| | FAQ | Szukaj | Użytkownicy | Rangi | Rejestracja | Profil | Wiadomości | Zaloguj
Linki | Ekipa | Regulamin | Galeria | Artykuły | Katalog monet | Moje załączniki

Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu Idź do strony Poprzedni  1, 2, 3, 4, 5, 6, 7, 8, 9
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Alexander
Starszy szeregowiec

Starszy szeregowiec




Posty: 36
Skąd: Warszawa
Odpowiedz do tematu Odpowiedz z cytatem

1234 napisał:
No tak, rok wydania jest tutaj zasadniczy.
(...)
A po co potrzebne czołgi do obrony ufortyfikowanych pozycji?


Przecież komuniści raczej podkreślali słabość i zacofanie wrogiego im ustroju, niekompetencje wywodzących się ze szlachty oficerów, za to mówili o odwadze żołnierzy wywodzących się z proletariatu pracującego miast i wsi....

Jeżeli Francuzi nie byli w stanie, mając artylerię, czołgi (+piechotę) i samoloty przełamać umocnień niemieckich na zachodzie, a Niemcy umocnień francuskich to czy zamiast (Polska) budować i kupować niszczyciele, samoloty, czołgi nie należało raczej zryć kraju liniami okopów i umocnień, polami minowymi itp. przynajmniej opóźniłoby to postępy wroga...
... czy też tak długa granica jaką mieliśmy była raczej "niemożliwa" do obrony?
Biorąc pod uwagę, że ofiarami Niemiec padły Polska, Belgia, Holandia, Dania, Norwegia, Francja i Grecja, Anglię uratował "kanał przeciwczołgowy" potem Wermacht rozbił wielką armię ZSRR, ale wcześniej z drugiej strony sowieci "wyzwolili" część Polski, Finlandii, Litwę, Łotwe, Estonię - praktycznie wszystkie wolne państwa europejskie zostały zajęte lub sprzymierzone z dwoma wielkimi agresorami - czy w takim kontekście można mówić o HAńBIE tych wszystkich podbitych narodów - ew. jak liczną armię powinna posiadać Polska (ile armat, czołgów, samolotów) by zatrzymać niemiecko- sowieckie natarcie???

Ps1. Ile mieli Niemcy samolotów (nowoczesnych) we wrześniu 1939 r, jakich typów, szczególnie jeżeli chodzi o myśliwce o prędkości ponad 500 km/h uzbrojone w więcej niż 2 km?

Ps2. Podobne pytanie jeżeli chodzi o, powiedzmy "uzbrojone pojazdy opancerzone" oprócz czołgów, oraz czy wiarygodne są informacje o ok. 400 czołgach średnich oraz 2800 czołgach "przestarzałych i lekkich" Wermachtu?

_________________
Si vis pacem, para bellum
Qui gladio ferit, gladio perit.

Sob 24 Cze, 2006 16:08

Powrót do góry
Piotrk1
Kapitan

Kapitan




Posty: 1328
Pochwał: 2
Skąd: Śląsk
Odpowiedz do tematu Odpowiedz z cytatem

Cytat:
ale wcześniej z drugiej strony sowieci "wyzwolili" część Polski, Finlandii, Litwę, Łotwe, Estonię - praktycznie wszystkie wolne państwa europejskie zostały zajęte lub sprzymierzone z dwoma wielkimi agresorami

Jak rozumieć wyzwolenie Polski i innych krajów przez ZSSR?
Wg mnie, to nie wyzwolili ziem wschodnich w 1939 r., tylko je siłą zagarnęli.

Pon 26 Cze, 2006 13:45

Powrót do góry
Human
Colonel

Colonel





Posty: 4892
Pochwał: 3
Skąd: Wrocław
Odpowiedz do tematu Odpowiedz z cytatem

Cytat:
Ps2. Podobne pytanie jeżeli chodzi o, powiedzmy "uzbrojone pojazdy opancerzone" oprócz czołgów, oraz czy wiarygodne są informacje o ok. 400 czołgach średnich oraz 2800 czołgach "przestarzałych i lekkich" Wermachtu?


Mnie zastanawiają te czołgi przestarzałe, w 1939 roku, nie można było uważać Pz. I za czołg przestarzały, gdyż niektóre armie, w tym okresie, nie posiadały nawet takiego pojazdu.

Pon 26 Cze, 2006 13:55

Powrót do góry
maxikasek
Moderator
Generał broni

Generał broni





Posty: 10843
Pochwał: 36
Skąd: obecnie Szczecin
Odpowiedz do tematu Odpowiedz z cytatem

CO nie zmienia faktu, że nawet Niemcy traktowali je jako Pojazdy do nauki jazdy, docelowo mając w planach wprowadzenie III i IV-rek jako pojazdu podstawowego. Ponadto pojazdy z początku lat 30-tych były juz w 39 przestarzałe technologicznie.
_________________
Prawo Balaniego:
Jak długo trwa minuta, zależy od tego, po której stronie drzwi toalety się znajdujesz.

http://www.powrotlegendy.pl/

Pon 26 Cze, 2006 17:27

Powrót do góry
Belizariusz
Starszy sierżant

Starszy sierżant





Posty: 148
Skąd: Thorn
Odpowiedz do tematu Odpowiedz z cytatem

Nawet te pierwsze wersje Pzkpfw III i IV były tak nieudane, że produkowane je po 30 egzemplarzy, a w kampanii wrześniowej Niemcy stracili wiele takich wozów.
_________________
"Tylko pod tym krzyżem, tylko pod tym znakiem, Polska jest Polską, a Polak Polakiem."

Wto 27 Cze, 2006 11:27

Powrót do góry
Piotrek
Podpułkownik

Podpułkownik





Posty: 2679
Pochwał: 1
Odpowiedz do tematu Odpowiedz z cytatem

Panzer I były już przestarzałe nawet w 1939r. Ich uzbrojenie, 2 MG, nie odpowiadały wymogom pola walki. Nie mówiac o cienkim pancerzu, który przy rozwoju broni p-panc nie był praktycznie żadną osłoną. W sumie to samo można powiedzieć o radzieckim T-26 (6-12mm pancerz), ale on miał przynajmniej montowane 45mm działo (w późniejszych wersjach). Co nie zmienia faktu, że od 1941r. był systematycznie wycofywany z walk.
Pozdrawiam!

Wto 27 Cze, 2006 16:18

Powrót do góry
Human
Colonel

Colonel





Posty: 4892
Pochwał: 3
Skąd: Wrocław
Odpowiedz do tematu Odpowiedz z cytatem

Cytat:
Panzer I były już przestarzałe nawet w 1939r. Ich uzbrojenie, 2 MG, nie odpowiadały wymogom pola walki.


A dlaczegóż to ??, po pierwsze Panzer I był taką zmutowaną tankietką, z obracaną wieżą, po drugie do wsparcia piechoty w natarciu nadawał się jak najbardziej.

Cytat:
Nie mówiac o cienkim pancerzu, który przy rozwoju broni p-panc nie był praktycznie żadną osłoną.


Tak, rozwiniętą broń przeciwpancerną mieliśmy bardzo, szczególnie karabin, tak tajny, że nawet w wojsku mało kto o nim słyszał Bardzo szczęśliwy

Cytat:
W sumie to samo można powiedzieć o radzieckim T-26 (6-12mm pancerz), ale on miał przynajmniej montowane 45mm działo (w późniejszych wersjach).


Zaraz, jako że T-26 był klonem Vickersa E, podobnie jak 7 TP, więc, idąc tym tokiem rozumowania, 7 TP również był przestarzały, więc co mieliśmy przeciwstawić Niemcom ??, skoro 7 TP przestarzały, to Vicers E alternative type A i B, też przestarzałym jest, TKS to tankietka, nie zostaje nic.

Cytat:
Co nie zmienia faktu, że od 1941r. był systematycznie wycofywany z walk


A mnie się naiwnie wydawało, że rozmawiamy o 1939 roku.

Właśnie zostałem porucznikiem, jak wiadomo porucznik, to takie zwierzę, które własnej d... nie umie znaleźć bez mapy, więc proszę o nie zadawanie trudnych pytań Bardzo szczęśliwyBardzo szczęśliwy

Wto 27 Cze, 2006 16:30

Powrót do góry
maxikasek
Moderator
Generał broni

Generał broni





Posty: 10843
Pochwał: 36
Skąd: obecnie Szczecin
Odpowiedz do tematu Odpowiedz z cytatem

Human napisał:


Cytat:
Nie mówiac o cienkim pancerzu, który przy rozwoju broni p-panc nie był praktycznie żadną osłoną.


Tak, rozwiniętą broń przeciwpancerną mieliśmy bardzo, szczególnie karabin, tak tajny, że nawet w wojsku mało kto o nim słyszał Bardzo szczęśliwy


Nie powielaj mitów Bardzo szczęśliwy Ur-a zamówiono 7160szt. (miał być jeden na pluton) wyprodukowano zgodnie z numeracją prawie wszystkie (najwyższe nr broni to ok. 6500, lufy 15000). Ostatnie pułki piechoty otrzymały UR-y w sierpniu 39r. rozkaz z 15 lipca nakazał przeszkolenie obsług, co odbyło się po zaprzysiężeniu o zachowanie tajemnicy. Zachowało się zarządzenie Inspektora Armii "Łódź" z dnia 27 sierpnia 1939 r. o wydaniu broni batalionom. BArdzo często opisywano jej użycie podczas obrony W-wy. Zaskoczone jej posiadaniem były natomiast oddziały rezerwowe. osiągi z 300m przebijał pancerz 15mm, czyli każdy czołg Pz I i II, oraz wczesne wersje III - do ausf D i IV ausf A.

_________________
Prawo Balaniego:
Jak długo trwa minuta, zależy od tego, po której stronie drzwi toalety się znajdujesz.

http://www.powrotlegendy.pl/

Wto 27 Cze, 2006 17:10

Powrót do góry
Piotrek
Podpułkownik

Podpułkownik





Posty: 2679
Pochwał: 1
Odpowiedz do tematu Odpowiedz z cytatem

Cytat:
Tak, rozwiniętą broń przeciwpancerną mieliśmy bardzo, szczególnie karabin, tak tajny, że nawet w wojsku mało kto o nim słyszał

A działko 37mm Bofors? A z tym URem to ja twierdze tak jak Ty, że był bezsensownie utajniony. Natomiast wiele osób twierdzi (choćby na forum DWS), ze wcale tak nie było i znajomośc obsługi Ura była duża. Więc jak to było Question
Cytat:
Zaraz, jako że T-26 był klonem Vickersa E, podobnie jak 7 TP

doszło do małego pomieszania czasów (mój błąd Evil or Very Mad ). Chodziło mi o to, ze w czasie konfrontacji ZSRR z III Rzeszą t-26 był przestarzały.
Pozdrawiam!

Wto 27 Cze, 2006 17:13

Powrót do góry
Human
Colonel

Colonel





Posty: 4892
Pochwał: 3
Skąd: Wrocław
Odpowiedz do tematu Odpowiedz z cytatem

Cytat:
Nie powielaj mitów


Ja nie powielam mitów, o Ur prawie nikt nie wiedział, praktycznie nie wiadomo ile sztuk do pododdziałów, bo skoro zarządzenie wyszło 27 sierpnia, to czarno to widzę. Nie wspominając o tym nieszczęsnym 15 lipca, w tak krótkim czasie, nie można się nauczyć porządnie obsługi nowego sprzętu, szczególnie jeśli jest on tajny i dostaje się go tylko do zapoznania.

Wto 27 Cze, 2006 18:02

Powrót do góry
maxikasek
Moderator
Generał broni

Generał broni





Posty: 10843
Pochwał: 36
Skąd: obecnie Szczecin
Odpowiedz do tematu Odpowiedz z cytatem

dostarczano do pułków od kwietnia do sierpnia 39. Szkolenie było połączone ze strzelaniem. Skomplikowanego nic tam nie było, do jego obsługi wyznaczano najlepszych strzelców w plutonie. W końcu to był karabin, tylko na mocniejsze naboje. Wg tych co zajmują się kampanią wrześniową co najmniej 40 pułków piechoty i 35 kawalerii posługiwało się nią od pierwszych dni walk. NIektóre miały więcej niż przewidywał etat np. Wileńska BK, Warszawska BPanc-Mot.
_________________
Prawo Balaniego:
Jak długo trwa minuta, zależy od tego, po której stronie drzwi toalety się znajdujesz.

http://www.powrotlegendy.pl/

Sro 28 Cze, 2006 0:15

Powrót do góry
Human
Colonel

Colonel





Posty: 4892
Pochwał: 3
Skąd: Wrocław
Odpowiedz do tematu Odpowiedz z cytatem

Cytat:
dostarczano do pułków od kwietnia do sierpnia 39. Szkolenie było połączone ze strzelaniem.


Tak dostarczano, tyle że potem zamykano je na cztery spusty. Co do strzelania to ile było strzelań, co ??.

Cytat:
Skomplikowanego nic tam nie było, do jego obsługi wyznaczano najlepszych strzelców w plutonie. W końcu to był karabin, tylko na mocniejsze naboje.


