjni eksperci przebadali samochód w celu znalezienia śladów walki, drobin prochu strzelniczego czy krwi. Nie znaleźli niczego. No i duża suma pieniędzy znaleziona w samochodzie wykluczała działanie przestępców... Przesłuchano wszystkie osoby, z którymi się Jan Šala zetknął tego fatalnego dlań 3 lutego, jego zdjęcie pokazała TV w Słowacji i Czeskiej Republice, gdzie miał on swych kontrahentów. Wszystko na próżno. Wszyscy twierdzili, że nie zdradzał objawów depresji czy załamania nerwowego albo nosił się z zamiarem popełnienia samobójstwa. Nie był też w stanie stresu wywołanego jakimiś groźbami czy szantażem. Dzisiaj jest on na liście osób zaginionych, poszukiwanych przez Interpol. Nie znaleziono żadnego śladu po nim – pozostała jedynie była żona, dwuletni syn, rodzice, przyjaciółka i żółte BMW...

I na tym kończy się historia tajemniczych wydarzeń, które rozegrały się na terenie przylegającym do grzbietu górskiego Tribeč. Czy to tylko zbieg okoliczności?... być może. Co za siły... ...działają na tym terenie... już od ponad 70 lat? Na pierwszy rzut oka, tekst ten stanowi rekonstrukcję tajemniczych wydarzeń, które zmieniły życie wielu mieszkańców tej krainy, i po raz pierwszy w formie elektronicznej zamieszczono go w dniu 1 grudnia 1999 roku, nieco przedtem – jak jego autor udał się na Słowację w celu dokonania wizji lokalnej na miejscu zdarzeń.
W piątek, 10 grudnia 1999 roku, przybył w godzinach popołudniowych do Nitry, skąd mimo nieprzyjaznej pogody (jak stwierdził - deszcz i mgła prześladowały go przez cały czas) udał się na szczyt góry Zobor – 531 m, gdzie przenocował w szałasie przy szczycie. Jego trasę można było tak zidentyfikować wedle jego notatek: rankiem 11 grudnia, około godziny 07:00, poszedł on czerwonym szlakiem do przełęczy pod wysoką na 617 m górą Žibricą , skąd zszedł niebieskim szlakiem do wsi Štitare. Stąd sfotografował górę Vapenik – 531 m, z kamieniołomem wapienia, gdzie znikł swego czasu Andrej Murgasz z Žiran. Tam też udał się Jan Klapetek, skąd czerwonym szlakiem poszedł do wodnej zapory w Jelencu, gdzie w 1966 roku znaleziono porzucone auto Belanovičów. Na rozwidleniu dróg pod Gasztanowicą zdecydował się opuścić oznakowany szlak turystyczny wiodący na szczyt Wielkiego Tribeča, ale obejść go leśnymi duktami i zejść skrótem do wsi Zlatno, do której przed siedemdziesięciu latami nie doszła Maria Švajzerova. Potem poszedł do Skycova – gdzie na przełomie lat 1979/80 zaginął bez wieści Antonin Topil. Na drugi dzień autobusem pojechał do Topolčan, skąd powrócił do Brna, nie odkrywszy niczego szczególnego, o czym napisał w swym doniesieniu z dnia 19 grudnia 1999 roku:

W czasie mojej ekspedycji na Słowację nie zauważyłem niczego, co rzuciłoby nowe światło na sprawę zniknięć ludzi w okolicach Tribeča. Nie powiem, że ta droga w ciemnym i mglistym lesie powodowała mnie do odczuwania czegoś groźnego czy tajemniczego – tutaj musiałaby być osoba bardziej wrażliwa ode mnie. Nie spotkałem też nikogo, kto potwierdziłby mi to, co wiadomym mi było z lektury starych gazet i dokumentów, a tworzy w tej chwili legendę opartą o wydarzenia prawdziwe. Nie spotkałem człowieka, którego losy byłyby w nią wplecione i w tej chwili nie bardzo wiem, co należałoby w tym przypadku zrobić z tą sprawą. Zamierzam na wiosnę znów udać się na Tribeč i odwiedzić miejsca, których odwiedzić mi się tym razem nie udało. Być może z biegiem czasu uda mi się znaleźć jakieś nowe informacje... – sam jeszcze nie wiem. Ale – oczywiście – Wam o tym napiszę.

