| | FAQ | Szukaj | Użytkownicy | Rangi | Rejestracja | Profil | Wiadomości | Zaloguj
Linki | Ekipa | Regulamin | Galeria | Artykuły | Katalog monet | Moje załączniki

Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu Idź do strony 1, 2  Następny
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
redbaron
Moderator
Kapitan

Kapitan





Posty: 831
Pochwał: 3
Skąd: Toruń
Odpowiedz do tematu Odpowiedz z cytatem

Moja recenzja "Wojny galicyjskiej" [PHW 2006, nr 1

W związku z odżywającą dyskusją na temat pracy J. Batora "Wojna galicyjska", pozwolę sobie przytoczyć jej recenzję, którą zamieściłem w "Przeglądzie Historyczno-Wojskowym" 2006, nr 1. Niestety jest to wersja bez przypisów [zostały tylko numerki w tekście]

==========================================

Juliusz Bator, Wojna galicyjska. Działania armii austro-węgierskiej na froncie północnym (galicyjskim) w latach 1914-1915, Kraków 2005, ss. 319.

W drugiej połowie 2005 r. ukazała się praca Juliusza Batora Wojna Galicyjska. Działania armii austro-węgierskiej na froncie północnym (galicyjskim) w latach 1914-1915. W powstaniu książki miał także swój udział Andrzej Zaręba, który wykonał podpisy pod publikowanymi w książce zdjęciami, a także zamieszczone w niej biogramy dowódców austro-węgierskich.
Książka rozpoczyna się dość długim (s. 9-20) swego rodzaju memoriałem J. Batora, zatytułowanym Od autora, w którym przedstawia swoje motywy napisania tej pracy, a także swoje główne tezy, sprowadzające się do chęci podkreślenia roli armii austro-węgierskiej na froncie wschodnim w omawianym przez niego okresie.
Kolejną częścią jest Wprowadzenie (s. 22-28), w którym J. Bator przedstawia sytuację w chwili zamachu w Sarajewie, słusznie wskazując na udział Serbii i Rosji w wybuchu I wojny światowej.
Następnie, w rozdziale pierwszym, zatytułowanym Pierwsze starcie. Ofensywa wyprzedzająca i utrata Lwowa (s. 29-73) autor przedstawia przebieg działań sił austro-węgierskich między Wisłą a Bugiem, gdzie doszło do zwycięskich dla nich bitew pod Kraśnikiem i Komarowem, a w dalszej części tego rozdziału czytelnik dowiaduje się o dziejących się prawie równocześnie walkach w Galicji Wschodniej, zakończonych utratą Lwowa.
Rozdział drugi, Odwrót wrześniowy i kontrofensywa Wisła-San (s. 74-97) omawia odwrót wojsk austro-węgierskich na linię rzek Nidy, Białej i Dunajca, skąd rozpoczęła się następnie ich kontrofensywa, która doprowadziła do odblokowania twierdzy Przemyśl. Po osiągnięciu tego sukcesu dalsze postępy wojsk rosyjskich zostały zatrzymane przez Rosjan.
Trzecia część książki, Odwrót listopadowy i powstrzymanie “walca parowego”: Kraków, Łapanów-Limanowa (s. 98-139), zawiera opis kolejnego już odwrotu armii austro-węgierskiej i zwycięskich dla nich krwawych walk w rejonie Krakowa, a także kontrofensywy w rejonie Łapanowa i Limanowej na początku grudnia 1914 r.
Kolejny rozdział, zatytułowany Zimowe bitwy karpackie (s. 140-182), został przez autora poświęcony na omówienie walk zimą z 1914 na 1915 r. Działania te charakteryzowały się szczególną determinacją obydwu stron – z których jedna chciała przedostać się na Węgry, a druga odblokować Przemyśl. Prowadzone były przy tym w straszliwych warunkach.
Przedostatni rozdział swej pracy J. Bator zatytułował Obrona Przemyśla (s. 183-215), w którym przedstawił losy twierdzy od początku wojny, aż do kapitulacji w drugim oblężeniu w marcu 1915 r.
Ostatni rozdział, Odwojowanie Galicji (s. 216-276), przedstawia przygotowania do operacji gorlickiej, przełamanie frontu rosyjskiego 2 maja 1915 r., a także opis walk w Galicji aż do wyzwolenia Lwowa w drugiej połowie czerwca 1915 r.
Kolejną częścią książki są Biogramy (s. 278-286), gdzie A. Zaręba przedstawił pokrótce sylwetki Victora Dankla, hrabiego Kraśnika, Svetozara Boroevića von Bojny, Franza barona Conrada von Hötzendorfa, Karla barona von Pflanzer-Baltina, Moritza barona von Auffenberga, hrabiego Komarowa i Eduarda von Böhm-Ermollego.
Dodatkowo w pracy umieszczono jeszcze Posłowie, Bibliografię, aneks poświęcony organizacji armii austro-węgierskiej w omawianym przez J. Batora okresie, a także streszczenia w językach angielskim i węgierskim.
Autor twierdzi, że obiektywizm badawczy jest bowiem bądź wynikiem nieświadomości piszących, bądź przejawem zwykłej hipokryzji (s. 13). Każdy badacz zdaje sobie sprawę, że pełen obiektywizm jest nieosiągalnym celem, jednak mimo wszystko należy choć próbować się do tego celu zbliżyć – próbę taką podejmie też i piszący niniejszą recenzję. W każdym razie o ile subiektywizm w ocenie faktów można autorowi wybaczyć, to jednak subiektywizm prowadzący do manipulacji tymi faktami, już nie. Niestety J. Bator przedstawił opisywane przez siebie wydarzenia w sposób bardzo stronniczy, przemilczając pewne fakty, drugie zaś przywołując w taki sposób, że czytelnik otrzymuje zafałszowany obraz rzeczywistości. Działaniom tym przyświecał w sumie szczytny cel – przywrócenie czci żołnierzy austro-węgierskich, walczących w Galicji. Sposób jednak realizacji tego zamierzenia jest jednak nie do przyjęcia.
Dla J. Batora piszący te słowa jest oczywiście zaledwie dyletanckim “historykiem wojskowości”1 (s. 72), opierającym się jedynie na materiałach, od których uderza stronniczość (...), a nawet oczywiste wypaczenia będące skutkiem bezkrytycznego zawierzenia nie tylko źródłom rosyjskim, które starały się ukazać Austro-Węgry jako poroniony twór uciskający narody słowiańskie, lecz także i niemieckim, które, które były zainteresowane w wyolbrzymieniu swej roli w owych wydarzeniach i lansowały tezę o rozstrzygającej roli swych posiłków (s. 182), to jednak podejmie trud polemiki z autorem.
Na początek kilka słów o bazie źródłowo-opracowaniowej J. Batora. W wykazie Wybrana literatura zastanawia punkt 1a, pod którym mają się znajdować archiwa wojenne, dzienniki uczestników i świadków walk i ich wspomnienia oraz prace wydane w czasie trwania I wojny światowej. Czytelnik jednak nie znajdzie żadnych archiwów wojennych – w Kriegsarchiv we Wiedniu J. Bator nie był, co sam zresztą przyznaje (s. 15). Mógł jednak pokusić się o wykorzystanie niepublikowanych opracowań dotyczących armii austro-węgierskiej, przechowywanych w Centralnym Archiwum Wojskowym. Zapewne pod tajemniczym terminem archiwa wojenne J. Bator umieścił doskonałą austriacką wielotomową syntezę I wojny światowej Österreich-Ungarns Letzter Krieg, wydaną w Wiedniu w latach 30-tych. Jest to jednak opracowanie, a nie źródło!
Drugą część źródeł – punkt 1b, stanowi austro-węgierska prasa, wydawana w czasie trwania walk. Mimo oczywistego wypaczenia propagandowego tych gazet, drukujących liczne felietony i materiały ku pokrzepieniu serc, stanowią one niejednokrotnie dla J. Batora najpewniejsze źródło informacji o opisywanych przez niego walkach.
Pośród źródeł drukowanych brak wspomnień przedstawiciela niemieckiego OHL (Oberste Heeresleitung; Naczelne Kierownictwo Wojsk) przy austro-węgierskim AOK (Armeeoberkommando; Naczelna Komenda Armii), generała von Freytag-Loringhovena2, czy szefa sztabu 8 Armii, a następnie Ober-Ost, generała Ericha Ludendorffa3, wydanych przez Wolfganga Förstera materiałów marszałka Augusta von Mackensena4, czy Polaka, który brał udział w bitwie pod Lwowem, Stanisława Kawczaka5. Razi także wielokrotne powoływanie się za pośrednictwem innych autorów na ówczesnego niemieckiego szefa Sztabu Generalnego Ericha von Falkenhayna, bez wykorzystania jego wspomnień6.
W wykazie znajdują sie także cenne prace, cytowane w przypisach albo sporadycznie (1 – 2 przypadki), albo wcale, mimo iż bezpośrednio dotyczą omawianej problematyki. Uwaga ta dotyczy przede wszystkim wspomnień generała Auffenberga7, czy marszałka Hindenburga8, czy pracy generała Hermanna von François9.