Piat, to też tylko w sumie miotacz, co nie zmienia postaci rzeczy, że niektóre jednostki uczyły się jego obsługi dużo dłużej, niż nasi w obsłudze Ur-a i się nie nauczyli. Te mocniejsze naboje robią wielką różnicę, jeśli chodzi o balistykę broni. Poza tym, co było, jak przypadkiem pocisk trafił w grajdołek gdzie schowali się wszyscy przeszkoleni ??. Mamy chłopy karabin, nikt nie wie jak to działa, ale zawsze można używać jak cepa.

Sro 28 Cze, 2006 0:27

Powrót do góry
maxikasek
Moderator
Generał broni

Generał broni





Posty: 10843
Pochwał: 36
Skąd: obecnie Szczecin
Odpowiedz do tematu Odpowiedz z cytatem

[quote="Human"]
Cytat:
Tak dostarczano, tyle że potem zamykano je na cztery spusty. Co do strzelania to ile było strzelań, co ??..


Żołnierze chwalili sobie podobieństwo do karabinów piechoty ( w domyśle MAuser). A na cztery spusty zamykano je w latach 1936-1938- w składnicach centralnych.

Cytat:
Piat, to też tylko w sumie miotacz, co nie zmienia postaci rzeczy, że niektóre jednostki uczyły się jego obsługi dużo dłużej, niż nasi w obsłudze Ur-a i się nie nauczyli. Te mocniejsze naboje robią wielką różnicę, jeśli chodzi o balistykę broni. Poza tym, co było, jak przypadkiem pocisk trafił w grajdołek gdzie schowali się wszyscy przeszkoleni ??. Mamy chłopy karabin, nikt nie wie jak to działa, ale zawsze można używać jak cepa


Zanm takich co 30 lat jeżdżą zawodowo samochodem, a nie potrafią wycofać tyłem bez pomocy drugiego gościa Bardzo szczęśliwy NA tępych nie ma rady. Po to właśnie były strzelania, aby przyzwyczaić ludzi do mocniejszego "kopa". Co do balistyki to włąsnie do niej cechuje się celownik chyba- nieprawdaż. A ponieważ własciwie używany był jeden typ naboju, więc branie poprawki nie było potrzebne. Zaś parafrazując twoje pytanie, a jak naprzeciw strzelcom uzbrojonym w 60 Urów nie wyjedzie żaden czołg, to co? mamy Ury, a nie mamy do czego walić Bardzo szczęśliwy Piwo

_________________
Prawo Balaniego:
Jak długo trwa minuta, zależy od tego, po której stronie drzwi toalety się znajdujesz.

http://www.powrotlegendy.pl/

Sro 28 Cze, 2006 1:34

Powrót do góry
John_Brown
Porucznik

Porucznik





Posty: 618
Pochwał: 1
Odpowiedz do tematu Odpowiedz z cytatem

Walczyliśmy jak tylko mogliśmy najlepiej z tym co mieliśmy. Na pewno możemy z czystym sumieniem powiedzieć, że Polacy w 1939 zrobili co w ich mocy (oczywiście nie wszyscy, ale na pewno większość).
_________________
"Kwintyliuszu Warusie, oddaj mi moje legiony!"

Nie 09 Lip, 2006 15:51

Powrót do góry
kola303
Kapral

Kapral





Posty: 42
Skąd: Włocławek
Odpowiedz do tematu Odpowiedz z cytatem

Poczytałem sobie Wasze posty(trochę czasu to zajęło Uśmiech ) O przegraniu kampanii zadecydowało wiele czynników. Często można odnieść wrażenie, że nie zrobiono wszystkiego co możliwe aby wydłużyć w czasie zmagania. Oddziały generalnie wykazały swoją dzielność. Trudno gdybać nad innym przebiegiem działań. Oceniając jednak to co się wydarzyło nie boję się stwierdzić, że w takich warunkach wytrzymać tak długo to trzeba było mieć charakter. W mojej pamięci żołnierze wrześniowi mają zaszczytne, honorowe miejsce Bardzo szczęśliwy

Nie 16 Lip, 2006 11:06

Powrót do góry
THC_members
Szeregowiec

Szeregowiec




Posty: 5
Skąd: Żywiec
Odpowiedz do tematu Odpowiedz z cytatem

No to jesteś dobrze poinformowany no nie

Bo tu Batory ma racje bo gdyby nie brak łączności ze stolicą i naczelnym dowódctwem,by uzyskać zgodę na marsz w kierunku Warszawy a nie odwrót w kierunku Poznania dało by nam tak wielką przewage, ponieważ atak w kierunku Warszawy był tak rozciągnięty że Polacy mieli szanse wbić się klinem i pozbawić oddziały pancerne wysunięte daleko do przodu wyprzedzając piechote która nie była w stanie poruszać się takim tempem, zaopatrzenia w paliwo 8) i nawiązać równą walkę z pozbawionymi osłony pancernej Wermachtem a wtedy ??? Nie mówię że już byśmy wygrali bo jeszcze armia czerwona zrobiła swoje ale Blitzkrig kosztował by III Rzesze o wiele więcej, a kto wie jak by to się odbiło na późniejszych wydarzeniach.
_________________
Śmierć jednostki jest tragedią, śmierć milionów statystyką.
J. Stalin

Nie 16 Lip, 2006 13:56

Powrót do góry
kola303
Kapral

Kapral





Posty: 42
Skąd: Włocławek
Odpowiedz do tematu Odpowiedz z cytatem

Widzę, że wszystko staramy się oprzeć o manewr zaczepny Armii Poznań, jakby była w stanie zasadniczo odmienić losy kampanii. Wg mnie owszem mogła przeciągnąć w czasie posuwanie się na Warszawę oddziałów niemieckich , ale ich ugrupowanie było dość głębokie i możliwości przerzucania rezerw na zagrożone kierunki prawie nieograniczone. Do tego całość naszego frontu przeskrzydlona, co oznacza że to i tak my byliśmy w tarapatach. A nasze siły po kilku dniach ewentualnej ofensywy, nader skromnymi i topniejącymi siłami zmuszone zostałyby do podobnego scenariusza jak w rzeczywistej bitwie Smutny

Pon 17 Lip, 2006 0:06

Powrót do góry
ZiemniaK27
Gość

Odpowiedz do tematu Odpowiedz z cytatem

Polacy bronili się dobrze. Przynajmniej na tyle na ile można nas było stać wówczas. No bo jak mogliśmy mieć lepsze czołgi od Niemców, jak nasza gospodarka była w opłakanym stanie. Ale myśle, że moglibyśmy chociaż liczbę piechoty podwyższyć do 1,5 mln żołnierzy.

Pią 08 Wrz, 2006 20:19

Powrót do góry
Ponury
Lieutenant

Lieutenant





Posty: 786
Skąd: Gdańsk!
Odpowiedz do tematu Odpowiedz z cytatem

Gdynia-Redłowo, cmentarz bohaterów z 1939. Tu są pochowani m.in. generał Stanisław Dąbek, pułkownicy Zaucha, Szpunar, Pruszkowski. Legendy i prawdziwi bohaterowie 1939. I do tego ich żołnierze oraz rozstrzelani polscy zakładnicy wzięci po wrześniu 1939 r. Czy Miastu Gdyni rękami Zarządu Dróg i Zieleni tak ciężko kilka razy do roku zadbać o to miejsce? 05.04.2015 r. syf, walające się butelki po wódce. Ogarnięte, ale to chyba nie powinna być rola nas, przechodniów...


Opis załącznika:

_________________
"Piszę do ciebie mały gryps, wiedz że broniłem poczty w Gdańsku, tak, dzisiaj rozstrzelają nas..." Horytnica.

Pon 06 Kwi, 2015 21:58

Powrót do góry
panc
Moderator
Podpułkownik

Podpułkownik





Posty: 3084
Pochwał: 29
Skąd: W-wa ,Pl. Na Rozdrożu 2 m. 183
Archiwum: Grzegorz Gąsienica-Poszepszyński
Odpowiedz do tematu Odpowiedz z cytatem

Z okazji dziesiątej rocznicy upadku tematu ( z całym szacunkiem wyłączając post kolegi "Ponurego„) kilka artykułów:



Mówią wieki

PAWEŁ PIOTR WIECZORKIEWICZ

WRZESIEŃ 1939 - PRÓBA NOWEGO SPOJRZENIA


W realiach roku 1939 Polska w wojnie z Niemcami nie miała żadnych szans. Polemiki, jakie się toczą wokół kampanii już od ponad sześćdziesięciu lat, odnoszą się zatem zarówno do głębokich geopolitycznych przesłanek klęski, jak i jej uwarunkowań wojskowych. Istotę sporu oddaje retoryczne pytanie kpt. Felicjana Majorkiewicza: "czy dało się drożej sprzedać żołnierską krew?"

Niekwestionowany znawca i analityk kampanii płk Marian Porwit stwierdził, że "została przegrana nie na miarę sił zbrojnych państwa o trzydziestopięciomilionowej ludności, zwłaszcza jeśli idzie o charakter i rozmiar walk". Aby rzetelnie zweryfikować tę opinię, trzeba nie tylko odwołać się do optymalnych, gabinetowych rozwiązań, ale i podjąć studia porównawcze nad wysiłkiem bojowym armii francuskiej w 1940 roku i radzieckiej latem 1941 roku. Bardziej satysfakcjonujący wynik wojny zależał od przyjęcia racjonalnego i efektywnego planu obrony oraz jego perfekcyjnej realizacji. Marszałek Edward Rydz-Śmigły, zdaniem swego szefa sztabu gen. Wacława Stachiewicza, opierał strategiczną kalkulację na jedynym możliwym założeniu, że "walka o czas mogła być, w naszych warunkach tylko strategicznym opóźnianiem [...] do czasu odciążenia naszego frontu". Rozstrzygnięcie mogło zapaść tylko na froncie zachodnim. Wobec wymogów politycznych i gospodarczych naczelny wódz przez kolejne ustępstwa sprzeniewierzył mu się ostatecznie. Kordonowe ugrupowanie, w jakim uszykowano wojska, oznaczało bowiem konieczność podjęcia walki wszystkimi niemal siłami od pierwszych minut wojny. Jednym z argumentów na obronę tak zasadniczego odstępstwa od idei przewodniej był fakt, że na kresach zachodnich znajdowało się centrum przemysłowe kraju, jak też główne ośrodki mobilizacyjne polskiego rekruta. Płynie z tego wniosek, że ziem tych należało bronić najdłużej, opuszczając je dopiero po planowej ewakuacji. Zadajmy jednak pytanie, jakie w warunkach rozgardiaszu na szlakach komunikacyjnych były jej realne wyniki i czy podobnych nie uzyskano by, opóźniając nawałę niemiecką za pomocą oddziałów osłonowych, np. stosunkowo mobilnej kawalerii. Inną próbą rozgrzeszenia naczelnego wodza jest twierdzenie, że tylko poprzez zaangażowanie wszystkich sił Wojska Polskiego można było wymusić dotrzymanie gwarancji przez sojuszników, zwłaszcza wobec ewentualności poszukiwania przez Berlin modus vivendi z Zachodem po osiągnięciu planowanych zdobyczy terytorialnych w Polsce. Wiemy jednak, że celem Hitlera było całkowite zniszczenie Polski. "Nie chodzi o osiągnięcie określonej rubieży ani o ustalenie nowej granicy" - mówił na odprawie generalicji w Obersalzbergu jeszcze przed rozpoczęciem działań - "lecz o zniszczenie nieprzyjaciela, do czego należy usilnie dążyć wszelkimi sposobami". Czy führer byłby skłonny zrewidować ów strategiczny plan i podejmować niepewne negocjacje w warunkach zagrożenia, jakie stanowiłby nienaruszony polski potencjał militarny?

