| | FAQ | Szukaj | Użytkownicy | Rangi | Rejestracja | Profil | Wiadomości | Zaloguj
Linki | Ekipa | Regulamin | Galeria | Artykuły | Katalog monet | Moje załączniki

Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
nauczyciel
Chorąży

Chorąży




Posty: 188
Pochwał: 1
Skąd: Dolny Śląsk
Odpowiedz do tematu Odpowiedz z cytatem

legendy dolniśląskie-c.d.-Janówka,gm.Ciepłowody

Kolejny dzień-kolejna legenda.Dziś o braku wykopalisk w Janówce/gmina Ciepłowody/ z powodu...braku pieniędzy. A są tam bardzo stare miejsca,pochodzące z okresu kultury łużyckiej. Wykopalisk nie ma ale konserwator zabytków zabronił rolnikom głębokiej orki aby ich-tych stanowisk-nie uszkodzić. Coś takiego jest możliwe chyba tylko w naszym kraju.
Ale ad rem. W pewną mglistą noc na tyłach kilku gospodarstw w Janówce...
PREHISTORYCZNE GROBY W JANÓWCE

Po zapoznaniu się z chlubną przeszłością Targowicy powinniśmy skierować się na drogę ku Zarzycy. Wijącą się wśród pól pełnych dorodnej pszenicy, żółto kwitnącego rzepaku i buraczanych liści drogą po przebyciu około 1,5 kilometra dotrzemy do Janówki. Jest to mała miejscowość, zapomniana przez Boga i rządzących a kryjąca w sobie ogromna tajemnicę. Otóż, kiedy dotrzemy do końca zabudowań, zobaczymy przydomowe działki, nie uprawiane przez mieszkańców. Dlaczegóż to – zapyta zdziwiony przechodzień.
A dlatego, że na tyłach zabudowań znajduje się osada prehistoryczna związana z kulturą pucharów lejowatych, łużycką i przeworską. Pochodzi więc ona z około 4 tysiąclecia przed Chrystusem. Dzisiejsza Janówka żyje już bardziej współcześnie ale któregoś dnia....
Tu, gdzie Janówka rośnie wysoki, potężny bór. Powstała osada zbudowana z drewnianych chat o kształcie trapezu. W tej chacie mieszkało kilka pokoleń jednego rodu. Przed domostwem stoją woły zaprzężone do drewnianego pługa. Całość ogrodzona jest drewnianym płotem. Kobiety zajmują się ucieraniem na żarnach ziarna, dzieci pasą bydło domowe a dorośli mężczyźni poszli do lasu polować na dziką zwierzyną.
Wieczorem w osadzie rozlega się nagle płacz i szlochanie. Niewiasty rwą sobie z głowy włosy a dzieci umorusane i nagie biegają jak oszalałe. Cóż to się stało? Zapytuje przypadkowy widz, którym jesteśmy my. Nie możemy uzyskać odpowiedzi ale przed naszymi oczyma rozwija się dalsza część filmu.
Dorośli mieszkańcy osady kamiennymi narzędziami wykopują płaski dół o dość sporej średnicy. Równocześnie pozostali mieszkańcy układają płasko na ziemi zwłoki mężczyzny, który zginął na polowaniu, a którego śmierć była przyczyną oglądanej przez nas rozpaczy w osadzie. Czyszczą skórę z sarny w którą odziany był zmarły, związują w kok włosy na głowie a w ręce wkładają kamienny nóż. Wszyscy mieszkańcy przenoszą zmarłego do wygrzebanego w międzyczasie dołu i układają w nim w pozycji skurczonej. Ręce przyciśnięte do piersi, nogi podgięte do brzucha. Obok w dole układają gliniane naczynia, krzemienną siekierę i jakieś figurki. Po zakończeniu tego ceremoniału wszyscy mieszkańcy biorą do ręki różnej wielkości kamienie i zarzucają nimi zwłoki i złożone obok nich przybory. Następnie wszyscy zbierają się wokół ogniska i zawodzą smutnym i przejmującym głosem. Nas także przechodzą dreszcze emocji?, przerażenia?, zaskoczenia?, niewiary? I kiedy przecieramy ze zdumienia oczy oraz wątpimy w to co widzieliśmy przed chwilą, w wieczornym obłoku mgły przesuwa się ku nam jakiś cień i wciska do ręki glinianą rzeźbę jakiegoś bóstwa.
A jednak to co widzieliśmy, to zdarzyło się naprawdę. Byliśmy świadkami ceremonii pogrzebowej sprzed około 6 tysięcy lat.