J. Bator także w zasadzie całkowicie odrzucił wyniki badań historyków niemieckich, częściowo lub w całości dotyczących działaniom w Galicji. Pominięta została niemiecka wielotomowa synteza I wojny światowej, która dość szeroko omawia działania niemieckiej 47 Rezerwowej Dywizji Piechoty w operacji limanowsko-łapanowskiej10, czy ofensywę Niemiec i Austro-Węgier w Galicji w 1915 r.11 Dziwi także brak opracowań poświęconych bitwie pod Gorlicami, z których można tu przytoczyć prace Leonharda hrabiego von Rothkirch barona von Trach12, czy Oskara Tile von Kalma13. Biografie Ericha von Falkenhayna mogły autorowi wyjaśnić motywy postępowania niemieckiego szefa Sztabu Generalnego14. Mimo wielokrotnego przywoływania w tekście losów II Brygady Legionów J. Bator nie wykorzystał monografii tej jednostki autorstwa S. Czerepa15. Zresztą listę opracowań niemieckich, polskich i rosyjskich, pominiętych przez J. Batora można by jeszcze znacznie wydłużyć.
Tytuł pracy J. Batora, Wojna galicyjska, może sugerować czytelnikowi, że był to jakiś zupełnie odrębny konflikt, co przecież mija się z prawdą. Poza tym wojny nie składają się raczej z wojen, tylko z poszczególnych kampanii. I to właśnie kilka kampanii zebrał i omówił w swojej książce autor.
Zastanawiająca jest przyczyna krucjaty, jaką podjął J. Bator przeciwko wszystkim innym autorom w zakresie pisowni nazwisk generałów rosyjskich. Niezrozumiałe jest dlaczego największą trudność sprawiło nazwisko słynnego generała Brussiłowa, którego prawidłowa transliteracja tak właśnie powinna wyglądać (s. 11; por. s. 36, przyp 10). Po pierwsze J. Bator nie dokonał transliteracji16 tego nazwiska tylko transkrypcji17 – i to zresztą błędnej. Prawidłowa transkrypcja rosyjskiego nazwiska Брусилов18 to właśnie Brusiłow, podczas gdy transliteracja wygląda następująco: Brusilov. Drugim generałem, “pokrzywdzonym” przez J. Batora był generał Ruzskij (Рузский19), którego autor nazywa Ruzski (s. 11).
Mimo iż J. Bator zarzeka się, że ze względu na przejrzystość i czytelność tekstu zrezygnowano ze skrótów stosowanych przez historyków wojskowości na oznaczenie jednostek wojskowych (s. 20), to jednak notorycznie pojawiają się skróty typu dyw., czy bryg. piech. posp. ruszenia (s. 34). Zresztą chaotyczna jest także pisownia nazw jednostek – np. na s. 80 w zasadzie linijka pod linijką występują 3. pułk piechoty Legionów i 2. pułk piechoty legionów. Zdaniem piszącego te słowa nazwy pułków są nazwami własnymi i z tego względu powinny być pisane wielką literą, ale w każdym razie z pewnością konsekwentnie. Dziwne są także i nazwy np. Korpus “Beskid” (s. 175), podczas gdy bardziej zasadne byłoby tłumaczenie Korpus Beskidzki, lub ewenualnie Korpus Beskidów20 (oryginalna nazwa Beskidenkorps). J. Bator także spowodował bałagan, chcąc podkreślić mieszany austro-węgiersko – niemiecki skład 11 Armii i Südarmee (Armia Południowa) je armiami mieszanymi (zob. np. s. 237). Tymczasem obydwa związki były niemieckie21. Znaczniej bardziej poprawne byłoby – jeżeli już – określenie w stylu składająca się z jednostek niemieckich i austro-węgierskich niemiecka 11 Armia.
Ogromny bałagan panuje wśród stopni wojskowych – raz używane są nazwy oryginalne, bądź skróty od nich pochodzące (np s. 280, gdzie pojawia się FML – Feldmarschalleutnant – generał porucznik, lub generał dywizji, jeżeli ktoś woli polski odpowiednik), z polskimi odpowiednikami (np. s. 210, przyp. 53, gdzie występuje gen. dyw.), czy tłumaczeniami – gen. mjr (s. 34 – co nie przeszkadza, by na tej samej stronie pojawiły się skróty polskich odpowiedników gen. dyw.). Zupełnym już curiosum jest stopień nadany przez J. Batora Böhm-Ermollemu, którego określa on jako gen. dyw. kawalerii (s. 32), zamiast prawidłowo generał kawalerii, lub ewentualnie odpowiednikiem polskim – generał broni (a zatem wyżej niż generał dywizji). Niewielką poprawą tej sytuacji jest umieszczony w książce (s. 309 i n.) wykaz stopni wojskowych w armii austro-węgierskiej.
Niejednokrotnie zdarza się, że J. Bator sam sobie zaprzecza – i tak (s. 44) stwierdza, że dziennie w rejony koncentracji przybywało około 40 stuosiowych pociągów wojskowych, liczących w sumie 7000 wagonów, podczas gdy 4000 osi nie może dać więcej niż 2000 wagonów. Następny taki przykład (s. 207): zaczęto też zabijać konie. Stanu zapasów bardzo to nie poprawiło (...), a dalej (s. 208) zapasy żywności powiększano przez planowy ubój słabszych koni (...) poprawiło to nie tylko zaopatrzenie załogi w mięso (...), czy stwierdzenie, że Okręgowych Komend Uzupełnień było 109 (s. 299), a nieco dalej J. Bator informuje, iż najniższy szczebel terytorialnej organizacji wojska tworzyło 114 wojskowych okręgów uzupełnień (s. 302).
Stwierdzenie, że o bitwie pod Limanową mało kto słyszał, chociaż jej rola na wschodzie była porównywalna z rolą bitwy nad Marną (s. 11) wydaje się być wielkim nieporozumieniem. Jak można porównywać ogromną bitwę, w której po stronie niemieckiej walczyły trzy armie, mające w swoim składzie 16 korpusów i znaczną ilość jednostek armijnych przeciwko czterem armiom francuskim i brytyjskiemu korpusowi ekspedycyjnemu22, z uderzeniem wzmocnionego jedną dywizją niemiecką austro-węgierskiego XIV Korpusu Armijnego (w sumie 8 dywizji piechoty i 3 dywizje kawalerii) które zakończyło się pobiciem rosyjskiego VIII Korpusu?23 Mimo to zdaniem J. Batora bitwa nad Marną jest niezasłużenie słynniejsza od bitwy pod Limanową (s. 136).
Trudno jest zgodzić się z twierdzeniem autora, że w Galicji była doskonała infrastruktura kolejowa (s. 32), skoro w rejonie Krakowa linia kolejowa prowadząca na wschód przebiegała zaledwie o 20 km od granicy, a na północny wschód od Przemyśla odległość ta wynosiła 40 km – gdyby Rosjanie wykazali się większą inicjatywą, ich kawaleria mogła z powodzeniem zakłócić przerzut wojsk w Galicji24. Tak samo i w przypadku operacji gorlickiej ze względu na infrastrukturę kolejową konieczny stał się wyładunek w dość dużej odległości od frontu – trzy do czterech dziennych marszów25
Ciekawa jest teza o tym, że rosyjską dywizję kawalerii odparto (...) pod Jarosławcami [sic! - Jarosławicami – J.C.] przy bardzo znaczących stratach własnych (s. 47). W rzeczywistości pułki 4 DK zostały rozbite i w nieładzie rozpoczęły odwrót w kierunku zachodnim26. Zapewne odparcie Rosjan wynikało z tego, że nie podjęli pościgu. Także wielokrotnie cytowany przez J. Batora August Krasicki zapisał w swoim dzienniku pod 27 sierpnia 1914 r.: koło Brodów austriacka dywizja kawalerii, 6. pułków, miała ponieść klęskę atakując karabiny maszynowe27.
Nie można się też zgodzić ze stwierdzeniem, iż 8 Armia niemiecka nie potrafiła skutecznie powstrzymać 1 Armii rosyjskiej pod Gubinem [sic! Gąbinem, dzisiaj Gusiew – J.C.] i usiłowała się ratować odwrotem za Wisłą (s. 48). Otóż bitwa pod Gąbinem zakończyła się wprawdzie rosyjskim zwycięstwem, jednak kolejne dni mogłyby przynieść zmianę tej sytuacji. W każdym razie o odwrocie za Wisłę zadecydowało to, że dowództwo 8 Armii niemieckiej dowiedziało się właśnie w nocy z 20 na 21 sierpnia o tym, że południową granicę Prus Wschodnich przekroczyła rosyjska 2 Armia i to właśnie ta wiadomość spowodowała, że generał von Prittwitz nakazał odwrót za Wisłę28.
Stronnicze i ogólnikowe jest stwierdzenie, że dowodzący na froncie rosyjskim [sic! przecież był szefem AOK, a nie frontu przeciwrosyjskiego - J.C.] Franz Conrad von Hötzendorf wykazał się wielkim talentem strategicznym oraz śmiałością, odwagą i pomysłowością, jakiej próżno było szukać u jego niemieckich odpowiedników (s. 70 i n.). Piszący te słowa nie wątpi w talenty Conrada, nie widzi jednak w nim nieomylnego boga wojny, jak to chyba jest w przypadku J. Batora. Należy także podkreślić, że Falkenhayn, jak i Ludendorff (to on był motorem działań Hindenburga) byli równie zdolni, jak Conrad.