NACZELNY WÓDZ CZY JEŹDZIEC BEZ GŁOWY

Kolejnym punktem oceny Rydza-Śmigłego - tu historycy, a nawet świadkowie są zadziwiająco zgodni - jest karygodny wręcz sposób wdrożenia planu wojny w życie. Ówczesny szef Oddziału Operacyjnego Sztabu Głównego płk Stanisław Kopański zauważył nader ostrożnie: "Koncepcja dalszych działań wojennych, poza okresem wstępnym, ujętym w wytycznych dla dowódców armii, jeśli istniała w umyśle przyszłego Wodza Naczelnego i znana była jego najbliższym współpracownikom (szefowi Sztabu i jego zastępcy), to na pewno nie była ujawniona Oddziałowi Operacyjnemu. Nie była więc przepracowana przez Sztab, ani też przygotowana w terenie". Przy defensywnych założeniach w wymiarze strategicznym był to błąd wręcz kardynalny. O jego operacyjnych skutkach pisał niemal na gorąco ówczesny dowódca Warszawskiej Brygady Pancerno-Motorowej płk Stefan Rowecki: "Jak można było, konstruując plan wojny z Niemcami, nie wziąć pod uwagę konieczności solidnego przygotowania podstawy do manewru i bazy asekuracyjnej na ewentualne początkowe niepowodzenia, jaką stwarzała przyroda w postaci naturalnej linii oparcia na Wiśle, Sanie i Narwi". Plan wojny, nie dość, że ogólnikowy i nierozpracowany w kolejnych stadiach, marszałek co gorsza otoczył niezrozumiałym wręcz nimbem tajemnicy nie tylko wobec własnego sztabu. Gen. Czesław Młot-Fijałkowski sądził (słusznie!), że naczelny wódz odziedziczył tę metodę postępowania po marszałku Piłsudskim. Kolejnym błędem stała się, również wyniesiona z wojny 1920 roku, skrajna wręcz centralizacja dowodzenia. Nawet tak lojalny obrońca zwierzchnika jak gen. Stachiewicz zauważa, że na warunkach pracy Naczelnego Dowództwa, dowództw armii i grup operacyjnych ujemnie odbił się brak organizacyjnych dowództw grup armii (frontów) oraz zbyt mała liczba dowództw grup operacyjnych (korpusów). Efektem, już w trakcie kampanii, stały się ingerencje Rydza-Śmigłego w rozkazodawstwo na poziomie dywizji i brygad, niemal zawsze spóźnione i nieadekwatne do sytuacji. Stało się tak, ponieważ, jak zauważa trafnie płk Porwit, "marszałek wziął na siebie obowiązki ponad siły, i to bez prawidłowej pomocy sztabu". Co gorsza, czego można było i należało się spodziewać, naczelny wódz, w warunkach rwącej się łączności pozbawiony najdalej po kilku dniach możliwości realnej komunikacji z podwładnymi, utracił praktycznie możliwość kierowania operacjami. W rezultacie dowódcy armii, a nawet dywizji, toczyli własne wojny. Potwierdziła się zatem diagnoza francuskich sojuszników, którzy oceniali Rydza-Śmigłego jako pozbawionego błyskotliwości, mało inteligentnego, drobiazgowego, ale upartego i energicznego. Skuteczniejszy opór wymagał od polskiej strony perfekcyjnego dowodzenia na wszystkich szczeblach. Niemieckie panowanie w powietrzu paraliżowało możliwość sprawnego i skrytego przed wzrokiem przeciwnika przerzucania wojska, a użycie transportu motorowego dawało Wehrmachtowi możność szybszego skupiania swych sił. Wojna zamieniła się w wyścig polskiego piechura i kopyt koni z silnikami niemieckich ciężarówek i czołgów. Dowódcy polscy nie mogli sobie w tej sytuacji pozwolić na błąd, gdyż nie tylko nie można było go później naprawić, ale - co gorsza - jego skutki nawarstwiały się. Tymczasem dowodzenie operacyjne stało na relatywnie niskim poziomie i okazało się bodaj najsłabszym elementem Wojska Polskiego w 1939 roku.

BLAMAŻ LEGIONOWYCH GENERAŁÓW

Trudno mieć do naczelnego wodza pretensje o taką, a nie inną obsadę wyższych dowództw w chwili rozpoczęcia kampanii, bowiem pokojowe opinie nie muszą się sprawdzać, i często nie sprawdzają się, na wojnie. Rydz musiał nadto zachować kadrową równowagę między dwiema grupami generałów przewidywanych do wojny przeciwko Niemcom i Związkowi Radzieckiemu. Nie usprawiedliwia to jednak decyzji personalnych, jakie powziął już w trakcie kampanii. Niewykorzystanie aż do 10 września gen. Kazimierza Sosnkowskiego, mimo jego natarczywych próśb, musi zdumiewać, oburzać zaś - powierzenie skompromitowanemu w początkowym etapie wojny gen. Stefanowi Dębowi-Biernackiemu ("przestępcy wojennemu, który bez bitwy pozwolił na rozbicie swojej armii i dalej przestępczo nie chciał ująć w karby cofających się wojsk" - jak oceniał jego zachowanie w meldunku do Rydza jeden z podkomendnych) kluczowego stanowiska dowódcy Frontu Północnego. Pod Tomaszowem, gdy jego chaotyczne dowodzenie doprowadziło do klęski w tej bitwie może najważniejszej w całej kampanii bitwy, przebrawszy się w cywilne ubranie, ponownie zbiegł z pola walki, dając dowód nie tylko braku kompetencji, ale i tchórzostwa. Podobnie rzecz miała się z gen. Kazimierzem Fabrycym, który zasłaniając się rzekomą chorobą, nie tylko porzucił po przełamaniu przez Niemców linii obrony Sanu Armię "Małopolska" i odjechał do Lwowa, ale następnie odmówił (!)powrotu na front. Nic dziwnego, że obarczenie go następnie funkcją koordynatora obrony na "przyczółku rumuńskim" wywołało wręcz niedowierzanie oficerów Sztabu Naczelnego Wodza. Wyjaśnieniem tych zadziwiających posunięć może być charakter Rydza. Przypomnijmy tu opinię marszałka Piłsudskiego, że "bywał co do otoczenia własnego [...] kapryśny i wygodny, szukający ludzi, z którymi by nie potrzebował walczyć, lub mieć jakiekolwiek spory". Zarzut zbytniej pobłażliwości, a właściwie nieumiejętności oceny ludzi, dotyczy także szefa sztabu naczelnego wodza gen. Stachiewicza. Wiedząc o karygodnym postępku dowódcy Armii "Łódź" gen. Juliusza Rómmla, który po lotniczym bombardowaniu swego sztabu lekko tylko kontuzjowany zbiegł do Warszawy, pozostawiając wszystko na łasce losu, Stachiewicz wskazał go na dowódcę Grupy Armii "Warszawa", a było to zadanie pierwszorzędnej wagi. Skutki okazały się fatalne, gdyż Rómmel nie chciał udzielić na jej przepolach pomocy ani wojskom gen. Wiktora Thomméego, ani wesprzeć krwawiących nad Bzurą oddziałów Armii "Poznań" i "Pomorze". Krytycznie należy ocenić styl dowodzenia na szczeblu związków operacyjnych. Obok Dęba-Biernackiego, Rómmla i Fabrycego, zasługujących na najsurowszy osąd, należy napiętnować także uznawanego za największy talent wojska gen. Bortnowskiego z Armii "Pomorze". Jego impulsywny podkomendny gen. Mikołaj Bołtuć wyrzucał sobie później grzech, że "w pierwszych dniach wojny, w czasie bitwy w Borach Tucholskich, nie dał mu kuli w łeb i nie objął dowództwa". Gdy Bortnowski zawiódł ponownie nad Bzurą, stając się głównym winowajcą klęski, nie krępował już języka: "Jak zginę, to niech wszyscy wiedzą, że zginąłem ja i armia z winy tego skurwysyna". Nie sprawdził się też dowódca Samodzielnej Grupy Opercyjnej "Narew" gen. Młot-Fijałkowski, a co najwyżej na dostateczną ocenę zasłużył gen. Tadeusz Piskor, mimo że objął Armię "Lublin" już w trakcie kampanii, początkowo niemal bez wojska i z przeciwnikiem na karku. Poza Rómmlem byli to bez wyjątku legioniści, przez lata faworyzowani ponad swe możliwości intelektualne. Honoru podkomendnych Piłsudskiego bronili na najwyższych szczeblach jedynie dwaj generałowie. Sosnkowski dowodził, jak na warunki, w których przyszło mu działać, przytomnie i potrafił samemu iść do bitwy, a nie, jak wielu, od niej uciekać. Gen. Franciszek Kleeberg zasłużył na szczególne miejsce w narodowym panteonie nie tyle na polu walki, bo bitwa pod Kockiem miała dla kampanii znaczenie li tylko symboliczne, ile determinacją w realizacji przedsięwziętego planu. Okazał to, czego brakło Kutrzebie - żołnierski charakter. Dzięki instynktownej decyzji marszu na Zachód ocalił swych oficerów przed losem jeńców Kozielska i Katynia, a żołnierzy przed radzieckimi łagrami.

SIŁA RUTYNY

O wiele lepiej wypadli w kampanii oficerowie byłych armii zaborczych. Przejście przez wojskowe akademie i znajomość dowodzenia na kolejnych szczeblach, pozwalały im na zachowanie w trudnych sytuacjach chłodnego profesjonalizmu i zimnej krwi. Kontradm. Józef Unrug, choć można mieć zastrzeżenia do jego decyzji w kwestii operacyjnego użycia floty, twardo sprawował dowództwo nad całością obrony Wybrzeża. Gen. Emil Przedrzymirski-Krukowicz nie ustrzegł się błędów, ale też najdłużej potrafił utrzymać karność i zdolność bojową w szeregach kilkakrotnie rozpraszanej Armii "Modlin". Gen. Tadeusz Kutrzeba, poprzez swój "zwrot zaczepny" nad Bzurą, stał się jednym z symboli wojny 1939 roku, w związku z czym oceny jego dowodzenia bywają przesadnie wysokie. Tymczasem potwierdziły się wcześniejsze opinie podkreślające wybitny zmysł operacyjny dowódcy Armii "Poznań", a zarazem kwestionujące równie ważne na tak wysokim szczeblu cechy osobowe. Znający go dobrze gen. Thommée zauważył, że "chwiejność i wahanie częstokroć przeszkadzały mu w wykonaniu raz powziętych decyzji". Potwierdził to gen. Roman Abraham, podkomendny Kutrzeby: "jego wartości dowódcze umniejszała [podkr. PW] wysoka kultura osobista i zbyt daleko posunięte poczucie koleżeństwa, co powodowało brak żołnierskiej bezwzględności w zdecydowanym wymuszaniu powziętych decyzji". Tłumaczy to, dlaczego nie potrafił z całą konsekwencją przeprowadzić swych planów i w newralgicznym momencie bitwy nad Bzurą uległ defetystycznie nastrojonemu Bortnowskiemu, co doprowadziło do największej w kampanii klęski. Dowody opanowania żołnierskiego rzemiosła, i to najwyższej próby, dali dwaj generałowie wywodzący się z armii rosyjskiej. Antoni Szylling kierował Armią "Kraków" z wielką rozwagą, unikając rozwiązań ryzykanckich, a wybierając optymalne. Dzięki temu, kilkakrotnie oskrzydlany i otaczany, zdołał przeprowadzić oddziały bez efektownych, ale przegranych wielkich bitew znad granicy aż na Lubelszczyznę, wypełniając zresztą skrupulatnie instrukcje naczelnego wodza. Gen. Thommée (początkowo Grupa Operacyjna "Piotrków", a następnie dowódca obrony Modlina) dokonał sztuki równie wielkiej: zebrał porzucone przez Rómmla, częściowo zdemoralizowane dywizje Armii "Łódź" i natchnął takim duchem, że nie ustąpiły już przeciwnikowi aż do końca kampanii. Jeden z jego podwładnych mjr Władysław Naprawa pisał: "dał się poznać jako człowiek o niesłychanej energii, tężyźnie i żołnierskim fasonie. Nie było widać po generale jakiegoś załamania się, a przeciwnie, podnosił nas wszystkich na duchu, wierząc, że sytuacja wcale nie jest beznadziejna, a kryzys wojny będzie opanowany". Dowodzenie grupami operacyjnymi było nad wyraz trudne, dlatego ocena ich dowódców musi być stonowana. Generałowie, którym je powierzono, często już w trakcie kampanii, nie dysponowali zazwyczaj ani koniecznym instrumentarium (sztaby!), ani niezbędną wiedzą na temat stanu i rzeczywistych możliwości wojsk. Gen. Stanisław Skwarczyński w pierwszych dniach wojny był kolejno dowódcą Korpusu Interwencyjnego, następnie Grupy "Wyszków" i Zgrupowania Południowego Armii "Prusy". O podobnym przypadku pisał płk Bronisław Prugar- Ketling, komentując rozkazy zwierzchnika gen. Kazimierza Orlika-Łukoskiego (Grupa Operacyjna "Jasło"): "Bezsilna wściekłość ogarnęła mnie w pierwszym rzędzie na dowództwo grupy operacyjnej, które już po raz trzeci w tej kampanii przez swoje niedołęstwo wpakowało mnie w bardzo głupią i ciężką sytuację". Najlepiej na tym tle wypadł gen. Wilhelm Orlik-Rückeman, jedyny polski dowódca, który, wobec co najmniej dwuznacznej postawy naczelnego wodza, potrafił wziąć na siebie ciężar symbolicznej walki z Rosjanami. Na wysokie noty zasłużył gen. Stanisław Jagmin-Sadowski. Na dobre - gen. Abraham, bojowy dowódca Wielkopolskiej Brygady Kawalerii, i Wincenty Kowalski, który łączył dowodzenie grupą z komendą 1. Dywizją Piechoty Legionów. Na uznanie zasłużył też dowódca obrony Warszawy gen. Walerian Czuma, który nie tylko musiał walczyć z Niemcami, ale i znosić zwierzchnictwo gen. Rómmla. Wbrew lansowanym ostatnio hagiograficznym opiniom dowodzenie gen. Władysława Andersa (grupa operacyjna kawalerii) stało poniżej średniej. Głównym jego osiągnięciem było konsekwentne unikanie zaangażowania swych sił, choć akurat był tam, gdzie bić się należało. Płk Adam Bogorya-Zakrzewski stwierdził później z goryczą, że "Anders postanowił natychmiast przebijać się na Węgry, czym się da i jak się da". Podobnie nisko wypada oceniać dokonania generałów Bołtucia (Grupa Operacyjna "Wschód") i Stanisława Grzmota-Skotnickiego (Grupa Operacyjna "Czersk") z Armii "Pomorze", którzy jednak potrafili przynajmniej dzielnie się bić i zginąć na posterunku.