Wto 12 Mar, 2013 21:30

Powrót do góry
Azazel
Porucznik

Porucznik





Posty: 763
Pochwał: 1
Skąd: Obleśnica
Odpowiedz do tematu Odpowiedz z cytatem

A mógłbyś robić ciąg dalszy w jednym poście, a nie rozwlekać na kilka? Byłoby to o wiele czytelniejsze. Eureka
_________________
Na imie mam Legion a obliczem moim miliony-monetek Uśmiech .

Wto 12 Mar, 2013 22:48

Powrót do góry
nauczyciel
Chorąży

Chorąży




Posty: 188
Pochwał: 1
Skąd: Dolny Śląsk
Odpowiedz do tematu Odpowiedz z cytatem

legendy dolnośląskie

Oczywiście, nie ma sprawy.

Sro 13 Mar, 2013 14:33

Powrót do góry
nauczyciel
Chorąży

Chorąży




Posty: 188
Pochwał: 1
Skąd: Dolny Śląsk
Odpowiedz do tematu Odpowiedz z cytatem

legendy dolnośląskie - c.d.

Dziś wszystko-no,prawie wszystko o cystersach,klasztorze w Henrykowie,Księdze Henrykowskiej i jej bohaterach.
W tym wydanie legendy,opowiadania i fakty będą się przeplatały ponieważ taki jest urok związanych z nimi historii.
Ś R E D N I O W I E C Z N Y D Ż E N T E L M E N

Punktem wyjścia do opowiedzenia tej historii będzie wizyta w Muzeum Archidiecezjalnym we Wrocławiu. Wśród wielu zabytków o bezcennej wartości znajduje się tutaj niewielka pergaminowa książeczka, licząca około 100 stron i oprawiona w skórę i tekturę. To „Księga Henrykowska”, czyli książka opisującą wyposażenie i rozwój klasztoru cystersów w Henrykowie. Treść książki napisana jest po łacinie, z jednym wyjątkiem. Jest nim zdanie zapisane w staropolskiej odmianie naszego języka. Brzmi ono: „ Day, ut ia pobrusa a ty poziwai.” Tłumacząc je na dzisiejszą polszczyznę oznacza ono: „ daj, ja pobruszę a ty odpocznij. Odnosiło się ono do żony niejakiego Boguchwała, która na żarnach mełła ziarno na mąkę a jej mąż chciał jej pomóc i sam wykonać te prace. Obecnie naukowcy uczą nas, że to zdanie jest bardzo ważne bo jest pierwszym tak długim zwrotem w języku polskim. Ale nie tłumaczą nam kulis tego wydarzenia.
A przecież wytłumaczenie jest bardzo proste. Otóż kiedy ten chłop Brukał wrócił do domu, zobaczył swą żonę bardzo zmęczoną i spracowaną. Do tego dzień był bardzo gorący i po czole jego żony spływała strużka potu. Nasz bohater chciał więc jej po prostu pomóc. Starzy ludzie opowiadają, że ów Boguchwał był po prostu dżentelmenem i jego pomoc świadczy o szacunku dla ciężkiej pracy średniowiecznych kobiet.
Inni starcy opowiadają, że właśnie wtedy w pobliżu naszego bohatera znalazł się autor „Księgi Henrykowskiej”. Boguchwał chciał przed nim pochwalić się, jaki to on jest uczynny wobec kobiet i chcąc ulżyć żonie po prostu ją wyręcza w tym ciężkim obowiązku używania żaren.
Jeszcze inni pamiętający tamte czasy wspominają, że w pobliżu Boguchwała znajdowała się jego teściowa, która była kobietą energiczną. A zięć chciał się po prostu wkupić w jej łaski.
Jakby tam jednak nie było już w średniowieczu, a więc kilkaset lat temu, mamy przykład jak należy odnosić się do pracy kobiet, szanować je i im pomagać. Oby ten przykład był wzorem dla dzisiejszych mężczyzn. Oby...
STRZEŻONEGO PAN BÓG STRZEŻE