Równie stronnicza, co nieprawdziwa jest opinia, że Austro-Węgry walczyły z olbrzymią przewagą ze strony przeciwnika, a na froncie zachodnim siły był wyrównane (...) z lekką przewagą na korzyść aliantów (s. 71; s. 71, przyp. 61). Po pierwsze na wschodzie Rosjanie zawsze posiadali więcej żołnierzy niż Niemcy i ci ostatni nie mieli problemów z odpieraniem nieprzyjacielskich ofensyw, po drugie na froncie zachodnim wojna pozycyjna wysoce utrudniała odnoszenie spektakularnych sukcesów. Dodatkowo przewaga materiałowa po stronie Ententy rosła bardzo szybko.
J. Bator zarzuca Niemcom, że po bitwie pod Tannenbergiem nie ściągnęły większych sił na front wschodni i nie rozpoczęły ofensywy na wschodzie w kierunku Łomży. Po pierwsze Rosjanie zdawali sobie już od dawna sprawę z zagrożenia na tym kierunku i wybudowali szereg umocnień na linii Narwi29, które mogły skutecznie zatrzymać ofensywę nieprzyjacielską, jak to miało miejsce w 1915 r.30 W rzeczywistości OHL planowało udzielenie wsparcia, ale w miarę możliwości, gdyż najważniejszym frontem był front zachodni! W depeszy do Hindenburga OHL stwierdzało 13 września 1914 r. jak najszybciej zwolnić dwa korpusy armijne i przygotować do transportu w rejon Krakowa31. Hindenburg rzeczywiście zaproponował w zamian ofensywę w kierunku Narwi, jednak odpowiedź OHL była odmowna: operacja przez Narew w obecnym położeniu Austriaków uważana jest za już nie rokującą sukcesu. Bezpośrednie wsparcie Austriaków jest politycznie konieczne (...) W rachubę wchodzą operacje ze Śląska32. Najciekawsze jest jednak to, że to AOK samo prosiło o bezpośrednie wsparcie w Galicji, zmuszając tym samym niemieckiego sojusznika do porzucenia planów operacji przeciwko Narwi33
Wraz z objęciem funkcji dowódcy 9 Armii Hindenburg nie został wcale awansowany na głównodowodzącego wszystkimi siłami niemieckimi na Wschodzie (s. 81), tylko jego dowództwu podporządkowano także 8 Armię34. Głównodowodzącym na froncie wschodnim – Oberbefehlshaber Ost (w skrócie Ober-Ost) Hindenburg został dopiero 1 listopada 1914 r.35
Koncepcja przeprowadzenia ofensywy w kierunku Wisły powstała z jednej strony z chęci osłony Górnego Śląska oraz konieczności udzielenia pomocy zagrożonym Austro-Węgrom, które w przeciwnym razie mogły utracić kontrolę nad przełęczami karpackimi36. Operacja jednak nie powiodła się, co oczywiście J. Bator wykorzystał by winą za odwrót Dankla spod Dęblina obarczyć Niemców, którzy rozpoczęli odwrót wcześniej (s. 91 i n). W rzeczywistości jednak to siły niemieckie walczyły w znacznej przewadze nieprzyjaciela, wiążąc w samych Prusach Wschodnich dwie armie rosyjskie, a siły austro-węgierskie – pomimo odciążenia frontu galicyjskiego – nie tylko nie były w stanie przeprowadzić skutecznej ofensywy, ale nawet zostały zmuszone do prowadzenia walk obronnych nad Sanem. Sytuacja była bardzo poważna, ale Hindenburg wciąż miał nadzieję na zdobycie Warszawy – gdy poprosił Conrada o posiłki – szef AOK mógł je zabrać z biernych odcinków frontu – dowódca 9 Armii spotkał się z odmową – AOK nie chciało doprowadzić do przemieszania wojsk (ze względów prestiżowych, a może osobistych ambicji Conrad nie chciał oddać jednostek c. k. armii pod dowództwo niemieckie) – zgodzono się tylko na rozszerzenie odcinka c. k. 1 Armii37. W tym kontekście można też nawiązać do innej kwestii - J. Bator zarzuca generałowi von Falkenhaynowi kierowanie się niemiecką racją stanu (s. 148, przyp. 11), przy czym zawsze chwali Conrada, gdy ten broni austro-węgierskiej racji stanu. Tymczasem szef AOK niejednokrotnie starał się uzyskać jak największą samodzielność i niezależność od sojuszników, co nie zawsze było połączone z korzyścią dla operacji wojennych38. Co zresztą doskonale widać na przykładzie ofensywy w kierunku Wisły.
Teza J. Batora, że porażka armii Dankla pod Dęblinem została spowodowana przez paniczny odwrót niemieckiego sprzymierzeńca (s. 99) w żaden sposób nie przystaje do rzeczywistości. Siły niemieckie wycofały się spod Warszawy, ponieważ nie było szans jej zdobycia i Hindenburg z Ludendorffem uznali, że nie ma sensu wytracać żołnierzy w walkach na wyczerpanie, w które zamieniła się wówczas ofensywa 9 Armii39. Także J. Dąbrowski przyznaje że Dankl przegrał pod Dęblinem, mimo iż uważa, że nie można na niego zrzucić całej winy za porażkę w tej operacji. W żadnym miejscu nie wspomina o panicznym odwrocie Niemców spod Warszawy40. W każdym razie Niemcy nie zarzucili planów ofensywnych na wschodzie i podjęli decyzję o przegrupowaniu w kierunku północno wschodnim, gdzie w rejonie Torunia i Inowrocławia koncentrowano siły do kolejnego uderzenia41
Odnośnie bitwy pod Łodzią należy wspomnieć, że nie groziła tam Niemcom ostateczna katastrofa – w okrążeniu znalazł się tylko XXV Korpus Rezerwowy, a nie cała armia. Poza tym o ciężkiej sytuacji sił niemieckiej 9 Armii zadecydowała interwencja rosyjskiej 5 Armii, która nadeszła na pole bitwy z południa, co niewątpliwie pomogło siłom austro-węgierskim42. W każdym razie zdaniem piszącego te słowa rosyjski “walec parowy” został zatrzymany w wyniku nieudanych operacji na obu skrzydłach – pod Łodzią i Krakowem, jednak niestety znaczenie pierwszej z tych bitew J. Bator zbytnio marginalizuje43.
W operacji limanowsko-łapanowskiej wzięła udział 47 Rezerwowa Dywizja Piechoty (por. s. 115, przyp. 36), która miała ponieść ciężkie straty ze względu na brak doświadczenia przyniesionych z zachodniego frontu Niemców w walkach obronnych na linii pozbawionej umocnień polowych (s. 122). Po pierwsze 47 RDP byla świeżą jednostką, która przeszła swój chrzest bojowy dopiero w październiku 1914 r.44 i nie miała w ogóle zbyt wiele doświadczenia. Po drugie została użyta na kluczowym odcinku frontu i znaczna część strat została przez nią poniesiona w czasie ataku w pierwszej fazie operacji. Po trzecie, zbudowanie linii umocnień polowych nie trwa długo – okopy dla stojących żołnierzy można było wykonać w 1 ½ do 3 godzin, przy założeniu, że na 1 ½ kroku przypadał 1 żołnierz45.
Nieco przesadzone wydaje się stwierdzenie J. Batora, że niedaleko szczytu [góry Jabłoniec pod Limanową – J.C.] Othmar Muhr zrozumiał, iż kluczowa pozycja całego frontu dostała się w ręce wroga i że w tej chwili decyduje się los bitwy, a nawet całej wojny i monarchi (s. 129). Niewątpliwie dramatyczne walki o Jabłoniec zdecydowały o sukcesie pod Limanową, ale gdyby Rosjanie w tej bitwie zwyciężyli, to raczej nie rozstrzygnęłoby to wojny. Austro-węgierskie zwycięstwo wymusiło na Rosjanach cofnięcie frontu i odstąpienie od prób zdobycia Krakowa, ale nie zlikwidowało zagrożenia utraty Galicji, nie mówiąc już o rozstrzyganiu wojny46.
Przy tych wydarzeniach nasuwa się także jeszcze jedna uwaga - ówcześni korespondenci wojenni nie mogą być traktowani jako stuprocentowe źródło – w rejonie Jabłońca nie mogło polec 1200 Rosjan (s. 131, przyp. 80), skoro na okolicznych cmentarzach (Limanowa, Jabłoniec, Stara Wieś- Golców) pochowano zaledwie 334 Rosjan47.
J. Bator myli się, zarzucając Falkenhaynowi, że błędnie szukał rozstrzygnięcia we Francji. Przecież pokonanie Rosji w 1918 r. nie zapobieglo klęsce Państw Centralnych. Gdyby pokonano Rosję w 1915 r., też wcale nie ma pewności, czy by to coś zmieniło. W przeprowadzonej przed wojną grze wojennej, w której założono ofensywę wschodnią, po początkujących sukcesach, strona niemiecka poniosła i tak klęskę, pobita na zachodzie przez siły francusko-brytyjskie48. Owszem, była to tylko gra wojenna, jednak jej wynik pokazał wysoce prawdopodobny scenariusz.
Nie można się zgodzić z tezą J. Batora, że pozostawienie Falkenhayna na stanowisku szefa OHL odsunęło skuteczne akcje państw centralnych na cztery miesiące (s. 146, przyp. 9), gdyż rzeczywistość wygląda nieco inaczej. Falkenhayn postanowił wiosną 1915 r. przeprowadzić wielkie uderzenie na froncie zachodnim. Do tego celu 3 marca 1915 r. rozpoczęto formowanie niemieckiej 11 Armii, której szefem sztabu został słynny później pułkownik Hans von Seeckt, a pierwszym dowódcą generał piechoty Max von Fabeck (ale wkrótce został przeniesiony na stanowisko dowódcy 1 Armii)49. Seeckt nie pozostawiał wątpliwości co do celu Falkenhayna: zamierza on zmienić zastój na froncie zachodnim w wojnę manewrową i tu doprowadzić do rostrzygnięcia50. Opracowano wówczas plany uderzenia na północ od Sommy w kierunku Kanału la Manche51, podobnie zresztą Niemcy uderzyli wiosną 1918 r.52 Niestety ciężka sytuacja austro-węgierskiego sojusznika zmusiła Falkenhayna do zarzucenia tych planów i ratowania sytuacji w Galicji.