JAKI PAN, TAKI KRAM

Wobec przebiegu kampanii głównym miernikiem kunsztu dowódców wielkich jednostek muszą być nie tyle rzadkie sukcesy czy porażki, bo zależały one głównie od narzuconych przez zwierzchników i przeciwnika okoliczności, ile umiejętność utrzymania oddziałów, pomimo niepowodzeń i niekończących się odwrotów. Godnymi najwyższych laurów okazali się pułkownicy: Stanisław Maczek, jeden z nielicznych, który nie dał się do końca rozbić, a także Prugar-Ketling, który odniósł jedno z piękniejszych, choć epizodycznych zwycięstw w kampanii, Adam Epler (60. DP), bijący i bolszewików, i Niemców, oraz gen. Zygmunt Podhorski (Suwalska Brygada Kawalerii i Dywizja Kawalerii "Zaza"), walczący nieprzerwanie od 1 września do 5 października. Z szacunkiem trzeba też wspomnieć tych, którzy podzielili losy walczących do ostatniego naboju żołnierzy: gen. Józefa Kustronia i Franciszka Włada oraz płk. Wacława Klaczyńskiego. Płk Stanisław Dąbek popełnił w walkach pod Gdynią błędy, ale okupił je osobistym męstwem i na koniec samobójczą kulą. Próbował się również zabić płk Leopold Endel-Ragis po zawinionej klęsce 22. Dywizji Piechoty pod Baranowem. Wyjątkowe warunki dowodzenia powodowały, że ci, którzy potrafili z najwyższym kunsztem odeprzeć na przygotowanych do obrony terenach przygranicznych pierwsze ataki niemieckie, jak płk. Julian Filipowicz, Janusz Gaładyk i Wilhelm Lawicz- Liszka, w dalszych odwrotowych fazach kampanii nie umieli już wydobyć ze swych żołnierzy równego poświęcenia. Charakterystyczne, że przykład, tak dobry, jak i zły, szedł z góry. W armiach gen. Szyllinga i Thomméego, którzy trzymali wojsko twardą ręką, gen. Leopold Cehak (Słoweniec z pochodzenia, źle mówiący po polsku), Bernard Mond i Zygmunt Piasecki oraz płk. Stanisław Kalabiński, Władysław Powierza i Antoni Staich pozostali ze swymi żołnierzami do końca. Na przypomnienie zasługują również ci, którzy w totalnej katastrofie, jaka nastąpiła w ostatniej fazie bitwy nad Bzurą, potrafili zachować zwartość swych jednostek i wyprowadzić je z kotła. Poza wspomnianym już Abrahamem byli to gen. Franciszek Alter, Zygmunt Przyjałkowski i płk Ludwik Strzelecki. Znacznie gorzej wyglądało to "na podwórku" Rómmla, Dęba-Biernackiego i Bortnowskiego. W Armii "Łódź" za przykładem przełożonego wojska opuściło aż trzech dowódców. Gen. Władysław Bończa-Uzdowski, dowódca 28. DP, choć, jak oceniał to gen. Thommée, "drapnął do Warszawy, odnalazł się po kilku dniach w Modlinie". Opamiętał się także płk Stefan Hanka-Kulesza (Kresowa Brygada Kawalerii), zapisując ładny epizod w walce z Rosjanami jako dowódca improwizowanej Grupy "Dubno". Płk Edward Dojan-Surówka (2. DP Leg.) nie tylko nie okazał się, jak spodziewał się tego w swych przedwojennych ocenach płk Rowecki, dobrym dowódcą dywizji, ale nie pofatygował się osobiście do pierwszej bitwy, a co gorsza był jednym z pierwszych wojskowych, którzy znaleźli się poza granicami Rzeczypospolitej, i to jeszcze przed agresją ZSRR. Zagubili się w większości podkomendni Dęba-Biernackiego, bijąc się źle i bez przekonania. Gen. Gustaw Paszkiewicz, skarżący się na sercowe niedomagania, i płk Ignacy Oziewicz, lekko draśnięty, zdradzali chęć jak najszybszego oderwania się nie tylko od przeciwnika, ale i własnych, pozostawionych samopas żołnierzy. Brzemienne w skutki błędy w dowodzeniu popełniali też za przykładem gen. Bortnowskiego niemal wszyscy wyżsi oficerowie Armii "Pomorze" - gen. Juliusz Drapella i Grzmot-Skotnicki oraz płk. Tadeusz Lubicz-Niezabitowski i Stanisław Świtalski.

POTRZEBA OBIEKTYWNEJ OCENY

Oceny oficerów i żołnierzy Września nie sposób zawrzeć w alternatywie: bohaterowie i tchórze. O wiele częściej prawda o kampanii mieści się w dramacie konieczności podejmowania niewykonalnych zadań i próbach wypełniania nierealnych rozkazów. Żołnierz, gdy był dobrze dowodzony i miał szansę stawienia skutecznego oporu na przygotowanych zawczasu pozycjach, bił się dobrze, a nawet świetnie. W ekstremalnie trudnych warunkach były przykłady graniczącego z fanatyzmem bohaterstwa: walka załóg Węgierskiej Górki, Borowej Góry i Wizny, obrona Warszawy, Lwowa i Wybrzeża, postawa Wołyńskiej BK w pierwszych dwóch dniach wojny, szaleńcza odwaga kawalerzystów gen. Abrahama w odwrocie znad Bzury, bitność 11. Karpackiej DP w Lasach Janowskich, odporność 1. DPLeg., zwanej przez Niemców z szacunkiem "żelazną", odyseja zgrupowania KOP i GO "Polesie" i oczywiście twarda postawa 10. Brygady Kawalerii Zmotoryzowanej. Były też równie liczne przykłady niezrozumiałego pozornie załamania całych jednostek, jak klęska 8. DP płk. Teodora Furgalskiego i 20. DP Lawicza-Liszki w odwrocie spod Mławy czy rozejście się Wileńskiej BK płk. Konstantego Druckiego-Lubeckiego na przeprawach przez Wisłę. Wiele zależało nie tylko od umiejętności i woli walki dowódców, ale także momentu, w jakim nadchodził kryzys. Rozprężenie i dezorganizacja zdarzały się bowiem częściej w pierwszym etapie kampanii, gdzie pozornie szanse były bardziej wyrównane, niż w ciężkich walkach odwrotowych pod jej koniec, kiedy zwykle bito się dla honoru, do wyczerpania wszystkich możliwości, bez szans na sukces. Tłumaczyć to trzeba okrzepnięciem wojska, które mniej nerwowo reagowało na nieprzyjacielskie samoloty i czołgi. Pozytywni bohaterowie Września nie doczekali się zazwyczaj za życia należnego uznania. W wojskowej ekipie gen. Sikorskiego szansę otrzymali przede wszystkim ci, którzy nie mieli piłsudczykowskich powiązań i zjawili się dostatecznie szybko, aby objąć nieliczne stanowiska. Na czele wielkich jednostek stanęli zatem zarówno Prugar-Ketling i Maczek, jak i gen. Rudolf Dreszer, który we wrześniu nie wykazał się niczym, a nieco później również Paszkiewicz. Zdumiewa potraktowanie płk Eplera, który trafiwszy do Francji jesienią 1940 roku, nie otrzymał żadnego przydziału, i przede wszystkim Orlika-Rückemana, jednego z bohaterów kampanii 1939 roku, który daremnie (!) zabiegał o przyjęcie do wojska. Z drugiej strony na niczym spełzło śledztwo w sprawie zachowania Dęba-Biernackiego, który poniósł karę za próby politycznego frondowania w wojsku, a nie za haniebną postawę na polu bitwy. Zamysł polityczny dominował także w ocenach powojennych. W PRL gen. Rómmla, tylko dlatego, że powrócił do kraju, nominowano do roli obrońcy Warszawy. Od pewnego momentu ciepło pisano również o Kutrzebie, a potem o Kleebergu, ponieważ umarli niejako "na czas" i nie zdążyli zaangażować się w polityczne działania powojennej emigracji. Wielki dowódca września gen. Thommée żył w Polsce w nędzy i poniewierce. Na emigracji w Londynie i Nowym Jorku także wyżej ceniono koteryjne powiązania i polityczne układy niż rzeczywiste zasługi - wszak główną rolę grał tam Anders, który we wrześniu, jak i potem pod Monte Cassino, nie okazał talentów na miarę oczekiwań, podczas gdy Maczek i Szylling, najwybitniejsi polscy dowódcy tej wojny, pozostali na dalszym planie.


***

Paweł Piotr Wieczorkiewicz

Kampania 1939 roku

2001



(...)



BILANS KAMPANII

Spór o adekwatną nazwę wojny polsko-niemieckiej i polsko-sowieckiej trwa niemal od jej zakończenia. Niemcy ukuli slogan, że działania trwały 18 dni, co po 1945 r. z radością podchwyciła propaganda i historiografia PRL, gdyż dokumentował wyraziście, w duchu ocen Mołotowa, "bankructwo burżuazyjnego państwa polskiego". Z czasem rozpoczęto używać terminu "kampania wrześniowa", także nośnego propagandowo, odwracał bowiem uwagę od walk Grupy Operacyjnej "Polesie" przeciwko obydwu najeźdźcom. Zastąpiono go potem określeniem "wojna obronna", zgodnym z tzw. marksistowską metodologią historii. Wydaje się, że pierwszy do historycznej prawdy zbliżył się Leszek Moczulski, który swą znakomitą, wydaną w 1972 r. i wycofaną natychmiast potem ze sprzedaży monografię zatytułował Wojna Polska.

Wraz z kapitulacją ostatniego walczącego polskiego zgrupowania operacyjnego - grupy gen. Kleeberga - kampania 1939 r. dobiegła końca. W ciągu 5 tygodni, czyli 35 dni, armia, broniąca niepodległości i suwerenności Rzeczypospolitej, została doszczętnie rozbita. W walkach z Niemcami straty wyniosły ok. 70 000 poległych, w tym 3300 oficerów (z tego 67 177 mogił udało się zewidencjonować na terenie Polski w jej obecnych granicach). Rannych zostało 133 000 żołnierzy, w tym 6700 oficerów. Tak wielka liczba zabitych wynikała po części z braku elementarnej pomocy medycznej, której udzielić mógł ewentualnie tylko przeciwnik. Do niewoli niemieckiej dostało się ok. 420 000 ludzi, z tego ok. 10 000 zmarło lub zostało zamordowanych.

Wedle szacunkowych danych opór przeciwko bolszewikom kosztował ok. 6000-7000 zabitych i zamordowanych, oraz - jak podawały zawyżone sprawozdania RKKA - 575 000 jeńców (w tym 240 000-250 000 z formacji regularnych). Rozróżnienie to jest o tyle istotne, że Sowieci brali do niewoli junaków Przysposobienia Obronnego, a także wszystkich umundurowanych funkcjonariuszy państwowych: policjantów, strażaków, kolejarzy, pracowników poczty, a nawet harcerzy. Część z nich, zwłaszcza Ukraińców, Białorusinów i innych mieszkańców Kresów, po uprzedniej filtracji zwolniono na mocy decyzji Biura Politycznego KC WKP/b/, a ponad 40 000 przekazano Niemcom; pozostałych oddano pod czujną opiekę NKWD. Jak wiadomo, co najmniej 22 000 jeńców, przede wszystkim oficerów, trafiło później przez obozy w Kozielsku, Ostaszkowie i Starobielsku do Katynia, Miednoje, Charkowa i innych miejsc masowego ludobójstwa.