We wspomnianej „Księdze Henrykowskiej” opisane są majętności klasztoru i sposób ich pozyskiwania. Między innymi opisane są dość częste zamiany terenów klasztornych na inne.
Otóż w XIV wieku na granicy z ogrodem posiadanym przez klasztor, majątek posiadał pewien rycerz. Mając bardzo dużo ziemi i chcąc ja właściwie użytkować sprowadził na śląską ziemię osadników z Niemiec. Oni, po ciężkiej pracy na roli chcieli czynnie odpocząć. Zresztą uważali, że na nowym miejscu życia nie wolno im zatracić swoich zwyczajów, bo wtedy szybko zapomną o swojej pierwszej ojczyźnie. Kultywowali więc swoje zwyczaje: jedni osadnicy pili piwo, inni grali na lutni i piszczałkach a ich niewiasty w świąteczne dni tańczyły i śpiewały.
Wzbudzało to niezdrowe zaciekawienie klasztornych braci. Doszło nawet do tego, że zaniedbywali swoje obowiązki i ukradkiem a z czasem coraz śmielej spoglądali na te pląsy. Także ówczesny opat cysterski – Bodo – niepomiernym wprost ogarnięty został strapieniem i tak mówił do siebie w duchu: „ Jeżeli te tańce i hulanki z pokolenia na pokolenie będą się tu powtarzały i wejdą w zwyczaj, stanie się to groźnym niebezpieczeństwem utraty wielu dusz w tym klasztorze.”
Zaprosił tedy opat owego rycerza do klasztoru i przy skromnej kolacji zaproponował mu zamianę: ową rycerską, przyklasztorną ziemię chciał przejąć na rzecz zakonu a temu rycerzowi przekazał bardziej odległe tereny.
W ten sposób zakonnicy zostali pozbawieni świeckich przyjemności i rozrywek a opat szczęśliwy modlił się o konsekwentne przestrzeganie benedyktyńskiej zasady klasztornej: „ora et labora” czyli módl się i pracuj.
Jak więc widzimy, już wtedy następowały spięcia na linii kościół – świeccy.

K L A S Z T O R N Y B A J A R Z
Wśród starych henrykowskich legend i podań znajduje się jedno, bardzo ważne do poznania przeszłości tej ziemi.
Żył kiedyś w tych stronach pewien chłop imieniem Kwiecik. W młodości odziedziczył po przodkach kawałek ziemi w miejscu zwanym Głębowice, lecz rychło się z niej przeniósł w inne miejsce, od jego imienia zwane Kwiecikowicami. Trudnił się nie tylko uprawą roli lecz brał często udział w polowaniach i łowach urządzanych w okolicznych lasach na cześć władcy Śląska – księcia Henryka Brodatego. Będąc urodzonym dowcipnisiem i gawędziarzem szybko zaskarbił sobie względy księcia, stając się częstym gościem na jego dworze w Niemczy. Bawił go opowiadaniami zabawnych dykteryjek i wydarzeń z życia okolicznych włościan. Stał się też wkrótce nadwornym błaznem pędzącym beztroskie życie. Jednak po latach przebrał miarkę w swoich dowcipach i swym zuchwalstwem zraził do siebie księcia i musiał opuścić dwór i wrócić na wieś. W międzyczasie dłoń jego odwykła od pługa a sąsiedzi rozgrabili opuszczone gospodarstwo. Na dodatek, w niewyjaśnionych okolicznościach utracił prawą rękę a lewą miał mocno okaleczoną. Z tego powodu często przezywano go „kika” lub „kikut”. Kalectwo było powodem, że zmuszony był szukać schronienia w henrykowskim klasztorze. W zamian za kęs łaskawego chleba i miskę ciepłej strawy opowiadał mnichom o tym, co w długim życiu widział i słyszał, a co potem opat cysterski opisał w stworzonej przez siebie „Księdze Henrykowskiej”.
Nadeszła wiosna 1241 roku i łuny pożarów zwiastowały nadejście ciężkich chwil. Miał wtedy miejsce najazd tatarski na ziemie polskie i groźba ta zawisła także nad henrykowskim klasztorem. W tej sytuacji mnisi w pośpiechu opuścili opactwo, zabierając ze sobą co cenniejszy dobytek. I tylko Kwiecik, mimo nalegań postanowił pozostać na miejscu twierdząc, że nic gorszego od śmierci nie może go spotkać.
Wkrótce też, pewnej nocy na teren opactwa wpadł zagon tatarski. Biedny Kwiecik został przez nich raniony szablą w lewe ramie. Półprzytomny potoczył się w dół, w wody Oławy, gdzie pozostał niezauważony a sam, będąc prawie umierającym z bólu i upływu krwi, widział wszystko co działo się na terenie klasztoru.
Napastnicy, nie znajdując spodziewanych łupów, podpalili zabudowania i oddalili się w nieznanym kierunku. Kiedy mnisi powrócili do zgliszcz i ruin klasztoru, znaleźli w nich na półżywego Kwiecika. Otoczony troskliwą opieką, pojony leczniczymi ziołami, szybko odzyskał przytomność i wrócił do względnych sił.
Jako jedyny świadek, który przeżył najazd i zniszczenie klasztoru, cieszył się odtąd powszechnym szacunkiem. Zajmując honorowe miejsce w refektarzu opowiadał, na prośby zakonnej braci o wszystkich szczegółach najazdu Tatarów. Od tego czasu nikt już nigdy nie wołał za nim „kika”, mimo iż wskutek uderzenia tatarską szablą utracił także i lewą rękę.