Nie tylko niesłuszna, ale wręcz niezrozumiała jest teza J. Batora, jakoby Niemcy ponosili winę za upadek Przemyśla (s. 160). Równie dobrze można by obarczać winą Austro-Węgry za przegraną Niemiec w bitwie nad Marną.
Dumne stwierdzenie, że Twierdza Przemyśl pobiła rekord długości oblężenia w pierwszej wojnie światowej (s. 101, przyp 10), nieco blednie, jeżeli weźmie się pod uwagę, że stało się tak wyłącznie dlatego, że Rosjanie postanowili wziąć twierdzę głodem. Jedyną – choć trzeba przyznać, że znaczną – wymierną korzyścią (poza wpływem na morale armii polowej) z obrony twierdzy był fakt blokowania ważnego węzła kolejowego. Z drugiej jednak strony należy podkreślić, że załoga Przemyśla liczyła znacznie więcej żołnierzy niż armia oblężnicza.
Twierdzenie autora, jakoby żądny Sławy Bułgar [Dimitriew – J.C.] (...) przekazał dowodzenie 11. Armią “oblężniczą” gen. Szczerbaczewowi, a sam przejął dowództwo nad 3. Armią rosyjską i pozbył się w ten sposób problemu (s. 194) jest nie do przyjęcia. Przecież żaden oficer – nawet dowódca armii – nie mógł i nie może nadal samowolnie zmieniać swojego przydziału służbowego!
W sprawie autorstwa bitwy pod Gorlicami J. Bator sprytnie manipuluje faktami i datami tak, by dać pierwszeństwo Austriakom (s. 231-234)53. Tymczasem Conrad rzeczywiście w styczniu 1915 r. zaproponował Falkenhaynowi uderzenie z rejonu Gorlic, które jednak wtedy było niewykonalne ze względu na szczupłość sił, później zmienił zdanie i forsował atak z Karpat na skrzydło wojsk rosyjskich, co jednak spotkało się z odmową szefa OHL, obstającego przy planie gorlickim54.
Już 31 marca 1915 r. Falkenhayn nakazał szefowi niemieckiego kolejnictwa wojskowego, pułkownikowi Wilhelmowi Groenerowi przygotowanie planu przerzucenia koleją 3 korpusów w rejon Nowy Sącz – Tarnow55. Mimo iż było to na krzyżujący plany OHL wypadek awaryjny56, to jednak szef OHL brał to już wówczas pod uwagę. Zresztą wkrótce stało się to głównym planem - 6 kwietnia Falkenhayn zlecił pułkownikowi von Seecktowi przygotowanie takiej operacji, by szybko i skutecznie pomóc Austriakom57. Dnia 13 kwietnia do Conrada trafił już pierwszy zarys opracowanej przez Niemców operacji58, a nie tylko informacja o użyciu czterech korpusów.
Tymczasem dnia 1 kwietnia AOK prosiło o poprawę położenia przez ofensywę większych sił przeciwko flance i tyłom rosyjskiego ataku, z kierunku Gorlic. Ofensywa na wschodniej flance (Pflanzer) w obecnym układzie niemożliwa ze względu na trudności transportowe59. Conrad miał wówczas prosić o 4 dywizje, które mogłyby pomóc przeprowadzić ofensywę60. Natomiast 4 kwietnia 1915 r. Falkenhayn opowiedział, że kwestia silnego uderzenia z rejonu Gorlic w rejon Sanoka zajmowała go już od dłuższego czasu. [na co dowodem jest opracowanie planu transportu kolejowego do Galicji pod koniec marca – J.C.] Jej przeprowadzenie zależy od ogólnego położenia i gotowości niezbędnych sił – czterech korpusów armijnych61.
Sam szef sztabu niemieckiej 11 Armii twierdził: wybór frontu wschodniego, a w szczególności przełamania na wschód od Krakowa jest tylko i wyłącznie czynem generała von Falkenhatna. W tym nie mają udziału ani austriackie Naczelne Dowództwo, ani marszałek Hindenburg. Nikt nie może ocenić tego lepiej, niż ja, który uczestniczyłem w tworzeniu planu i mogłem go wykonać62. Seeckt wygłosił taką opinię, ponieważ zapewne nie wiedział o styczniowych propozycjach Conrada, kiedy to po raz pierwszy pojawił się projekt uderzenia z rejonu Grolic. Wypowiedź szefa sztabu 11 armii jest jednak najlepszym dowodem, że wiosną 1915 r. Falkenhayn co najmniej równolegle z szefem AOK wziął pod uwagę uderzenie z rejonu Gorlic. Z pewnością przydział czterech korpusów przez szefa OHL pozwolił nadać operacji gorlickiej odpowiedni rozmach.
W kontekście powyższych rozważań można uznać tezę J. Batora o “sukcesie” Conrada, w rozmowach berlińskich (s. 237) za nieprawdziwą. Nota bene zarówno Conrad, jak i Falkenhayn byli sojusznikami, więc po co jeden miał odnosić sukcesy w konfrontacji z drugim?
J. Bator wielokrotnie podkreśla, że zdobycie wzgórza Pustki było najważniejszym elementem przełamania gorlickiego, eksponując w ten sposób rolę austro-węgierskiego VI Korpusu Armijnego. Rzeczywiście było to jedna z kluczowych pozycji we froncie rosyjskim, nie można jednak zapominać także o innych – np. cmentarzu w Gorlicach, który został zdobyty przez niemiecki XLI Korpus Rezerwowy63.
J. Bator po raz kolejny sprytnie manipuluje faktami, stwierdzając, że katastrofa Serbii dokonała się błyskawicznie dzięki wystąpieniu Bułgarów. Ani słowem nie wspomina jednak o tym, że w pokonaniu Serbii wzięły także udział znaczne siły niemieckie64
Ciekawe stwierdzenie znajduje się także w biogramach A. Zaręby: następca tronu został jego [tj. Conrada – J.C.] cichym protegowanym. Seria szybkich awansów i niebawem (...) ten pozbawiony wpływowych koneksji oficer objął stanowisko szefa sztabu wspólnej armii (s. 282). Zastanawiające, gdyż trudniej o bardziej wpływowego protektora niż następca tronu...
W biogramach występuje także bałagan w zakresie tytułów szlacheckich. Zupełnie niezrozumiałe jest, dlaczego Dankl jest hrabią Kraśnika (s. 278), a Auffenberg (s. 284) już Graf von Komarow (czyli hrabia Komarowa). Natomiast A. Zaręba Pflanzer-Baltina i Auffenberga tytułuje po niemiecku Freiherr (baron). Sensowne byłoby ujednolicenie kwestii tytulatury.
Dodatkowo należy zwrócić uwagę na brak choćby najmniejszego biogramu Falkenhayna, Mackensena, czy Seeckta, którzy przecież także odegrali znaczną rolę w toczących się w Galicji walkach, nie wspominając już o Hindenburgu, czy Ludendorffie.
Interesujące jest stwierdzenie autora (zawarte w aneksie, s. 305), że Mannlicher wz. 95 był uważany za jeden z najdoskonalszych na świece (lepszy od rosyjskiego Mosina i niemieckiego Mauzera [sic! oczywiście chodzi o karabin Mausera – J.C.]. Tymczasem karabin armii austro-węgierskiej rzeczywiście pozwalał na osiągnięcie większej szybkostrzelności dzięki zastosowaniu zamka dwutaktowego, jednak w związku z większym poziomem komplikacji był też bardziej zawodny (dotyczy to zwłaszcza egzemplarzy powstałych w czasie wojny). Dodatkowo jego niewielka masa (3,7 kg) powodowała, że po strzale powstawał dość silny odrzut, negatywnie wpływający na celność ognia65. Zresztą ciężko powiedzieć, która z trzech konstrukcji – Mauser, Mosin, czy Mannlicher była lepsza – sprawdziły się przecież wszystkie.
Należałoby się jeszcze odnieść do zamieszczonego w książce materiału kartograficznego. Z jednym tylko wyjątkiem są to mapy poglądowe, przedstawiające przebieg całości frontu wschodniego, nie dające zbytniej orientacji w przebiegu poszczególnych starć. Zresztą na wszystkich notorycznie pojawia się Johannisburg, obok Gąbina, czy Królewca. Dla konsekwencji powinna się znaleźć słowiańska nazwa Jańsbork66, albo wszystkie pozostałe miasta powinny być zapisane po niemiecku.
W pracy zamieszczono także wiele interesujących fotografii, które wraz z wybranymi cytatami z pomnikowych inskrypcji zachodniogalicyjskich cmentarzy wojennych doskonale wprowadzają czytelnika w klimat tamtych wydarzeń.
Reasumując praca J. Batora jest pozycją bardzo interesującą, napisaną by spełnić szlachetny cel, jakim było przywrócenie czci żołnierzom armii austro-węgierskiej. Książka ta przyczyni się do propagowania zapomnianej historii I wojny światowej. Szkoda tylko, że autor krytykując innych za stronniczość, sam bardzo oddalił się od obiektywnej prawdy historycznej.