Na polu walki, od kul niemieckich, padło czterech generałów: Bołtuć, Grzmot-Skotnicki, Kustroń i Wład; piąty, Olszyna-Wilczyński, zginął z rąk Sowietów. Wielu wyższych oficerów, jak płk Dąbek czy kpt Raginis, po wyczerpaniu wszystkich możliwości obrony, przedłożyło samobójczą kulę nad niewolę. Obóz jeniecki, zwłaszcza sowiecki, nie dawał jednak wcale szansy przeżycia. W katyńskiej hekatombie zginęli m.in. dowódcy Wielkich Jednostek i samodzielnych grup: generałowie Kazimierz Orlik-Łukoski (Grupa Operacyjna "Jasło"), Konstanty Plisowski, Franciszek Sikorski, Skuratowicz i Smorawiński oraz pułkownicy Schwarzenberg-Czerny, Szafran, Alojzy Wir-Konas (38. DPRez.) i Kazimierz Żelisławski (dowódca Nowogródzkiej BK po Andersie). Nie oszczędzono również ciężko rannych, zagarniętych w szpitalach pułkowników Druckiego-Lubeckiego i Kosseckiego. Dalecy od przestrzegania konwencji międzynarodowych byli także Niemcy. Płk Stanisław Kalabiński, dowódca doskonale bijącej się w kampanii 55. DPRez., został oskarżony o rzekome zbrodnie wojenne, wywieziony z oflagu w Rotenburgu do obozu koncentracyjnego w Buchenwaldzie, a później wydany Gestapo i stracony. Pretekstem stał się incydent, jaki wydarzył się 9 września w Stopnicy, gdzie zniszczono w obustronnej walce autobus niemiecki z orkiestrą pułkową 5. Dywizji Pancernej. Płk. Morawski, były referent Wydziału "Niemcy" II Oddziału Sztabu Głównego, który trafił do obozu jenieckiego II D Gross Born, za udział w tajnej organizacji konspiracyjnej został zgładzony w 1944 r. Z kolei płk. Furgalskiego, zwolnionego zgodnie z podpisaną konwencją z niewoli po kapitulacji twierdzy Modlin, uwięziono i osadzono, jako rannego, w szpitalu w Tworkach, gdzie zmarł w niespełna miesiąc po zakończeniu kampanii.

Z pogromu ocalało ok. 80 000 oficerów i żołnierzy, którzy przeszli, najczęściej z myślą o dalszej walce, do krajów neutralnych, przede wszystkim na Węgry i do Rumunii oraz na Litwę i Łotwę. Większości udało się później przedrzeć na Zachód bądź, po okupacji krajów nadbałtyckich przez Sowietów, trafić do Armii Polskiej w ZSRS.

Z użytych w walkach ok. 450 samolotów (w trakcie kampanii nadeszły niewielkie uzupełnienia z zapasów) ponad 100 udało się ewakuować do Rumunii i kilkanaście na Węgry i Litwę, stracono zatem ok. 330 maszyn (z tego ok. 100 w powietrzu, część od ognia własnych jednostek). W podobny sposób uratowano ok. 100 z ponad 500 czołgów (wiele zostało porzuconych z braku paliwa). Marynarka utraciła wszystkie okręty (z wyjątkiem podwodnych) użyte w obronie wybrzeża.

Straty przeciwników, choć o wiele niższe, były również poważne. Niemcy okupili zwycięstwo nad Polską 16 343 poległymi, 5058 zaginionymi i 27 640 rannymi oficerami i żołnierzami, Sowieci zaś - od 2500 do 3000 poległymi (według oficjalnych, zaniżonych danych - 996 zabitych i 2002 rannych). Agresorzy utracili także znaczne ilości sprzętu bojowego: Wehrmacht - łącznie 674 czołgi, 319 samochodów pancernych (z tego część została następnie wyremontowana), Luftwaffe - 521 samolotów zniszczonych i ciężko uszkodzonych (z tego 330 bezpowrotnie), w tym w akcji - ponad 230, czyli po 27% stanu wyjściowego, Kriegsmarine - 1 trałowiec i pewną liczbę samolotów, natomiast Armia Czerwona - ok. 150 wozów bojowych wszystkich typów i do 20 samolotów.

Wrażenie, jakie w społeczeństwie, ponoszącym skutki nieznanej wcześniej wojny totalnej, wywołał jej przebieg i finał, było porażające. Poczucie klęski i skrajny pesymizm co do własnej przyszłości pogłębiała zarówno dobrze zapamiętana optymistyczno-patriotyczna propaganda, uprawiana jeszcze w sytuacji bezpośredniego wojennego zagrożenia, jak pospieszna ewakuacja naczelnych władz państwowych z Warszawy, a następnie z kraju, czego ogół nie pojmował, wreszcie przemyślana działalność obydwu okupantów, którzy w kontrolowanych przez siebie prasie i specjalnych okolicznościowych publikacjach polskojęzycznych jątrzyli świeże rany, licząc, że piętnowanie prawdziwych i przede wszystkim rzekomych błędów i przewin II Rzeczypospolitej osłabi wśród Polaków ducha potencjalnego oporu. Rangę ponurego epitafium zyskały wyrwane z kontekstu słowa marszałka Rydza-Śmigłego, który w obliczu zbliżającej się wojny oświadczył: "Nie oddamy guzika". Ponieważ w ślad za prezydentem, premierem i marszałkiem do Rumunii i na Węgry podążyły tysiące wojskowych rozbitków i cywilnych uciekinierów, w rozgoryczonym, we własnym przeświadczeniu wydanym na łup Niemców i Sowietów społeczeństwie narodził się - jako fałszywy symbol ucieczki politycznych elit - mit "szosy zaleszczyckiej", którą do zbawczej granicy podążały rzekomo tysiące rządowych limuzyn. Hołubiła go przez lata komunistyczna propaganda, pragnąc uwiarygodnić tezę Mołotowa o rzekomym "rozpadzie" polskiej państwowości i zakwestionować ciągłość jej legalnych władz.



Fragment listu pożegnalnego oficera II Oddziału (wywiadowczego) sztabu Grupy Operacyjnej "Piotrków", mjr. dypl. Cezarego Niewęgłowskiego, który 7.09. popełnił samobójstwo:

Byłem żołnierzem z zamiłowania, nie dla kawałka chleba, byłem patriotą, może gwałtownym w swej ambicji, ale szczerym. Wierzyłem w swych wodzów, ale głęboko się zawiodłem. Przegranie wojny w pięć dni przez państwo o 34 mln ludzi - to klęska, nie wojenna, lecz moralna. [...] Wykazała naszą nieudolność organizacyjną, brak przewidywania, a przy tym pyszałkowatość i bezdenną pewność siebie [...]. Przez te kilka dni byłem na froncie świadkiem bohaterstwa i waleczności naszego żołnierza i nieudolności dowódców. Czy znowu mamy prosić francuskich dowódców batalionów, żeby nas uczyli dowodzenia?...

(Cyt. P. Stawecki, Oficerowie dyplomowani wojska Drugiej Rzeczypospolitej, Wrocław 1977, s. 192)



Wojna, zgodnie z definicją wielkiego pruskiego teoretyka wojskowości, gen. Karla von Clausewitza, jest kontynuacją polityki innymi środkami. Wrześniowa klęska w 1939 r. była zatem skutkiem nie tyle słabości militarnej II Rzeczypospolitej, ile wynikiem prowadzonej przez nią polityki zagranicznej, i jeśli w ogóle popełniono błąd, to tkwił on właśnie w tej sferze. Jerzy Łojek w 1979 r. w swej Agresji 17 września 1939, a ostatnio Grzegorz Górski w pracy Wrzesień 1939. Rozważania alternatywne, postawili tezę o wyborze konkurencyjnej koncepcji politycznej, sprowadzającej się do przyjęcia warunków Hitlera, regulujących na nowych zasadach stosunki polsko-niemieckie. Wielu historyków podnosi często argument, że na takie rozwiązanie nie zezwoliłaby opinia publiczna. Jako dowód przytaczana bywa chętnie opinia ambasadora Łukasiewicza, który stwierdził w rozmowie z Szembekiem: "gdybyśmy w marcu byli oddali Gdańsk i autostradę [...] przy nastrojach, jakie w kraju panowały, Rząd upadał, a powstałby Rząd obecny [gen. Sikorskiego]. Byłyby w kraju rozruchy, po czym weszliby Niemcy i Sowieci". Pogląd to fatalistyczny i nie mający wiele wspólnego z ówczesną rzeczywistością. W państwie autorytarnym, jakim była II Rzeczypospolita, głos społeczeństwa nie był i nie mógł być czynnikiem decydującym. Ponadto na stosunki polsko-niemieckie nie można patrzeć z perspektywy resentymentów 1945 r. Należy też pamiętać, że w analogicznej sytuacji władze państwowe Węgier, Rumunii czy Finlandii potrafiły w odpowiednim czasie przyjąć w swojej polityce opcję niemiecką. Sojusz Warszawy i Berlina niewątpliwie odmieniłby diametralnie sytuację międzynarodową, zapewne bardziej niż pakt Ribbentrop-Mołotow. Paradoksalne, ale odrzucenie niemieckich propozycji uratowało od podporządkowania III Rzeszy nie tylko Europę, ale w pierwszym rzędzie Związek Sowiecki.

Przyjęcie gwarancji brytyjskich pozbawiło politykę polską swobody manewru i spowodowało otwarty konflikt z Niemcami, jednak - do momentu uzyskania przez nie reasekuracji w Moskwie - niekoniecznie zbrojny. Po 23 sierpnia, gdy wojna stała się nieuchronna, losy Polski zależały od wypełnienia przez aliantów zobowiązań sojuszniczych. Zażarta walka miała jednak sens strategiczny i polityczny. Niemcy, z powodu przeciągnięcia się kampanii, a także konieczności odnowienia zapasów i remontów zużytego i uszkodzonego sprzętu, zmuszeni zostali do poniechania planowanej przez Hitlera jesiennej ofensywy na Zachodzie. Polacy wypełnili tym samym zobowiązania sojusznicze - wygrali dla swoich sprzymierzeńców bezcenny czas. To, że nie został on należycie wykorzystany, obciąża sumienia francuskich i brytyjskich polityków i wojskowych. Ofiarę Polski zaprzepaszczono wiosną 1940 r. podczas kampanii na Zachodzie. Nie stała się jednak całkowicie bezcelowa, Brytyjczycy bowiem wytrwali w oporze, stwarzając szansę odwrócenia biegu wojny.

Wojsko Polskie nie miało w narzuconej konfiguracji strategicznej szans na zwycięskie odparcie niemieckiej napaści. O wyniku kampanii zadecydował ostatecznie 17 września. Można domniemywać, w jakim stopniu przystąpienie ZSRS do wojny przesądziło o biernej postawie aliantów. W sferze hipotez pozostaje pogląd wyrażony przed laty implicite przez Leszka Moczulskiego w jego Wojnie Polskiej, że możliwa byłaby dłuższa obrona na "przedmościu rumuńskim", gdyby nie nastąpiła agresja sowiecka. Utrzymanie go do wiosny wydaje się o tyle wątpliwe - nawet zakładając dostawy sprzętu z Zachodu - że Niemcy dołożyliby z pewnością starań, aby za wszelką cenę zdławić opór. Jednak przedłużenie kampanii, nawet o kilka tygodni, przyniosłoby podwójny skutek: jeszcze większe straty i zniszczenia, ale i o wiele bardziej uporządkowany charakter odwrotu do Rumunii i na Węgry.

Decyzja o faktycznym zaniechaniu walki z bolszewikami i nie wypowiedzeniu wojny Związkowi Sowieckiemu, poza doniosłymi konsekwencjami politycznymi, prawnymi i propagandowymi - gdy w 1941 r., w zmienionych warunkach, doszło do rokowań, postawiło to stronę polską na niedogodnej płaszczyźnie, czego oczywiście Sowieci nie omieszkali wykorzystać - miała i skutki praktyczne. Zorganizowana obrona, nawet za cenę większych strat, osłoniłaby ewakuację Kresów Wschodnich i oznaczałaby ocalenie, w biologicznym tego słowa znaczeniu, nie tyle przed niemiecką okupacją, co przed Katyniem, Łubianką i Sybirem dziesiątków, a może i setek tysięcy obywateli RP. O tym, że miała szanse powodzenia, świadczy przebieg działań wojennych, który obnażył wszystkie braki RKKA. Zawiodła mobilizacja, zarówno ludzi, jak i sprzętu, kulał transport i logistyka, a źle dowodzone wojska sowieckie wszędzie tam, gdzie napotykały przeciwdziałanie, biły się wręcz bojaźliwie. Tym niemniej samorzutny, desperacki opór na Wschodzie, zwłaszcza że w walkach brali udział liczni ochotnicy cywilni, i tak zadał kłam sowieckiej propagandzie o "wyzwolicielskim marszu Armii Czerwonej" i zaświadczył niezbywalne polskie prawa do Kresów.

Z tego, że armia polska wygrać kampanii przeciwko całej potędze niemieckiej nie może, zdawał sobie sprawę Naczelny Wódz i szef sztabu. Marszałek Śmigły w rozmowie z prymasem kardynałem Augustem Hlondem jesienią 1938 r. był pełen głębokiego pesymizmu: "Wobec ogromnej przewagi armii niemieckiej i jej środków technicznych, będziemy w wojnie regularnej pobici i walkę dłuższą będziemy mogli prowadzić tylko w formie partyzantki". Ponieważ "Francja jest nieprzygotowana do wojny wskutek tego będzie także pobita". Nadmiernych złudzeń nie żywili również najbliżsi współpracownicy marszałka, świadomi dysproporcji sil i wojskowej potęgi III Rzeszy. Płk Jaklicz wyraził swą opinię co do losów przyszłej wojny z żołnierską lakonicznością: "dostaniemy w dupę!".