O tych wydarzeniach powyżej opisanych, dowiedzieliśmy się w połowie kwietnia 2000 roku. Czytaliśmy inkryminowany tekst wielokrotnie, bowiem dotyczył terytorium Słowacji, i postanowiliśmy zatem zweryfikować podane w nim informacje przeszukując archiwa i biblioteki, ale bezskutecznie. Nie udało się nam natrafić na ani jedno źródło informacji powołane przez autora – chociaż nie jest to jeszcze decydujący argument na NIE, o czym doskonale wiedzą badacze Nieznanego – prawda bywa o wiele bardziej skomplikowana. Kiedy jednak w połowie maja 2000 roku w czasopiśmie „Fantasticka Fakta” pojawiła się drukowana wersja Raportu Jana Klapetka pt. „Przypadek Tribeč – słowacki Blair Witch?” przerobiona na modłę kultowego filmu Daniela Myricka i Edwarda Sancheza pt. „Blair Witch Project” z 1999 roku, poradziliśmy czeskim kolegom dokonania weryfikacji faktów, bowiem nasze dochodzenie w tej sprawie ugrzęzło beznadziejnie w ślepej uliczce. Mieliśmy nadzieję na nowe informacje, które odsłoniłyby rąbek tajemnicy skrywającej szczelnie tribeczskie wierchy, ale niestety – w „FF” nr 7/2000 doczekaliśmy się tylko artykułu od wydawcy, z którego niczego nowego nie wynikało i jak pisał red. Vladimir Maltl:

Tym razem wydarzeniem miesiąca dla naszej redakcji stała się sprawa Tribeča, którą udało się definitywnie wyjaśnić. Materiał dowodowy znalazłem w Internecie. Profesjonalne przygotowanie stron internetowych, podziękowanie tym, którzy pomogli w poszukiwaniach materiału, a także tym, którzy pomogli mi od strony naukowego rozpracowania problemu. Z autorem tego materiału dogadałem się szybko i mam do dyspozycji fotokopie artykułów – na które się powoływał. I w ten sposób materiał ten przygotowałem i puściłem do druku. Autor się nie odzywał, terminy goniły i artykuł poszedł do druku bez przyobiecanych materiałów dowodowych. W dniu 8 czerwca bomba pękła – w Internecie pojawiła się informacja, że cała rzecz jest wymysłem od A do Z!"

Tyle Vladimir Maltl. Ale całą mistyfikację zdemaskował koszycki dziennikarz L’ubomir Siedlačik, który odkrył prawdę już 20 kwietnia 2000 roku, i po wymianie burzliwej korespondencji elektronicznej z autorem tego humbugu, zmusił go do odwołania całej sprawy w dniu 6 czerwca. Na dwa dni przed pojawieniem się sprostowania w Internecie. Także jeden z czeskich badaczy także zajął się stroną etyczną tego przypadku – który szybko rozniósł się w Internecie, i jego demedializacją. Dr Luboš Šafařik opublikował in medias res lakoniczny, ale bardzo ważny list:

Od: Luboš Šafařik
Data: 31.07.2000. 12:33
Temat: Informacja

Drodzy Przyjaciele i Koledzy,

- jakiś czas temu pojawił się na stronach internetowych tzw. Przypadek Tribec. Okazało się wkrótce, że jest to oszustwo. Polecam Wam przeczytanie materiału ze strony http://pes.internet.cz/clanky/3057.html - z e-mailu autora Tribeczu i L. Siedlacka wynika, że redakcja „FF”, która artykuł opublikowała, wiedziała od początku, że jest to oszustwo.

Luboš Šafařik

------------------------------------------------------------

Tyle dr Miloš Jesenský.
A zatem Roma locuta causa finita?

Jest w tym pewien akcent polski, a mianowicie taki, że my też mieliśmy swój polski Blair Witch w okolicach Krakowa, a dokładniej w Witkowicach. Jak wykazali to Marcin Mioduszewski i Bartosz Soczówka z byłego Małopolskiego Centrum Badań UFO i Zjawisk Anomalnych, był to tylko humbug i nic ponadto. Dzisiaj pokutuje on na różnych stronach internetowych jako prawda niemalże objawiona, z prawdą nie mająca niczego wspólnego – a szkoda prawdę powiedziawszy, bo jego autorom udało się wytworzyć odpowiedni nastrój niesamowitości i grozy jak z lovecraftowskiego horroru…
Ale… okazuje się bowiem, że nie wszystkie fakty podane powyżej przez dr Jesenský’ego są humbugiem i że istnieje coś, co nazywa się Kwadratem Tribeczskim, a w którym faktycznie dzieją się dziwne rzeczy, o których poniżej podaje „Nový Čas”:

(9) Zagadkowa śmierć Marka (lat 25) po zabawie: rodzina przeżywa najgorsze, ich wielki gest jest przejawem prawdziwej ludzkości.
Przypadek pełen znaków zapytania! Marek (lat 25) z Topoľčianok (pow. Zlate Moravce) poszedł na zabawę do pobliskiej wsi Skýcov. Dokąd wiodły jego kroki z boiska do piłki nożnej, gdzie miała miejsce zabawa, tego nie wie nikt. Po długich 30 godzinach poszukiwań nastąpił szok. Marka wprawdzie znaleziono, ale od kilku godzin nie żył. Takie same pytanie zadają przyjaciele Marka, którzy są przeświadczeni o tym, że ktoś pomógł mu się przenieść na tamten świat. Nieszczęście wydarzyło się w dniu 12.VIII.2017 roku we wsi Skýcov na zabawie, z której Marek już do domu nie powrócił. Znaleziono go rannego przy potoku. Jego telefon komórkowy przynieśli skauci, którzy pozostawili go w urzędzie parafialnym.
Policja jest bezradna i prosi miejscowych pomoc przy uzyskaniu dokładniejszych informacji. Młodzieniec był z Topolczanek, gdzie mieszkał ze swym stryjem Martinem.
- Tego dnia, w którym Marek poszedł na zabawę nie było mnie w domu , ale wiem, ze czekał na tą zabawę i chciał na nią pójść. Jednakże w nocy nie wrócił do domu. Kiedy dowiedziałem się, że go nie ma w domu, wraz z kolegą poszedłem zgłosić jego zniknięcie na policję – mówi nieszczęśliwy stryjek Martin. Marka poszukiwali jego koledzy we wsi Skycow. Jego ciało znaleziono po 30 godzinach.
Marek został zbadany w szpitalu.
Marek był zdezorientowany, pobity z opuchniętym mózgiem i miał wiele zranień na całym ciele. Sam nie potrafił niczego powiedzieć o swym stanie, w jakim się znajdował. Został przewieziony w bardzo ciężkim stanie do szpitala, gdzie wreszcie zmarł. Jego rodzina zgodziła się na pobranie jego organów na przeszczepy.
To był dobry chłopak
- Nie wierzę w to, że zmarł bez czyjegoś udziału. Marek był porządnym chłopakiem, który miał wielu kolegów. Zajmowała go praca z drewnem. Nigdy nie wywoływał żadnych kłótni czy konfliktowych sytuacji, które mogłyby doprowadzić do bójki – mówi ze smutkiem stryjek.
Według policji, jest już meldunek z sekcji zwłok, który jednak policjantów nie posunął nawet kroku do przodu. Nie wiadomo, czy Marek został przez kogoś napadnięty, czy tylko nieszczęśliwie spadł z czegoś. Według mieszkańców wioski, istnieje kilka wersji tego, co się mogło stać. Mówi się, że ktoś mógł go napaść, pobić i rzucić o ziemię. Inna wersja mówi, że ktoś go potrącił samochodem i odciągnąć tam, gdzie go znaleziono.

I oczywiście powrócono do starej Legendy - jeszcze jeden materiał na ten temat:

Zagadka Tribeczskiego Czworokąta znowu odżyła: Marek (lat 25) nie wrócił do domu, niektórzy znikali na zawsze!
Ta zagadka straszy Słowaków już od co najmniej 100 lat! w tajemniczych górach Pasma Tribeča, pomiędzy Nitrą, Zlatymi Moravcami, Partizanskym a Topolczanami już od lat 20-tych ubiegłego stulecia miało miejsce kilka zupełnie niewyjaśnionych zniknięć ludzi. obszar ten jakby zaczarowany, podobny jest do jednego z najbardziej tajemniczych miejsc świata – Trójkąta Bermudzkiego na Atlantyku, gdzie w tajemniczy sposób znikają statki i samoloty. Mieszkańcy tych czterech słowackich miast opowiadają, że my mamy też nasz Bermudzki Czworokąt, w którym znikają ludzie. Całą jego zagadkę opisał autor Jozef Karika, który napisał o nim bestseller, zaś pełne grozy historie przed paroma dniami ożywił przypadek młodego Marka (lat 25), który po zabawie w Skycowie nie powrócił do domu. Został znaleziony w krytycznym stanie i już nic nie mogło mu pomóc. Niewyjaśnione losy stały się także udziałem i innych ludzi.
Leśnika nie znaleziono do dziś dnia
Rok 1929. Z tego właśnie roku znamy najstarszy przypadek, kiedy to w czasie zimy leśniczy Štefan Samšal (lat 47) wybrał się na obchód rewiru. Tego dnia napadało wiele śniegu. Znał on dokładnie każdą dróżkę w lesie, każdy dukt i mimo tego do domu już nie powrócił. Nie wie nikt, czy ktoś go napadł lub zranił. Bez powodzenia była także akcja poszukiwawcza, która trwała trzy miesiące. Współcześnie w Vel’kých Uherciach (pow. Partizanske) o zaginionym leśniczym już nikt nie pamięta – nawet najstarsi mieszkańcy wsi.
Nie przyszła na spotkanie
Rok 1930. W niecały rok po zniknięciu leśniczego Stefana, podobny scenariusz wydarzeń stał się udziałem Marii Šlajzerovej (lat 18) z Mankowiec (pow. Zlate Moravce). Wybrała się w odwiedziny i sądziła, że skróci sobie drogę idąc przez góry. Przyjaciele się już jej nie doczekali i nikt jej nie znalazł. Tym przypadkiem zajmowała się policja. Dziewczyny szukali także ochotnicy – wszystko na próżno…
Fatalna przechadzka
W zimie 1939 roku, Walter Fischer pochodzący z Nowego Miasta nad Wagiem, pracownik Bat’oveho Zakładu, udał się na przechadzkę do Czarnego Hradu i znikł bez śladu. Po więcej niż 3 miesiącach znaleziono go w lasach przy Zlatych Moravciach. Był nieprzytomny, zakrwawiony, z dziwnymi oparzeniami na całym ciele. Nie pamiętał niczego z tego traumatycznego wydarzenia, nie komunikował się z ludźmi i wkrótce zmarł w szpitalu psychiatrycznym w Żylinie.
Kto zamknął?
Rok 1980. Skýcov ma nie tylko Marka, ale już w 1980 roku znikł tam pewien Czech – Antonin Topil (lat 76), który mieszkał w domu na skraju wioski. Listonoszka się zorientowała, że od kilku tygodni nie otwiera drzwi i zawołała stróżów prawa. Dom był zamknięty na klucz od środka, ale w środku nikogo nie było. Nie znaleziono żadnych śladów włamania. Właściciela nie znaleziono, a sąd uznał go za zmarłego.
Szukają go od 5 lat
(10) W czerwcu 2012 roku w góry wybrał się na grzyby Jaroslav Buránsky (lat 59) ze wsi Žirany (pow. Nitra)i od tego czasu go nie ma. Mimo tego, że szukało go dziesiątki policjantów, przewodników z psami i miejscowi, nie znaleziono go, jakby rozstąpiła się pod nim ziemia…
Tym niemniej, mimo niepowodzenia, poszukiwania trwają. Osób zaginionych szuka się przez 20 lat.
Zdezorientowany Marek zmarł w szpitalu
Lato 2017 roku. Całkiem niedawno w Skýcovie zaginął Marek (lat 25), który z festynu nie wrócił do domu. Jego zaginiecie zgłosił policji jego stryj, u którego mieszkał. Policja zaczęła poszukiwania i po 30 godzinach znaleziono go leżącego przy potoku w Skýcovie. Był on zupełnie zdezorientowany i niczego nie mówił. Odwieziono go do szpitala, gdzie zmarł. To, co się z nim działo przez ostatnie godziny jego życia, zabrał on ze sobą do grobu.
- Jesteśmy przeświadczeni o tym, że naszego Marka musiał ktoś zabić. On nie miał żadnych wrogów i nie był konfliktowym – powiedział jego stryj Martin. Zagadka tego przypadku jest fakt, że telefon Marka znalazł się zupełnie gdzie indziej, niż było jego ciało – znaleźli go skauci i odnieśli do urzędu parafialnego.
Policja stale pracuje nad tym przypadkiem i cały czas szuka kogoś, kto by ten przypadek wyjaśnił, także prosi ludzi, którzy byli na zabawie, by zgłosili im to, co wiedzą na ten temat.

--------------------------------------------------------------

Jak dotąd mamy tam czeski film – nikt nic nie wie…
W Polsce podobne przypadki mamy w Tatrach, gdzie także giną ludzie bez śladu albo po jakimś czasie odnajdujemy ich zwłoki. Opisałem to w opracowaniu „Projekt Tatry” (Kraków 2002), do którego odsyłam zainteresowanych.

Przekład ze słowackiego i opracowanie – ©R.K.F. Leśniakiewicz



Opis załącznika:
Pasmo Trybecza

_________________
www.wszechocean.blogspot.com

Czw 14 Wrz, 2017 16:42

Powrót do góry
Hoser
Szeregowiec

Szeregowiec




Posty: 1
Odpowiedz do tematu Odpowiedz z cytatem

Miałem okazję być na Babiej Górze w zimie i zdecydowanie rozumiem tę historię. Tam w ciągu 10 minut wszystko potrafi się zmienić tak drastycznie, że nawet doświadczony wspinacz może stracić orientację.

Sro 15 Lis, 2017 20:46

Powrót do góry
Wyświetl posty z ostatnich:   
Strona 1 z 1

 
Skocz do:  
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Możesz dodawać załączniki w tym forum
Możesz ściągać pliki w tym forum



Publikowane komentarze są prywatnymi opiniami użytkowników Forum.
Redakcja magazynu "Inne Oblicza Historii" nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.