Jarosław Centek

Sro 12 Lis, 2008 22:22

Powrót do góry
Leuthen
Kapitan

Kapitan




Posty: 843
Pochwał: 6
Skąd: Wrocław
Odpowiedz do tematu Odpowiedz z cytatem

Nie musiałem już iść do biblioteki IH UWr, by zapoznać się z tą recenzją Uśmiech Bardzo wyważona, więc nie wiem, o co Bator się tak wściekał. Przyznam, że niektóre niekonsekwencje w tekście "Wojny galicyjskiej" wspomniane w recenzji (nazewnictwo, stopnie wojskowe itd.) zupełnie mi umknęły podczas lektury - ale jednocześnie ja zwracałem uwagę często na inne wady książki. Czekamy zatem na II wydanie.

Czw 13 Lis, 2008 11:25

Powrót do góry
Zubek
Gość

Odpowiedz do tematu Odpowiedz z cytatem

Witam i- brawo, kolego, pozycji J. Batora co prawda nie znam, ale recenzję widzę rzeczową i fachową!
Gratuluję, też nie rozumiem, za co J. Bator -podobno- się wściekał?
Pozdrawiam

Nie 16 Lis, 2008 20:32

Powrót do góry
redbaron
Moderator
Kapitan

Kapitan





Posty: 831
Pochwał: 3
Skąd: Toruń
Odpowiedz do tematu Odpowiedz z cytatem

Zubek Dzięki za tak pozytywną opinię Wink

J. Bator napisał, że się nie przejmuje opiniami recenzentów, m.in. "Centków". Nikt nie lubi krytycznych recenzji, to zrozumiałe. Ale mógłby uwzględnić uwagi przy reedycji, albo sobie przynajmniej darować takie teksty.