W CYSTERSKIM KLASZTORZE

Warto zapoznać się z życiem w cysterskim klasztorze. Z reguły znajomość klasztornego życia kończy się zwiedzeniu zabytku i zapoznaniu się z jego wyposażeniem. Postaramy się nadrobić ten brak i poniżej kilka słów o zasadach działania cystersów.
Pierwotnie ich siedziby budowano w miejscach położonych z dala od siedzib ludzkich aby ułatwić w ten sposób kontakt zakonników z Bogiem. Zabudowania klasztorne miały być według wstępnych założeń bardzo proste, bez żadnych ozdób, witraży i organów. Okazało się to jednak w późniejszych wiekach nierealne.
Każdy klasztor miał być samowystarczalny i zaspakajać wszelkie potrzeby duchowe i życiowe zakonnej braci. Także zasady zabudowy cysterskiej były znormalizowane. Najpierw powstawał wspaniały kościół. Po słonecznej stronie budowano klasztor z krużgankami zwany wirydarzem. W nim pomieszczono salę zebrań kapituły czyli kapitularz, sypialnie, zwane dormitoriami, jadalnię czyli refektarz, infirmerię czyli izbę chorych oraz latriny czyli ustępy.
Wśród zabudowań gospodarczych spotykamy pralnie, piekarnie, stajnie, obory, spichlerze.
Pamiętając, że podstawowym hasłem cystersów jest „ora et labora” czyli módl się i pracuj, tej zasadzie podporządkowany był rytm dnia zakonników. Pobudka miała miejsce o 3.30 a dzień pracy i modlitwy kończył się o 20.00. Kilka godzin dziennie mnisi poświęcali fizycznej pracy a pozostały czas na modlitwy.
Ciekawe były ich zwyczaje kulinarne. Jadano tylko raz dziennie chleb razowy z otrębami, jarzyny z solą i oliwą oraz owoce. Jeśli wśród zakonników byli chorzy lub przybyli jacyś goście, to dostawali oni biały chleb. Wśród posiłków nie mogło być – jako zabronionych: wszelkich tłuszczów a także przypraw, takich jak: pieprz, cynamon i inne.
Za przykładem swego „promotora” – św. Benedykta ( a jego reguła była podstawą cystersów) nie jadano mięsa bowiem jego spożycie prowadzi do rozwiązłości(!!!). Z czasem pozwolono jednak na spożywanie mięsa ale pod kilkoma warunkami: tylko w niedzielę, jeśli było otrzymane jako jałmużna, było poprzedzone puszczaniem krwi albo dlatego iż przeor gościł właśnie jakiegoś dostojnego gościa.
Przy posiłkach obowiązywał bezwzględny zakaz rozmów ponieważ lektor w tym czasie czytał fragmenty Pisma Świętego. W razie konieczności posługiwano się gestami, które liczyły około 100 i były znane zakonnej braci.
Także strój zakonny powinien być jak najbardziej prosty. Habit winien być zrobiony z białej niebarwionej wełny. Na nogach noszono trzewiki z bydlęcej skóry ( nie wolno było nosić ich jeśli były wykonane ze skóry jagnięcej lub koziej). Niemniej wielu zakonników chodziło boso.
Na habicie, przez prawą rękę przewieszony był różaniec z drewnianych paciorków Przez szyję przekładano prosty brązowy szkaplerz, który z tyłu miał kaptur.
Do swego kościoła mnisi cysterscy udawali się osiem razy na dobę w powtarzającym się cyklu nabożeństw. Między modlitwami mnisi wiele godzin spędzali w skryptorium czyli miejscu, gdzie przepisywano księgi. Na przykład przepisanie Biblii i ozdobienie jej farbami i płatkami złota (czyli tzw. iluminacja) trwały około jednego roku.
Cysterska brać zakonna dzieliła się hierarchicznie. Byli bracia konwersi, którzy składali śluby zakonne lecz nie uzyskiwali święceń i nie mieli prawa uczestniczyć w modlitwie chórowej. Nad nimi byli pełnoprawni bracia zakonni, którzy oddawali się obowiązkom religijnym.