Polemiki wokół przebiegu działań dotyczą zatem nie tyle powodów klęski, ta bowiem w zaistniałych warunkach geopolitycznych była nieuchronna, ile okoliczności, w jakich do niej doszło. Kanwą podejmowanych od 1939 r. dyskusji w tej płaszczyźnie jest pytanie, czy można było drożej sprzedać krew żołnierską, jak określił to lapidarnie kpt dypl. Felicjan Majorkiewicz. Do poglądu tego przychylił się po skrupulatnej analizie kampanii, jej najwybitniejszy, niekwestionowany znawca i analityk, płk Marian Porwit, stwierdzając, że wojna 1939 r. "została przegrana nie na miarę sił zbrojnych państwa o trzydziestopięciomilionowej ludności, zwłaszcza jeśli idzie o charakter i rozmiar walk".

Bardziej satysfakcjonujący wynik wymagał, oprócz przyjęcia najbardziej racjonalnego planu obrony, spełnienia przez stronę polską kardynalnego warunku - perfekcyjnego dowodzenia. Panowanie niemieckie w powietrzu paraliżowało możliwości, jakie stwarzało manewrowanie po liniach wewnętrznych, a użycie na znacznie szerszą skalę transportu motorowego dawało przeciwnikowi możność szybszego przemieszczania i skupiania swych sił. Innymi słowy, w tych warunkach dowódcy polscy nie mogli sobie pozwolić na jakikolwiek błąd, gdyż nie tylko nie dawało się go już naprawić, ale, co gorsza, pociągał za sobą kaskadowe skutki w czasie i przestrzeni.

Dowodzenie na wysokim szczeblu po stronie polskiej stało tymczasem na relatywnie niskim poziomie i okazało się bodaj najsłabszym elementem wojska. Zwracali na to uwagę już przed wojną Francuzi. Potwierdziła się też, niestety, ich trafna diagnoza co do osoby Naczelnego Wodza, który na pewno wykazał w kampanii większe przymioty charakteru - przede wszystkim bezgraniczny spokój i opanowanie - niż intelektu. Była już mowa o błędach popełnionych przez marszałka Rydza-Śmigłego w sposobie organizacji dowodzenia, przede wszystkim zaś nadmiernej centralizacji i tendencji do ingerencji w rozkazodawstwo na poziomie dywizji i brygad, niemal zawsze spóźnione i nieadekwatne do sytuacji. Stało się tak, ponieważ - jak zauważył płk Porwit - marszałek "wziął na siebie obowiązki ponad siły, i to bez prawidłowej pomocy sztabu".

Jeśli trudno mieć do Naczelnego Wodza pretensje o taką, a nie inną obsadę wyższych dowództw w chwili rozpoczęcia kampanii, ponieważ opinie z czasu pokoju nie muszą sprawdzać się na wojnie, to jego dalsze decyzje personalne były wprost zadziwiające. Niewykorzystanie w żadnym określonym charakterze aż do 10 września gen. Sosnkowskiego, pomimo jego natarczywych próśb, wręcz zdumiewa, oburza zaś powierzenie Dębowi-Biernackiemu, skompromitowanemu doszczętnie jako dowódca i oficer w początkowym etapie kampanii, kluczowego stanowiska w kolejnej jej fazie. W bitwie pod Tomaszowem Lubelskim, gdy jego chaotyczne dowodzenie doprowadziło do kryzysu, ponownie zbiegł z pola walki, dając dowód me tylko braku kompetencji, ale i tchórzostwa. Podobnie rzecz miała się z gen. Fabrycym, który, zasłaniając się rzekomą chorobą, nie tylko porzucił swe wojska, ale i faktycznie oddał dowodzenie. Nic dziwnego, że obarczenie go funkcją koordynatora obrony na "przedmościu rumuńskim" wywołało niedowierzanie oficerów sztabu Naczelnego Wodza, wprowadzonych nieco w wydarzenia na froncie. Zarzut zbytniej pobłażliwości, a właściwie nieumiejętności oceny ludzi, dotyczy także gen. Stachiewicza, który wiedząc o karygodnym, kwalifikującym się wręcz do rozpatrzenia przez sąd wojenny, postępku gen. Rómmla, powierzył mu kolejne zadanie, i to pierwszorzędnej wagi: dowodzenie Grupą Armii "Warszawa".



Uwagi gen. Tadeusza Kutrzeby o dowodzeniu w czasie kampanii 1939 r:

Trudności dowodzenia niedozbrojonego w wojnie z nowocześnie uzbrojonym przeciwnikiem są tak wielkie, że zmuszają wszystkich dowódców operacyjnych do działań prymitywnych, ordynarnych. Każda bowiem bardziej złożona operacja może utknąć na nie dających się usunąć brakach w technice dowodzenia. Trudności te są tym większe, jeżeli między Naczelnym Dowództwem a armiami i między dowództwami armii a dywizjami piechoty nie ma dowództw pośrednich. [...] Wszelkie przegrupowania, planowe odwroty, zwroty manewrowe, rekoncentracje były dla nas - prymitywnie uzbrojonych - za trudne. Tam, gdzie operowaliśmy prymitywnie, jak np. w obronie przygotowanej, albo nawet tylko zaimprowizowanej, rozmieszczonej w masywnych osiedlach, jak Warszawa, Modlin, Hel, czy Westerplatte, podołaliśmy zadaniu mimo ognia, którego w innych warunkach nie potrafiliśmy znieść przez czas dłuższy.

(T. Kutrzeba, Wojna bez walnej bitwy [w:] Wrzesień 1939 w relacjach i wspomnieniach, [Warszawa 1989], s. 372 i 365)



Niezbyt pochlebnie wygląda również ocena stylu dowodzenia na szczeblu związków operacyjnych. Do Dęba i Rómmla, zasługujących na sąd polowy, i nieco tylko mniej obciążonego Fabrycego, należałoby dodać jeszcze gen. Bortnowskiego, winnego klęski w dwóch wielkich bitwach. Nie sprawdził się też Młot-Fijałkowski, a na ocenę najwyżej dostateczną zasłużył Piskor. Co ciekawe, wszyscy oni, z wyjątkiem Rómmla, byli legionistami, przez lata faworyzowanymi ponad swe możliwości intelektualne, a często i predyspozycje charakterologiczne. Honoru podkomendnych Piłsudskiego bronił w kampanii na najwyższych szczeblach jedynie gen. Sosnkowski, dowodzący - jak na warunki, w których przyszło mu działać - przytomnie i potrafiący samemu iść do bitwy, a nie od niej uciekać.

O wiele lepiej wypadli oficerowie byłych armii zaborczych, którzy zostali żołnierzami nie ze szlachetnego odruchu patriotycznego, a drogą normalnej kariery zawodowej, wspartej ukończeniem szkół oficerskich i wojskowych akademii. Kontradmirał Unrug, choć można mieć zastrzeżenia do niektórych jego decyzji w kwestii operacyjnego użycia floty, sprawował dowództwo nad całością obrony wybrzeża nad wyraz poprawnie. Gen. Przedrzymirski nie ustrzegł się błędów, ale też najdłużej potrafił utrzymać i prowadzić swoje kilkakrotnie rozpraszane wojska. Gen. Kutrzeba stał się jednym z symboli wojny 1939 r. dzięki "zwrotowi zaczepnemu" nad Bzurą, w związku z czym ocena jego dowodzenia bywa zwykle przesadnie optymistyczna. Tymczasem potwierdziły się wszystkie opinie podkreślające nad podziw zgodnie wielkie walory intelektu i wybitny zmysł operacyjny generała, i kwestionujące równie ważne dla dowódcy wysokiego szczebla cechy osobowe. Miękki i ustępliwy, nie potrafił z całą konsekwencją przeprowadzić swego planu, co doprowadziło do największej klęski w kampanii, której rozmiary mogły być o wiele mniejsze, a pośrednie z niej korzyści dla strony polskiej - większe. Gen. Kleeberg zasłużył na miejsce w narodowym panteonie nie tyle dzięki sukcesom na polu walki, bitwa pod Kockiem bowiem miała znaczenie li tylko symboliczne, co determinacją w realizacji przedsięwziętego zadania, w czym okazał to, czego zabrakło Kutrzebie - charakter. Jego dowody, i to najwyższej próby, dali dwaj generałowie wywodzący się z armii rosyjskiej - Szylling i Thommee. Dowódca Armii "Kraków" dowodził wojskiem z wielką rozwagą, unikając rozwiązań ryzykanckich, a wybierając optymalne. Dzięki temu, tylko kilkakrotnie oskrzydlany i otaczany, zdołał przeprowadzić swe wojska - bez efektownych, ale przegranych wielkich bitew - znad granicy aż na Lubelszczyznę, wypełniając w ten sposób najskrupulatniej instrukcje Naczelnego Wodza. Gen. Thommee dokonał sztuki równie wielkiej: zebrał w garść rozbite moralnie dywizje, wydobył je z katastrofalnego położenia i natchnął takim duchem, że nie ustąpiły przeciwnikowi do końca kampanii.

Dowodzenie grupami operacyjnymi było nad wyraz trudne. Generałowie, którym je powierzono, nie posiadając odpowiednich sztabów, a często obejmując doraźnie zebrane oddziały podczas trwania kampanii, nie mieli ani niezbędnego wsparcia, ani wiedzy na temat stanu i możliwości swych wojsk. Gen. Skwarczyński w pierwszych dniach wojny był dowódcą Korpusu Interwencyjnego, następnie Grupy "Wyszków" i Grupy Operacyjnej w Armii "Prusy". Skutki podobnej improwizacji okazały się fatalne. O podobnym przypadku pisał płk Prugar-Ketling, komentując rozkazy swego zwierzchnika, gen. Orlika-Łukoskiego: "Bezsilna wściekłość ogarnęła mnie w pierwszym rzędzie na dowództwo grupy operacyjnej, które już po raz trzeci w tej kampanii przez swoje niedołęstwo wpakowało mnie w bardzo głupią i ciężką sytuację". Najlepiej na tym tle wypadł gen. Stanisław Jagmin-Sadowski, choć pełen temperamentu nie zawsze zgadzał się z gen. Szyllingiem; dobrze - generałowie Abraham, który jednak zapisał się w historię kampanii przede wszystkim jako bojowy dowódca Wielkopolskiej Brygady Kawalerii i Wincenty Kowalski, który musiał łączyć obowiązki dowódcy grupy i 1. Dywizji Piechoty Legionów. Na uznanie zasłużył też dowódca obrony Warszawy gen. Czuma, który w jej trakcie miewał do czynienia nie tylko z Niemcami, ale i gen. Rómmlem. Wbrew lansowanym ostatnio hagiograficznym opiniom, gen. Anders nie może natomiast wpisać swego dowodzenia w 1939 r. w poczet szczególnych osiągnięć, gdyż stało poniżej średniej. Podobnie plasował się Grzmot-Skotnicki (Grupa Operacyjna "Czersk") i kilku innych.

Z dowódców Wielkich Jednostek godnymi najwyższych laurów okazali się pułkownicy: Maczek, jeden z nielicznych, który nie dał się do końca rozbić przeciwnikowi, Prugar-Ketling, który odniósł jedno z najpiękniejszych zwycięstw w kampanii, Epler, bijący i bolszewików, i Niemców, gen. Podhorski, walczący nieprzerwanie od 1 września do 5 października, oraz ci dowódcy, którzy dzielili los swych żołnierzy do ostatniego naboju, jak polegli generałowie Kustroń i Wład oraz pułkownicy Klaczyński i Dąbek. Żołnierską powinność w obronie Warszawy powyżej przeciętnej spełnili gen. Juliusz Zulauf (5. DP) i płk Porwit. Szczególnie piękną, a mało znaną kartę, zapisał gen. Orlik-Rückemann, jedyny dowódca polski, który potrafił wziąć na siebie cały ciężar symbolicznej walki z Sowietami.

Wyjątkowo trudne warunki dowodzenia powodowały, że ci, którzy potrafili z najwyższym kunsztem odeprzeć pierwsze ataki niemieckie - jak pułkownicy Filipowicz, Gaładyk czy Lawicz-Liszka - w dalszych odwrotowych fazach działań nie umieli już wydobyć ze swych wojsk równie wielkiego poświęcenia. Świadczyć to może też o tym, że zarówno bitwa pod Mokrą i w lesie Ostrowy, jak walki nad południową granicą czy wreszcie obrona Mławy były wyczynami ponad możliwości fizyczne wykrwawionego żołnierza i odporność psychiczną jego najwyższych przełożonych.

Charakterystyczne, że przykład - dobry i zły -szedł z góry. W armiach generałów Szyllinga i Thommeego, generałowie Leopold Cehak (dowódca 30. DP, Słoweniec z pochodzenia, źle mówiący po polsku), Mond i Zygmunt Piasecki oraz pułkownicy Kalabiński, Władysław Powierza (23. DP) i Antoni Staich (następca Dojana-Surówki w 2. DPLeg.), wypełniając swe obowiązki na miarę środków i możliwości, pozostali ze swymi żołnierzami do końca. Na odnotowanie zasługują również i ci dowódcy, którzy w katastrofie nad Bzurą potrafili zachować zorganizowany charakter swych jednostek i wyprowadzić je z kotła. Byli to, oczywiście poza wspomnianym już Abrahamem, generałowie Franciszek Alter (25. DP), Zygmunt Przyjałkowski (15. DP) i płk Ludwik Strzelecki (Podolska BK).