Zobaczymy, co przyniesie drugie wydanie tego dzieła Wink

Nie 16 Lis, 2008 20:46

Powrót do góry
Zubek
Gość

Odpowiedz do tematu Odpowiedz z cytatem

Witam,
nie znając książki Batora oceniam zawartość merytoryczna twojej recenzji. Zwracasz uwagę na szczegóły, nie "rypiesz" autora, raczej spokojnie wyciągasz i wytykasz mu jego drobne nieścisłości czy niedopowiedzenia.
To oczywiście twoje zdanie, autor jednak powinien brać pod uwagę sprawy oczywiste lub służące większej jasności, komunikatywności swego dzieła. Nie można natomiast głosić, że opiniami recenzentów się nie przejmuje, bo stawia się na pozycji człowieka bez grosza kultury bycia, nie mówiac juz o kulturze dyskusji ( wszak recenzja i ewentualna polemika, to już dyskusja, prawda?).
Ale mimo tego, ja, po przeczytaniu twoich uwag, chętnie poczytam J.Batora, bo to okres dla mnie bardzo mało znany, a podczas tegorocznych wakacji udało mi się dostać fajne wydanie starych Bieszczadów w fotografii ( nie pamiętam dokładnie teraz tytułu), co mnie zaciekawiło, a- jak sądzę, praca Batora będzie znakomitym uzupełnieniem zdjęć.
Tylko gdzie tego szukać? jeśli można?
Pozdrawiam

Nie 16 Lis, 2008 21:12

Powrót do góry
redbaron
Moderator
Kapitan

Kapitan





Posty: 831
Pochwał: 3
Skąd: Toruń
Odpowiedz do tematu Odpowiedz z cytatem

Pierwsze wydanie mogą mieć w różnych księgarniach internetowych lub w wydawnictwie "Libron". Leuthen pewnie zaraz napisze, żebyś nie kupował Wink

W każdym razie są jeszcze inne materiały odnośnie tego - choćby:
Zgórniak Marian, 1914-1918. Studia i szkice z dziejów I wojny światowej, Kraków 1987.

Dąbrowski Jan, Wielka wojna, Warszawa 1937 [to dwa tomy i wydatek circa 500 zł albo więcej)

jest jeszcze Pajewski Janusz, Pierwsza wojna światowa [różne wydania] - ale to raczej jest słabe.

Nie 16 Lis, 2008 21:35

Powrót do góry
Zubek
Gość

Odpowiedz do tematu Odpowiedz z cytatem

Witam,
dziękuję za informację, żona ma mi także dzisiaj poszukać w księgarniach internetowych.
Ten album, o którym pisałem to "Zapomniane Bieszczady" - wybór zdjęć i treść - Paweł Kusal, jak dla mnie, miłośnika Bieszczadów od lat tak wielu, że większości forumowiczów jeszcze na świecie chyba nie było - bardzo cenne i ciekawe opracowanie.
W kontekście "recenzji" i pracy J. Batora - zaciekawił mnie taki fragment ze wstępu do albumu : " Kiedy wybuchła I wojna światowa, zamieniono ich ojcowiznę w jedno z wielkich pól bitewnych(...). Z bezmiaru tamtego okrucieństwa na fotografiach utrwalono tylko zburzone miasta i żołnierskie groby; obrazów ludzkiej rozpaczy nikt nie utrwalał, bo była zbyt powszechna."
Stąd moje zainteresowanie.
J. Pajewskiego znam oczywiście, ale to bardziej ogólne opracowanie, raczej podręcznikowe, pomocnicze, czy też wstępne w kursie historii na moich studiach ( a wcześniej w ogólniaku).
Dzięki raz jeszcze i pozdrawiam.

Pon 17 Lis, 2008 10:29

Powrót do góry
Leuthen
Kapitan

Kapitan




Posty: 843
Pochwał: 6
Skąd: Wrocław
Odpowiedz do tematu Odpowiedz z cytatem

Oczywiście, że będę zniechęcał do lektury "Wojny galicyjskiej" Wink

Zubek - gdyby tam były tylko drobne nieścisłości, nie podnosiłbym takiego krzyku, m.in. na tym forum Laughing Jeśli chcesz jednak koniecznie nabyć "Wojnę galicyjską", to chyba jednak lepiej poczekać jeszcze trochę i nabyć II wydanie, które ma zawierać trochę uzupełnień i poprawek.

Rozumiem, że Ciebie interesują głównie opisy walk w Bieszczadach? Jeśli tak, to po lekturze książki J. Batora możesz być rozczarowany - jest ich tam bardzo mało (w sumie chyba niewiele więcej niż w Pierwszej wojnie światowej w Karpatach pod red. T.A. Olszańskiego wydanej przez Studenckiego Koło Przewodników Beskidzkich w Warszawie w 1985 r. czy też opisie tych walk w kilkakrotnie wznawianym przewodniku po Bieszczadach oficyny wydawniczej REWASZ, gdzie jest rozdział o PWS na tamtych terenach, napisany przez Olszańskiego).

Polecam jeszcze lekturę dwóch wątków na bieszczadzkim forum internetowym:
1) O cmentarzach wojennych z I w.św. w Bieszczadach
http://forum.bieszczady.info.pl/showthread.php?t=3633
2) O walkach w Bieszczadach w latach 1914-1915
http://forum.bieszczady.info.pl/showthread.php?t=4563

PS Wiecie, że jak w "googlach" wklepie się hasło "Wojna galicyjska", to w kilku przypadkach okazuje się, że jej autorem jest... Juliusz Cezar Bardzo szczęśliwy Chodzi oczywiście o jego "Wojnę galijską"" Wink

Pon 17 Lis, 2008 10:32

Powrót do góry
seth
Użytkownik zbanowany

Użytkownik zbanowany




Posty: 7603
Pochwał: 35
Odpowiedz do tematu Odpowiedz z cytatem

Znając i posiadając w. w książkę mogę stwierdzić że to bardzo rzeczowa recenzja , która jest doskonałym uzupełnieniem mankamentów w niej występujących . Przyznam, że jestem pod dużym wrażeniem sposobu w jaki kolega redbaron skrytykował tą lubianą , przeze mnie , pozycję . Piwo

Ostatnio zmieniony przez seth dnia Pon 17 Lis, 2008 22:06, w całości zmieniany 1 raz

Pon 17 Lis, 2008 20:19

Powrót do góry
Forteca
Kapitan

Kapitan




Posty: 1318
Pochwał: 4
Odpowiedz do tematu Odpowiedz z cytatem

Ale fajnie macie, nikt was sądem nie straszy za takie "herezje", jakie wypisujecie Mr. Green Przecież spory historyczne winno się toczyć na salach sądowych Wyluzowany
_________________
soon be time to go over the wall, rapid fire and the end of us all - Iron Maiden, Paschendale

Rów, w którym płynie mętna rzeka, nazywam Wisłą. Cieżko wyznać, na taką miłość nas skazali, taką przebodli nas ojczyzną - Z. Herbert

Pon 17 Lis, 2008 21:06

Powrót do góry
Zubek
Gość

Odpowiedz do tematu Odpowiedz z cytatem

Witam,
Cytat:
Jeśli chcesz jednak koniecznie nabyć "Wojnę galicyjską", to chyba jednak lepiej poczekać jeszcze trochę i nabyć II wydanie, które ma zawierać trochę uzupełnień i poprawek.


Dzięki, Leuthen. A będzie w najbliższym czasie drugie wydanie?Jeżeli tak, to poczekam, jeżeli nie, to jednak zakupię to co jest. Masz jakieś informacje na ten temat?

Publikacje
Cytat:
T.A. Olszańskiego


zna chyba każdy miłośnik Bieszczadów, ja również - i to właśnie jeszcze z lat 80.

Za linki dziękuje, coś tam już także mi wskazano wcześniej, ale każda informacja jest dla mnie cenna.
Pozdrawiam

Wto 18 Lis, 2008 10:21

Powrót do góry
redbaron
Moderator
Kapitan

Kapitan





Posty: 831
Pochwał: 3
Skąd: Toruń
Odpowiedz do tematu Odpowiedz z cytatem

Dzięki Panowie za pozytywne wypowiedzi o moim tekście Bardzo szczęśliwy Niedługo przesiądę się na drugą stronę barykady, bo ma wyjść recenzja moich wypocinek Wink

Zubek napisał:

Dzięki, Leuthen. A będzie w najbliższym czasie drugie wydanie?Jeżeli tak, to poczekam, jeżeli nie, to jednak zakupię to co jest. Masz jakieś informacje na ten temat?