SZLAKIEM MIEJSCOWOŚCI KSIĘGI HENRYKOWSKIEJ

Jesteśmy w Henrykowie, na dziedzińcu klasztornym. Kiedy staniemy twarzą do kościoła, po prawej stronie rzuci nam się w oczy budynek klasztorny. Jego cechami charakterystycznymi są: dwie sześcioboczne wieżyczki na narożnikach budynku i trzy marmurowe ( a nie wykonane z piaskowca jak tradycja śląska nakazuje) – portale.
Są to:
- portal sądowy z postacią Temidy, prowadzący niegdyś do kancelarii i sali sądowej,
- portal klasztorny z rzeźbą św. Benedykta, prowadzący do części mieszkalnej dla mnichów,
- portal opacki, z herbem opactwa, prowadzący do apartamentów opata.
Nas interesuje właśnie ten ostatni. Dawna, bardzo dawna legenda mówi o spotkaniu ówczesnego opata z księciem panującym nad Śląskiem. W trakcie ich rozmowy opat przypomniał księciu, że Śląsk nie zawsze był polski. Kiedy został on jednak w obrębie naszego państwa, władcy musieli podjąć zobowiązanie o szczególną dbałość o tę ziemię, bo jeśli nie będą o nią dbali, to herb opactwa spadnie na ziemię a Śląsk przestanie być polski. Była ta ziemia bardzo urodzajna i bogata w zwierzynę, ryby, drewno i barcie pszczół pełne miodu. Śląsk miał stanowić żywnościowe zaplecze dla całego państwa i warto było podjąć to zobowiązanie. Pomocą dla rządzących miało być duchowieństwo a w szczególności klasztory cysterskie.
Nasz książę złożył więc takowe zobowiązanie. A od tego czasu minęło już przeszło 700 lat.
Kiedy jednak dziś spojrzymy na ten portal to naszym oczom ukaże się jego płaszczyzna mocno odchylona od pionu i grożąca każdej chwili upadkiem. Jeśli więc – zgodnie z tradycją, w każdej legendzie jest trochę prawdy- współcześnie rządzący powinni z większą troską pochylić się nad śląską ziemią.
Bo co to będzie jeśli potwierdzi się ten legendarny przekaz?


W HENRYKOWSKIM KOŚCIELE

R E L I K W I E Ś W I Ę T E G O

Zwiedzając henrykowski kościół rzeczywistość dnia dzisiejszego zderzy się nieuchronnie z przeszłością – tą bardzo dawną i współczesną. Warto więc chwilę zatrzymać się w niektórych miejscach kościoła i posłuchać co mają nam do powiedzenia.
Kiedy staniemy przed głównym ołtarzem warto spojrzeć w lewo i zatrzymać swój wzrok na późnobarokowym ołtarzu św. Jana Nepomucena.
Dlaczego? Oto odpowiedź na to pytanie.
Bardzo dawno temu, w XIV wieku żył w Pradze Jan Nepomucen , który był spowiednikiem królowej, żony króla Czech – Wacława Luksemburskiego. Król nie bardzo dowierzał swojej żonie i kilkukrotnie wzywał do siebie wspomnianego Nepomucena aby ten zdradził mu treść spowiedzi królowej. Jednak Jan Nepomucen – wierny kościelnej przysiędze o tajemnicy spowiedzi – za każdym razem odmawiał królowi. Wreszcie władca zły na odmowę spowiednika zagroził mu śmiercią, jeśli ten jeszcze raz odmówi.
Po kolejnej spowiedzi królowej Nepomucen został ponownie wezwany przed oblicze władcy. Kiedy po raz kolejny król spotkał się z odmową, kazał zamordować spowiednika. Według legendy poćwiartowane zwłoki Nepomucena zostały wrzucone do Wełtawy. Po kilku dniach szczątki wypłynęły kilkaset metrów dalej, w zakolu rzeki. Tam znaleźli je okoliczni mieszkańcy i kiedy wyłowili na ich oczach szczątki spowiednika zrosły się z powrotem. Za męczeńską śmierć za wiarę Nepomucen został świętym i patronem Czech. Wtedy o jego doczesne szczątki zaczęły występować różne kościoły. Najbardziej jednak wartościową relikwią była cząstka języka świętego. Według kościelnego przekazu właśnie kościół w Henrykowie został obdarowany taką relikwią. Została ona złożona w relikwiarzu, który możemy podziwiać właśnie na tym ołtarzu. Częścią wystroju ołtarza jest płaskorzeźba przedstawiająca most Wacława w Pradze, nad Wełtawą kiedy to oprawcy wrzucają do rzeki z mostu ciało zamordowanego świętego.