Odmiennie niż w Armii "Kraków" było u Rómmla, Dęba-Biernackiego i Bortnowskiego. W Armii "Łódź" wojska opuściło aż trzech dowódców: wspominani już generał Bończa-Uzdowski oraz pułkownicy Hanka-Kulesza i Dojan-Surówka. Dowódca 28. Dywizji Piechoty, "który drapnął do Warszawy", odnalazł się po kilku dniach w Modlinie, gdzie z łaski gen. Thommeego został przywrócony, jedynie nominalnie, na dawne stanowisko. Opamiętał się także Hanka-Kulesza, oficer o świetnej tradycji z Legionów (był uczestnikiem legendarnego "patrolu Beliny" w 1914 r.), zapisując ładną kartę w końcowym etapie kampanii. Dojan-Surówka, który, choć miał "przeszłość bojowo dobrą", uchodził za człowieka "wygodnego", któremu "nic się nie chce robić", odznaczający się do tego "lenistwem pracy, a nawet myślenia", nie okazał się, jak spodziewał się płk Rowecki, dobrym dowódcą dywizji; przeciwnie - był jednym z pierwszych wojskowych, którzy znaleźli się poza granicami RP, i to jeszcze przed uderzeniem sowieckim. Zagubili się w większości również podkomendni Dęba-Biernackiego, bijąc się źle i bez przekonania, jak gen. Paszkiewicz i płk Oziewicz, pierwszy skarżący się na niedomagania sercowe, drugi lekko draśnięty, zdradzali chęć jak najszybszego oderwania się nie tylko od przeciwnika, ale i swoich, pozostawionych samopas żołnierzy. Błędy w dowodzeniu popełniali też za przykładem swego dowódcy - a w wypadku osobiście dzielnego gen. Bołtucia, niejako wbrew niemu - niemal wszyscy wyżsi oficerowie Armii "Pomorze": generałowie Juliusz Drapella (27. DP) i Grzmot-Skotnicki oraz pułkownicy Tadeusz Lubicz-Niezabitowski (4. DP) i Świtalski.

Oceny oficerów i żołnierzy Września nie sposób ująć w jednoznacznej alternatywie: bohaterowie i tchórze. O wiele częściej prawda o kampanii mieści się w dramacie konieczności podejmowania niewykonalnych zadań i próbach wypełniania nierealnych rozkazów. Żołnierz, gdy był właściwie dowodzony i miał szansę stawienia skutecznego oporu, bił się dobrze, a nawet świetnie. W ekstremalnie trudnych warunkach zdarzały się przypadki graniczącego z fanatyzmem bohaterstwa: walka obsad Węgierskiej Górki, Borowej Góry, Wizny i Tynnego, obrona Warszawy, Lwowa i Wybrzeża, postawa Wołyńskiej BK w pierwszych dwóch dniach wojny, szaleńcza odwaga kawalerzystów gen. Abrahama w odwrocie znad Bzury, bitność 11. DPK w Lasach Janowskich, odporność 1. DPLeg., zwanej przez Niemców z szacunkiem "żelazną", na jej długim wojennym szlaku od Wilna po Tarnawatkę i Krasnobród, odyseja zgrupowania KOP i GO "Polesie" oraz oczywiście niezmiennie nieugięta postawa 10. BKZmot. Były też równie liczne przykłady niezrozumiałego pozornie załamania całych jednostek, takich jak klęska 8. i 20. DP w odwrocie spod Mławy, rozsypanie się Wileńskiej Brygady Kawalerii na przeprawach przez Wisłę czy 3. DPLeg. pod Iłżą. Wiele zależało od dwóch czynników: umiejętności i woli walki dowódców oraz momentu, w którym nadchodził kryzys. Rozprzężenie i dezorganizacja zdarzały się bowiem częściej w pierwszym etapie kampanii, gdy mimo wszystko szanse były bardziej wyrównane, niż w ciężkich walkach odwrotowych pod jej koniec, kiedy zwykle bito się - nawet bez żadnych szans na sukces - aż do wyczerpania wszystkich możliwości, dla honoru. Tłumaczyć to trzeba okrzepnięciem wojska, które mniej nerwowo reagowało już i na nieprzyjacielskie samoloty nad głowami, i na czołgi za plecami czy przed sobą.

Hitler, oceniając wnioski płynące z kampanii, stwierdził, że "gdyby Polska miała broń przeciwpancerną, zwycięski pochód nie byłby możliwy". Istotnie, kliny czołgowe, a także lotnictwo, odegrały w niej rolę decydującą. O druzgocącej przewadze materiałowej Wehrmachtu, tak bardzo niedocenianej przez polskie Naczelne Dowództwo, stanowiła nie tyle jakość posiadanego sprzętu (jednostki niemieckich czołgów składały się w lwiej części z lekkich modeli typów PzKpfw I i II, które ustępowały 7 TP), ile jego ilość i doktryna zmasowanego użycia. Warto podkreślić także inny, pomijany często czynnik. Głównym środkiem walki po stronie, polskiej musiała być w warunkach obrony przeciwpancernej artyleria, używana zresztą często do bezpośredniego zwalczania czołgów. Tymczasem przedwojenne regulaminy zakładały prowadzenie głównie ognia obserwowanego, co w warunkach kampanii 1939 r. było zazwyczaj niemożliwe. Tak więc bardzo często - konkluduje gen. Kutrzeba - duża część naszej artylerii nie działała, jeżeli chciała działać, jak ją uczono i jak wynikało z naszego materialnego położenia. Szybko dające się odczuć braki w koniach - głównej sile pociągowej - powodowały, że działa, bombardowane z powietrza, były często zagarniane przez nieprzyjaciela lub porzucane. Tym niemniej artyleria jako broń sprawdzała się w ogólnej ocenie dobrze. Polskie lotnictwo - według opinii swego dowódcy - także "spełniło zaszczytnie swą skromną rolę"; bez zarzutu wykonywała swe obowiązki niewielka flota wojenna. W szczególnych warunkach kampanii chlubną kartę zapisała polska kawaleria, która nie okazała się bynajmniej anachronizmem, i to nie tyle dzięki spektakularnym szarżom, ale niedocenianym walorom zaporowym. Mobilna i nieźle wyposażona w działka przeciwpancerne, była w istocie najbardziej skutecznym środkiem hamowania postępów niemieckich czołgów. Jednostki kawalerii potrafiły w późniejszych etapach kampanii skuteczniej i dłużej wymykać się przeciwnikowi, niż o wiele bardziej znużona fizycznie odwrotowymi marszami piechota. To na niej jednak spoczywał główny wysiłek wojenny. Gen. Faury w sporządzonej po zakończeniu kampanii analizie podkreślał, że w przypadkach, gdy "piechota niemiecka nacierała bez wsparcia czołgów i lotnictwa, piechota polska dowiodła przewagi swego wyszkolenia i morale, zadając przeciwnikowi ciężkie straty". Niestety! Przypadki takie należały do rzadkości.


***

_________________
Ministry, Animosity :

https://www.youtube.com/watch?v=L2ayask8pck&list=RDL2ayask8pck



Svoboda je prevara, zakufana prevara

Pon 19 Gru, 2016 7:44

Powrót do góry
panc
Moderator
Podpułkownik

Podpułkownik





Posty: 3084
Pochwał: 29
Skąd: W-wa ,Pl. Na Rozdrożu 2 m. 183
Archiwum: Grzegorz Gąsienica-Poszepszyński
Odpowiedz do tematu Odpowiedz z cytatem

JAREMA MACISZEWSKI

Błędy i chwała Września


Trzech dowódców polskich armii powinno było stanąć przed sądem wojennym za opuszczenie swych wojsk


Na temat kampanii wrześniowej - czy, jak kto woli, wojny obronnej Polski w 1939 r. (to pierwsze określenie wcale nie umniejsza znaczenia naszego wysiłku zbrojnego, wszak była to w istocie pierwsza kampania wojny koalicyjnej zakończonej zwycięstwem roku 1945) - napisano już setki prac naukowych, pamiętników i rozważań publicystycznych. Na drodze do pełnej prawdy historycznej piętrzyły się poważne trudności.

Po pierwsze, opis wydarzeń oraz ich interpretacja przez wiele lat były instrumentem polityki wewnętrznej, ograniczały je uwarunkowania zewnętrzne. Przekonanie o mocarstwowej pozycji Polski, propagowane intensywnie przez obóz rządzący w okresie poprzedzającym wojnę, znajdowało posłuch w społeczeństwie, które wierzyło w siłę swej armii, w potęgę i skuteczność działań sojuszników zachodnich: Francji i Wielkiej Brytanii, w racje moralne po naszej stronie. Im silniejsza była ta wiara, tym sroższa i bardziej porażająca stała się katastrofa wrześniowa. Społeczeństwo polskie, jednolite i zdyscyplinowane jak nigdy dotąd, czego dowodem była choćby jego ofiarność na cele obrony, jak również przebieg mobilizacji zarówno "kartkowej", niejawnej (przeprowadzonej jeszcze przed rozpoczęciem działań), jak i powszechnej, odbywającej się już pod bombami niemieckimi, nie mogło pojąć przyczyn klęski. Doszukiwano się tchórzostwa, małoduszności, braku kompetencji kadry dowódczej, a nawet zdrady. "Szosa zaleszczycka" stała się ponurym symbolem, chociaż ewakuacja władz naczelnych RP i Naczelnego Wodza wraz z jego sztabem odbyła się inną szosą - z Kut do Wyżnicy. Ów nurt krytyki, poszukiwania winnych i potępiania przybrał na sile w środowiskach emigracyjnych we Francji, a potem w Wielkiej Brytanii, stał się instrumentem polityki i w dużej mierze decyzji personalnych w Polskich Siłach Zbrojnych na Zachodzie. Charakterystyczne, że decyzje te podejmowali ludzie, którzy w kampanii wrześniowej nie wzięli udziału, zresztą bez własnej winy: gen. Władysław Sikorski, gen. Marian Kukiel i płk Izydor Modelski. W zajadłości ataków na wojskowe i polityczne kierownictwo przedwojennej Polski wówczas i potem mogli współzawodniczyć ze sobą endecy, sikorszczycy, ludowcy, socjaliści, wreszcie komuniści. Z drugiej jednak strony, narastał i przybierał na sile nurt przeciwny. Zmierzał on zrazu do łagodzenia surowych ocen, do obrony poszczególnych ludzi i podejmowanych przez nich decyzji, a nawet - w krańcowych przypadkach - do gloryfikacji marszałka Rydza-Śmigłego ("pierwszego oporu bohater") czy Józefa Becka i jego polityki. Istotną zmianę nastawienia do przegranej kampanii polskiej 1939 r. przyniosły błyskotliwe sukcesy wojsk niemieckich w Norwegii, Holandii, Belgii, a zwłaszcza klęska Francji, potem ich zwycięstwa w pierwszej fazie wojny z ZSRR, aż do bitwy pod Moskwą i przełomu w wojnie pod Stalingradem. Bez względu na takie czy inne racje wrzesień 1939 r. został wpisany trwale do panteonu chwały polskiej. Boje poszczególnych formacji Wojska Polskiego stały się zaczynem i podbudową legend, szerzonych także przez artystyczne środki wyrazu, często jednak zniekształcających rzeczywistość historyczną. Nie szli bowiem "prosto do nieba" żołnierze z Westerplatte, ale po stoczeniu heroicznej, skutecznej walki, zadawszy nieprzyjacielowi duże straty, wielokrotnie przewyższające własne, po wyczerpaniu możliwości dalszej obrony (której duszą był kpt. Franciszek Dąbrowski, nie zaś mjr Henryk Sucharski) skapitulowali. Nie było szarż kawalerii na czołgi niemieckie. Takich działań nie przewidywał regulamin walki kawalerii polskiej (a stanowiła ona niewielki procent zmobilizowanych sił); oficera, który wydałby rozkaz natarcia w szyku konnym na jednostki pancerne nieprzyjaciela, należałoby albo zamknąć w szpitalu psychiatrycznym, albo po prostu oddać pod sąd polowy. Ułani, szwoleżerowie i strzelcy konni stawali do walki pieszo, walczyli nie lancą czy szablą, lecz karabinem, granatem, działem przeciwpancernym, ogniem artylerii konnej. Nie wszystkie pytania badawcze i wątpliwości znalazły przekonywającą odpowiedź lub wyjaśnienie. Czy były inne możliwości działań politycznych w sytuacji, w jakiej znalazła się Polska po konferencji monachijskiej i po upadku Czechosłowacji? Czy wykorzystano wszystkie zasoby, aby zwiększyć stan uzbrojenia, zwłaszcza lotnictwa myśliwskiego i przeciwpancernych środków walki? Czy istniały inne warianty działań operacyjnych, bardziej wydajne, skuteczniejsze? Jakie były motywy poszczególnych decyzji strategicznych i operacyjnych?