Zobacz sobie Tu autor napisał na tym forum, że do 12 XI 2008 r. ma być w drukarni. Sądzę, że sam druk to gdzieś ze 2 tyg góra. Na gwiazdkę będzie pewnie.

Wto 18 Lis, 2008 10:35

Powrót do góry
Airacobra
Oberleutnant

Oberleutnant





Posty: 727
Pochwał: 2
Skąd: Bochnia
Odpowiedz do tematu Odpowiedz z cytatem

redbaron napisał:
Pierwsze wydanie mogą mieć w różnych księgarniach internetowych lub w wydawnictwie "Libron". Leuthen pewnie zaraz napisze, żebyś nie kupował Wink

W każdym razie są jeszcze inne materiały odnośnie tego - choćby:
Zgórniak Marian, 1914-1918. Studia i szkice z dziejów I wojny światowej, Kraków 1987.

Dąbrowski Jan, Wielka wojna, Warszawa 1937 [to dwa tomy i wydatek circa 500 zł albo więcej)

jest jeszcze Pajewski Janusz, Pierwsza wojna światowa [różne wydania] - ale to raczej jest słabe.


Pierwsze mam, na drugie poluję, trzecie widziałem w księgarni i odłożyłem na półkę - za słabe.

To ja poproszę te wypociny z dedykacją. Uśmiech Można ?
Kasę wrzucę na konto.

Pią 28 Lis, 2008 13:01

Powrót do góry
Krzysztof M.
Plutonowy

Plutonowy




Posty: 75
Pochwał: 1
Odpowiedz do tematu Odpowiedz z cytatem

Recenzja redbarona jest bardzo dobra - choć nie zgadzam się z kilkoma punktami:

1. Moim zdaniem dopouszczalne jest traktowanie historii oficjalnych (W tym O-U Letzter Krieg...) jako wydawnictwa źródłowe (źródła drukowane) - nawet jeśli to są syntezy.

2. W polskim piśmiennictwie wojskowym bardzo rzadko używało się nazw pułków pisanych wielką literą - od pułku w dół powinno IMHO pisać literą małą (110 pułk piechoty, ale 23 Dywizja Kawalerii - itd.), przynajmniej taka jest i była praktyka - w każdym razie tak jak napisał kolega, należy trzymać się terminologii raz przyjętej w miarę konsekwentnie.

3. Jeśli pozycja Batora jest pozycją popularnonaukową nie powinno się zarzucać tego że nie wykorzystał tej czy innej pozycji - z tego co wiem Bator nie jest naukowcem stąd ma utrudniony dostęp do archiwaliów. W każdym razie osobiście nie wymagam od autora popularyzującego historię, przekopywania archiwów Pentagonu Wink

4. O zamiarach Falkenhayna pod Verdun już rozmawialiśmy Wink - kwestia "przełamanie" czy "wyczerpanie" nie została przez historyków jasno rozstrzygnięta...

Poza tym (o ile pozwala mi moja wiedza o froncie wschodnim) zarzuty są konkretne, rzeczowe.

Brak obiektywizmu autora to inna sprawa. Nie uważam że obiektywizm musi być objawem hipokryzji - wszystko zależy od tego jaki jest cel danej publikacji. O ile wiem Wojna galicyjska" nie jest monografią sensu stricte i autor ma prawo wyrazić swój punkt widzenia. Tego prawa nikt mu odebrać nie może. Jednak autor sam powinien wiedzieć gdzie leży granica i czy gloryfikując przesadnie armię a-w tak na prawdę nie osiąga rezultatów odwrotnych od zamierzonego i nie kreśli jej karykatury (vide porównanie Limanowej do Marny).

Pią 28 Lis, 2008 14:58

Powrót do góry
redbaron
Moderator
Kapitan

Kapitan





Posty: 831
Pochwał: 3
Skąd: Toruń
Odpowiedz do tematu Odpowiedz z cytatem

Krzysztof M. napisał:

1. Moim zdaniem dopouszczalne jest traktowanie historii oficjalnych (W tym O-U Letzter Krieg...) jako wydawnictwa źródłowe (źródła drukowane) - nawet jeśli to są syntezy.

Z metodologicznego punktu widzenia to są jednak raczej opracowania, chociaż czasm sam mam wątpliwości - zwłaszcza przy historiach pułkowych pisanych przez uczestników tych zdarzeń. Jednak w żadnym wypadku nie nazwałbym tego "archiwami wojennymi" jak to uczynił w swej pracy J. Bator.

Krzysztof M. napisał:

2. W polskim piśmiennictwie wojskowym bardzo rzadko używało się nazw
pułków pisanych wielką literą - od pułku w dół powinno IMHO pisać literą małą (110 pułk piechoty, ale 23 Dywizja Kawalerii - itd.), przynajmniej taka jest i była praktyka - w każdym razie tak jak napisał kolega, należy trzymać się terminologii raz przyjętej w miarę konsekwentnie.

Ja wychodzę z założenia, że nazwa oddziału (zatem pułku, czy samodzielnego batalionu) jest nazwą własną. Dlatgo pisze wielką literą. Nie mniej jednak zdaję sobię sprawę, że nazwa pełna regimentu była niejednokrotnie znacznie bardziej skomplikowana niż XXX Pułk Piechoty.

Krzysztof M. napisał:

3. Jeśli pozycja Batora jest pozycją popularnonaukową nie powinno się zarzucać tego że nie wykorzystał tej czy innej pozycji - z tego co wiem Bator nie jest naukowcem stąd ma utrudniony dostęp do archiwaliów. W każdym razie osobiście nie wymagam od autora popularyzującego historię, przekopywania archiwów Pentagonu Wink

Zgadzam się, że autor pracy popularnonaukowej nie ma obowiązku docierać do wszystkich źródeł i opracowań. Jednak braki które wytknąłem dotyczyły Niemców, których rolę J. Bator w swojej pracy konsekwetnie marginalizuje.

Krzysztof M. napisał:

4. O zamiarach Falkenhayna pod Verdun już rozmawialiśmy Wink - kwestia "przełamanie" czy "wyczerpanie" nie została przez historyków jasno rozstrzygnięta...

Gdy pisałem tę recenzję, byłem jeszcze zwolennikiem teorii o wykrwawieniu. Szczerze mówiąc nie słyszałem wówczas o żadnej innej...

Krzysztof M. napisał:

Brak obiektywizmu autora to inna sprawa. Nie uważam że obiektywizm musi być objawem hipokryzji - wszystko zależy od tego jaki jest cel danej publikacji. O ile wiem Wojna galicyjska" nie jest monografią sensu stricte i autor ma prawo wyrazić swój punkt widzenia. Tego prawa nikt mu odebrać nie może. Jednak autor sam powinien wiedzieć gdzie leży granica i czy gloryfikując przesadnie armię a-w tak na prawdę nie osiąga rezultatów odwrotnych od zamierzonego i nie kreśli jej karykatury (vide porównanie Limanowej do Marny).

Świetnie to ująłeś!

Pią 28 Lis, 2008 19:45

Powrót do góry
Rhetor
Kapral

Kapral




Posty: 53
Skąd: Gdańsk
Odpowiedz do tematu Odpowiedz z cytatem

redbaron napisał:

Z metodologicznego punktu widzenia to są jednak raczej opracowania, chociaż czasm sam mam wątpliwości - zwłaszcza przy historiach pułkowych pisanych przez uczestników tych zdarzeń. Jednak w żadnym wypadku nie nazwałbym tego "archiwami wojennymi" jak to uczynił w swej pracy J. Bator.


Z racji skuteczności Bomber Command zwykłem uznawać "Der Weltkrieg" bardziej za źródło OULK zaś bardziej za opracowanie Bardzo szczęśliwy
Historie pułkowe zaś znajdują się w "strefie mroku" Bardzo szczęśliwy. No ale ja zawsze uważałem metodologię za "sztukę komplikowania rzeczy prostych".