C Z A P L A

Nadal stojąc przed głównym ołtarzem kościoła w Henrykowie skierujmy nasz wzrok na przepięknie kutą kratę, na szczycie której umieszczony został malunek czapli, stojącej na jednej nodze a w drugiej trzymającej kamień. Ten wizerunek ma głębokie, cysterskie przesłanie.
Jak pewnie wiemy, zasadą cystersów jest „ora et labora” czyli módl się i pracuj. Jest także jeszcze jedna średniowieczna zasada, którą musieli kierować się ówcześni cysterscy zakonnicy. Była to zasada wiecznego czuwania, aby być zawsze do dyspozycji Boga i wiernych. Kiedy zastanawiano się co może symbolizować tę zasadę – przypomniano sobie o tym ptaku.
Otóż dawno temu, kiedy wśród zwierząt i ptaków pojawił się człowiek, zwierzęta zdały sobie sprawę, że ta dwunożna istota stanowi dla nich zagrożenie. Wtedy to właśnie jakaś czapla wysiedziała młode. Bojąc się, że kiedy zaśnie może podejść człowiek i zabrać jej potomstwo, stanęła koło gniazda, wzięła w jedną łapę kamień i stanęła na drugiej. Wiedziała, że kiedy zaśnie to pazury się otworzą i kamień spadnie na ziemię, budząc ją.
Właśnie to zdarzenie przypomniano sobie w cysterskim zakonie i w ten sposób czapla stała się symbolem wiecznego czuwania.

W I D Z E N I E

W latach 90 – tych ubiegłego wieku, w kościele pod wezwaniem Najświętszej Marii Panny i Jana Chrzciciela w Henrykowie miało miejsce bardzo smutne zdarzenie. W ciemną noc do kościoła włamali się nieznani sprawcy i z bocznej nawy wycięli z ram trzy obrazy święte, przedstawiające m. in. wizerunek Matki Boskiej. Fakt kradzieży zgłosił na policję zgłosił ówczesny proboszcz kościoła – ksiądz Czesław. Jednak śledztwo policyjne i wszczęte na dużą skalę poszukiwania nie przynosiły rezultatu.
Któregoś z następnych dni proboszcz zszedł wieczorem do kościoła i ze smutkiem spoglądał na puste ramy. „Że też dla złodziei nie ma nic świętego” – pomyślał. Wtem w jednej z pustych ram ukazał się księdzu niewyraźny zarys jakiejś postaci. Spojrzał uważnie i zorientował się, że jest to prawdopodobnie zarys postaci złodzieja. Zgłosił ten fakt na policji i na podstawie opowiadania księdza sporządzono portret pamięciowy.
Po jakimś czasie policja przywiozła do kościoła skradzione obrazy, które odnaleziono w piwnicy pewnego domu w Strzelinie. Możemy się zastanawiać czy to przypadek czy widzenie księdza pomogła odzyskać utracone obrazy. Pozostaje jednak faktem, że cień postaci ujrzanej przez księdza był bardzo podobny do twarzy złodzieja.

Sro 13 Mar, 2013 14:47

Powrót do góry
Wyświetl posty z ostatnich:   
Strona 1 z 1

 
Skocz do:  
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Możesz dodawać załączniki w tym forum
Możesz ściągać pliki w tym forum



Publikowane komentarze są prywatnymi opiniami użytkowników Forum.
Redakcja magazynu "Inne Oblicza Historii" nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.