Poszukując odpowiedzi, musimy jednak brać pod uwagę wszystkie uwarunkowania, z których ówcześni decydenci nie mogli nie zdawać sobie sprawy. Oto pierwszy z brzegu przykład. W sytuacji napiętego do ostatnich granic budżetu wojskowego Polski może nie należało budować czterech niszczycieli (wówczas zwanych kontrtorpedowcami), dużego stawiacza min ("Gryf") i pięciu okrętów podwodnych, których przydatność na Bałtyku, jak to wykazała praktyka wojenna, była znikoma, lecz środki na nie przeznaczone skierować na zakup lub budowę czołgów i samochodów pancernych, samolotów myśliwskich, dział przeciwpancernych, instrumentów łączności polowej itd. Ale przecież sztabowcy polscy w połowie lat 30. nie mogli nie brać pod uwagę alternatywnego wariantu wydarzeń, że oto uderzenie nadejdzie nie z Zachodu, lecz ze Wschodu. Wówczas flota wojenna na Bałtyku mogła odegrać istotną rolę, podobnie jak flotylla rzeczna na Prypeci i Pinie. Zasadnicza decyzja strategiczna podjęta przez kierownictwo państwowe II Rzeczypospolitej w krańcowo niekorzystnej sytuacji po upadku Czechosłowacji - odrzucenia żądań niemieckich i stawienia wszystkimi rozporządzalnymi siłami zbrojnego oporu agresji hitlerowskiej - była nie tylko w pełni zgodna z odczuciami narodu, ale i - jak należy sądzić po latach - jedynie trafna i racjonalnie słuszna.

Jedyną wszak perspektywiczną szansą Polski było przekształcenie samotnego starcia polsko-niemieckiego w wojnę koalicyjną europejską i światową. Byli wprawdzie historycy i publicyści, zarówno w Polsce, jak i w innych krajach, którzy poszukując po latach rozwiązań alternatywnych, wskazywali na rzekomą racjonalność innych rozwiązań, np. kapitulacji na wzór czeski czy petainowski lub wyrażenie zgody na zwasalizowanie Polski przez Niemcy i wspólny z nimi marsz na Wschód, by potem, po rozbiciu radzieckiego komunizmu, zdając się na łaskę i niełaskę Niemiec hitlerowskich, oczekiwać na wyzwolenie przez Amerykanów. Na szczęście tego typu poglądy nie zyskały prawa bytu w świadomości społeczeństwa polskiego.

Trafność założeń strategicznych przyjętych przez stronę polską nie oznacza jednak, iż przedmiotem krytyki - racjonalnej i wolnej od tendencyjności i zacietrzewienia - nie powinny być działania i decyzje Naczelnego Wodza, a także dowódców armii, grup operacyjnych, a nawet dywizji, brygad i pułków. Mistrzowską wręcz próbą analizy wydarzeń wrześniowych od strony operacyjnej i nawet taktycznej, wskazującą popełnione błędy, niewykorzystane szanse i możliwości, zawierającą koncepcję innych rozwiązań niż te, które stały się rzeczywistością historyczną, jest trzytomowa praca płk. dypl. Mariana Porwita "Komentarze do historii polskich działań obronnych 1939 roku". Kolejne tomy i wydania tej fundamentalnej pracy o wrześniu 1939 r. ukazywały się w Warszawie w latach 70. i 80. Na podstawie dostępnej już dziś wiedzy o tamtym czasie można, jak się wydaje, pokusić się o sformułowanie, że podstawową przyczyną ogromnej większości popełnionych przez stronę polską błędów było oparcie planu działań na najbardziej optymistycznych przewidywaniach rozwoju wydarzeń.

Atak niemiecki spotka się - sądzono - z silnym oporem w czasie bitwy granicznej, następnie na linii głównego oporu (rzeki Narew, Wisła z przedmościami w Toruniu i Bydgoszczy, jeziora wielkopolskie, rzeki Warta i Widawka, fortyfikacje śląskie, a następnie szczyty, doliny i przełęcze karpackie). Na linii tej nie damy się rozbić - zakładano optymistycznie - nieprzyjaciel dozna wstrząsu poprzez wkroczenie do akcji armii odwodowej, a w najgorszym wypadku pozostanie jeszcze ostateczność w postaci odwrotu na linię wielkich rzek (środkowa Wisła, Dunajec lub San). Zakładano, że armia polska nie da się rozbić do czasu ruszenia wielkiej ofensywy sił sojuszniczych, przede wszystkim francuskich, na Zachodzie, do czego zobowiązywał się generalissimus francuski, Maurice Gamelin. Przewidywania te przyjmowały jako pewnik, że wschodni sąsiad - Związek Radziecki - pozostanie w konflikcie polsko-niemieckim neutralny.

Tymczasem zrealizował się najbardziej pesymistyczny przebieg wydarzeń. Armia polska uległa szybko w nierównej walce, na konferencji w Abbeville 12 września Anglicy i Francuzi postanowili pozostawić Polskę własnemu losowi i nie podejmować wysiłków ofensywnych, Związek Radziecki nie pozostał neutralny i 17 września 1939 r. zaatakował wschodnią granicę Polski, traktując - jak dowodzą tego radzieckie źródła sztabowe opublikowane w ostatnich latach - wojsko polskie jako siłę nieprzyjacielską, działania własne zaś jako operację zaczepną, przeprowadzaną według zasad sztuki wojennej.

Na taki rozwój wydarzeń strona polska nie była przygotowana. A przecież w przewidywaniu, iż może dojść do klęski zarówno na zachodzie, jak i na wschodzie i do okupacji całego terytorium kraju, należało przygotować kadrę dla działań partyzanckich i dywersyjnych lub choćby tylko samoobronnych, utworzyć głęboko utajnioną sieć organizacyjną, tajne kanały łączności między poszczególnymi rejonami kraju, stworzyć wreszcie bazę materiałową w postaci ukrytych w różnych częściach Polski niewielkich magazynów broni, amunicji, materiałów wybuchowych, drukarni, środków łączności - słowem: przygotować kraj do walki konspiracyjnej.

Zakładając nawet, że część tych magazynów dostałaby się w ręce wroga - takie rozwiązanie zapewniłoby na pewno lepsze warunki działania przyszłego ZWZ czy AK. Jak wiadomo, magazynowanie "wrześniowej" broni było w ostatniej fazie walk czystą improwizacją i przyniosło nader ograniczone rezultaty. Podobnie improwizacją była na ogół ewakuacja wojska do Rumunii i na Węgry po 17 września. Żadna armia polowa WP nie zdołała się przebić przez niemiecki pierścień okrążenia - udało się to tylko nielicznym jednostkom i rozproszonym grupom żołnierzy; jedynie 10. BK (brygada pancerno-motorowa) płk. dypl. Stanisława Maczka po stoczeniu chlubnych walk przeszła jako całość na rozkaz granicę węgierską, by stać się potem zaczynem jednostki polskiej we Francji i pierwszej polskiej dywizji pancernej w Wielkiej Brytanii.

Zabrakło też planu działań, zarówno politycznych, jak i wojskowych, na wypadek interwencji radzieckiej. Decyzje podejmowane przez rząd i Naczelnego Wodza w dniu 17 września były czystą improwizacją. Dowódcy terytorialni (dowódcy okręgów korpusu w Grodnie, Brześciu, Lublinie i Lwowie), którzy pełnili także funkcje dowódców operacyjnych (generałowie: Olszyna-Wilczyński, Kleeberg i Langner), nie otrzymali wyraźnych instrukcji, dlatego ich reakcje na rozwój wydarzeń były różne: od stawiania zdecydowanego oporu jednostkom Armii Czerwonej (głównie jednostki Korpusu Ochrony Pogranicza, drobne oddziały formowane w ośrodkach zapasowych, załoga Grodna itd.) poprzez próby pertraktacji z dowództwami radzieckimi w sprawie przepuszczenia oddziałów polskich do Rumunii (gen. Franciszek Kleeberg) aż po ogłoszenie demobilizacji (gen. Smorawiński). Obrońcom Lwowa, którzy od 12 września stawiali skuteczny opór natarciom niemieckim, Naczelny Wódz nie dał instrukcji, jak się zachować wobec Armii Czerwonej.

Wybierając wariant kapitulacyjny, gen. Władysław Langner podkreślił w odezwie do ludności i żołnierzy, że z armią radziecką "walczyć nam nie kazano". Gdyby chciano poprzez działania zbrojne dokonać demonstracji politycznej w proteście przeciw agresji ze Wschodu, można było nakazać załodze Lwowa, dobrze wyposażonej w broń i amunicję, bronić miasta. Ale równocześnie trzeba zauważyć, że ewakuacja złota polskiego czy skarbów wawelskich była wyczynem dużej klasy, a uratowanie dla dalszych działań podstawowych kadr lotnictwa polskiego zaowocowało w przyszłości.

Trudna i skomplikowana jest prawda o Wrześniu. Z jednej strony, zajaśniały talentem i pięknymi cechami charakteru wybitne jednostki: najwybitniejszy chyba polski dowódca w II wojnie światowej, płk dypl. Stanisław Maczek, dowódca 11. karpackiej DP, płk dypl. Bronisław Prugar-Ketling, dowódca lewobrzeżnej obrony Warszawy, płk dypl. Marian Porwit, dowódca Samodzielnej Grupy Operacyjnej "Polesie", gen. Franciszek Kleeberg, dowódca KOP, gen. Wilhelm Orlik-Rückemann, i wielu innych.

Z drugiej zaś, wypada skonstatować, że trzech dowódców armii: gen. Stefan Dąb-Biernacki, gen. Kazimierz Fabrycy i gen. Juliusz Rómmel, powinno było stanąć przed sądem wojennym za opuszczenie swych wojsk. Można wymienić także kilku dowódców dywizji, którzy porzucili swych żołnierzy, np. dowódca 2. DP, płk Dojan Surówka. Większość jednak biła się do granic możliwości. Poległo pięciu generałów służby czynnej: Józef Kustroń, Franciszek Wład, Stanisław Grzmot-Skotnicki i Mikołaj Bołtuć w walce z Niemcami. Piąty, gen. Józef Olszyna-Wilczyński, został po prostu zamordowany przez radziecką szpicę pancerną w miejscowości Sopoćkinie.

Do Księgi Chwały należy po latach, uwolniwszy sposób myślenia od zacietrzewienia politycznego czy zwykłych zawiści i uprzedzeń, wpisać setki i tysiące nazwisk: od dowódców armii (przede wszystkim gen. Tadeusz Kutrzeba i gen. Antoni Szylling, a także dowódca frontu, gen. Kazimierz Sosnkowski) poprzez oficerów takich jak kpt. Władysław Raginis, obrońca polskich Termopil nad Wizną, aż po szczebel podoficerski i żołnierski. Znaleźć się wśród nich powinien kpr. Franciszek Dziechciarz, który ogniem działka przeciwpancernego zniszczył około 10 czołgów niemieckich, zanim nie został zmiażdżony gąsienicami następnych. Wiele problemów wymaga jeszcze badań, dyskusji, weryfikacji ustaleń szczegółowych. Do obiegu naukowego winno wejść wiele nieznanych jeszcze źródeł, zwłaszcza radzieckich, lecz także brytyjskich i niemieckich.

Jedno jest absolutnie pewne. 1 września 1939 r. rozpoczęła się II wojna światowa, a zdecydowany opór Polski położył kres pokojowym podbojom Hitlera, zadał najeźdźcy wiele strat, zwłaszcza w sprzęcie, uniemożliwiając mu zaatakowanie Francji już jesienią 1939 r., odsłonił niemiecką doktrynę wojenną i przez to stał się zaczynem przyszłego zwycięstwa.

_________________
Ministry, Animosity :

https://www.youtube.com/watch?v=L2ayask8pck&list=RDL2ayask8pck



Svoboda je prevara, zakufana prevara

Pon 19 Gru, 2016 7:45

Powrót do góry
ryszek
Użytkownik zbanowany

Użytkownik zbanowany







Posty: 3
Skąd: Iława
Odpowiedz do tematu Odpowiedz z cytatem

Świetne teksty o naszych bohaterach narodowych!
_________________
Masz podobne objawy? Zobacz: http://www.lupiez-pstry.pl/lupiez-pstry-zobacz-zdjecia-rozpoznaj-i-lecz/

Pon 19 Gru, 2016 12:23

Powrót do góry
Wyświetl posty z ostatnich:   
Idź do strony Poprzedni  1, 2, 3, 4, 5, 6, 7, 8, 9 Strona 9 z 9

 
Skocz do:  
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Możesz dodawać załączniki w tym forum
Możesz ściągać pliki w tym forum



Publikowane komentarze są prywatnymi opiniami użytkowników Forum.
Redakcja magazynu "Inne Oblicza Historii" nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.