Co do nazwania tych pozycji "archiwami wojennymi" zgoda; nadmienię, że inny naukowiec nazwał kiedyś "Der Weltkrieg" "zbiorem dokumentów".


redbaron napisał:

Ja wychodzę z założenia, że nazwa oddziału (zatem pułku, czy samodzielnego batalionu) jest nazwą własną. Dlatgo pisze wielką literą. Nie mniej jednak zdaję sobię sprawę, że nazwa pełna regimentu była niejednokrotnie znacznie bardziej skomplikowana niż XXX Pułk Piechoty.


Przed 1989 rokiem w literaturze wszystkie nazwy pisano z małej litery. Gdzieś spotkałem się z zasadą, że wielką literą piszemy od brygady wzwyż (wielkie jednostki?). Wówczas nie myli nam się np. brygada z batalionem w pisowni: Bpanc/bpanc.

Pią 28 Lis, 2008 20:02

Powrót do góry
redbaron
Moderator
Kapitan

Kapitan





Posty: 831
Pochwał: 3
Skąd: Toruń
Odpowiedz do tematu Odpowiedz z cytatem

Rhetor napisał:

No ale ja zawsze uważałem metodologię za "sztukę komplikowania rzeczy prostych".

Też mam takie zdanie o metodologii i rozwodzę się nad nią sporadycznie.
Generalnie bardzo mi przypadł do gustu ten cytat:
Cytat:

Metodolog i eunuch to wspólnego mają być może
iż jeden i drugi wie jak, a nie może

Pią 28 Lis, 2008 20:12

Powrót do góry
Krzysztof M.
Plutonowy

Plutonowy




Posty: 75
Pochwał: 1
Odpowiedz do tematu Odpowiedz z cytatem

W swojej książce stworzyłem dla historii pułkowych osobną kategorię - "historie i dzienniki jednostek bojowych" - prawdę powiedziawszy miałem ogromny problem z ich zaszeregowaniem. Historie oficjalne, raporty rządowe, wspomnienia wrzuciłem do kategorii "Wydawnictwa źródłowe, wspomnieniowe i pamiętnikarskie" - reszta to "opracowania i artykuły" - co o tym sądzicie?

Pią 28 Lis, 2008 20:15

Powrót do góry
redbaron
Moderator
Kapitan

Kapitan





Posty: 831
Pochwał: 3
Skąd: Toruń
Odpowiedz do tematu Odpowiedz z cytatem

Z historiami pułkowymi bardzo sprytnie sobie poradziłeś Wink Tak samo zz różnymi historiami oficjalnymi. Jedynie co, to [nauczony przez mojego szefa] przyczepiłbym się do "opracowań i artykułów". Artykuł też jest najczęściej opracowaniem. Ale to tylko drobniuteńkie szczególiki.

Pią 28 Lis, 2008 20:30

Powrót do góry
Krzysztof M.
Plutonowy

Plutonowy




Posty: 75
Pochwał: 1
Odpowiedz do tematu Odpowiedz z cytatem

Jak natomiast zakwalifikować serię Schlachten des Weltkrieges ? Spotkałem się z określeniem "monografia oficjalna"

Pią 28 Lis, 2008 21:07

Powrót do góry
Rhetor
Kapral

Kapral




Posty: 53
Skąd: Gdańsk
Odpowiedz do tematu Odpowiedz z cytatem

Krzysztof M. napisał:
Jak natomiast zakwalifikować serię Schlachten des Weltkrieges ? Spotkałem się z określeniem "monografia oficjalna"


Tu bym pisał "opracowanie". W końcu tom o Łodzi wyszedł jeszcze w czasie wojny.

Pią 28 Lis, 2008 21:09

Powrót do góry
redbaron
Moderator
Kapitan

Kapitan





Posty: 831
Pochwał: 3
Skąd: Toruń
Odpowiedz do tematu Odpowiedz z cytatem

Chętnych z zapoznaniem się z odpowiedzią autora na tekst mojej recenzji zapraszam TU
Widać, że J. Bator, mimo iż ma konto na tym forum, zdecydował się podjąć wyzwanie na forum Austro-Węgier, czyli na swoim terenie Wink

Nie przeczytałem całości tej odpowiedzi - jest dość obszerna. Przyznam jedynie, że może rzeczywiście miejscami mogłem być zbyt proniemiecki - ale to wynika z prostej zasady "akcja rodzi reakcję" - J. Bator zdecydowanie rolę Niemców pomniejszył, a ja trochę powiększyłem. Mój błąd.

Nie zamierzam wdawać się w polemikę, gdyż zrobienie szczegółowej odpowiedzi zajęłoby dość dużo czasu, którego akurat nie mam. Zresztą i tak nie doprowadzi do zbliżenia stanowisk, więc po co wszczynać wojnę?

Cenię J. Batora za jego wiedzę na ten temat i pasję. No i za znajomość węgierskiego (choć jako Węgier ma tu dużo łatwiej Wink ), gdyż ten język chyba pozostanie dla mnie nieosiągalny. Z tego względu wolałbym widzieć w J. Batorze raczej sojusznika, niż zaciętego wroga. Mimo iż mamy - i zapewne będziemy - mieli odrębne poglądy na interesujące nas tematy. Jednak zasada monarchii Austro-Węgierskiej "Viribus unitis" może i tu znaleźć zainteresowanie i przynieść pożytek. Co Pan o tym sądzi Panie Juliuszu?

Sro 03 Gru, 2008 10:55

Powrót do góry
galicjanin
Starszy szeregowiec

Starszy szeregowiec




Posty: 33
Pochwał: 1
Skąd: Rabka Zdrój
Odpowiedz do tematu Odpowiedz z cytatem

Analiza recenzji Jaroslawa Centka

Ponieweaz zapomnialem poprezdniego hasla musialem sie zalogować na nowo. Stąd inny nick.


Nie ma zwyczaju pisania recenzji recenzji. Autor recenzowanej książki ma jednak prawo odnieść sie do zarzutów. Dlatego posyłam swoją analizę.


I jeszcze jedno:
Historyk niezależny nie ma obowiązku przejmować sie recenzjami, ani zdaniem jakichkolwiek znawców, stowarzyszeń , instytucji i korporacji.
Nie ma też obowiązku stosowania sie do ustaleń kogokolwiek w kwestii oceny wydarzeń , postaci i procesów historycznych. Nie odpowiada natomiast przed towarzystwami historycznymi, wydziałami jakichkolwiek uczelni, Centralną Komisja kwalifikacyjną, ani innymi gremiami tego typu. Nie musi sie liczyć nawet z opinią "powszechnie uznanych autorytetów".

Odpowiada jedynie przed własnym sumieniem, a jedynym jego obowiązkiem jest nie tworzenie nowych faktów.

Analiza jest długa, więc będzie w kilku częściach.

Juliusz Bator

Sro 03 Gru, 2008 12:01

Powrót do góry
galicjanin
Starszy szeregowiec

Starszy szeregowiec




Posty: 33
Pochwał: 1
Skąd: Rabka Zdrój
Odpowiedz do tematu Odpowiedz z cytatem

Analiza recenzji J. Centka.
Część 1.

Uwagi Juliusza Batora do recenzji "Wojny Galicysjkiej" pióra Jarosława Centka zamieszczonej w Przeglądzie Historyczno Wojskowym, 2006, nr 1, oraz na forum internetowym Inne Oblicza Historii dnia 13 XI 2008 roku.
Analiza krytyczna.


1. Wstęp:

Każda recenzja jest szczególnym rodzajem twórczości literackiej i naukowej stawiającym jej autora w pozycji wysoce uprzywilejowanej w stosunku do nieszczęśnika, który popełnił jakiekolwiek dzieło zauważalne przez społeczeństwo, ( jeśli dzieło jest niezauważalne – wówczas pisanie recenzji jest nieopłacalne, bo popularność autora nie przełoży się na zaistnienie recenzenta). Najbardziej rzucająca się w oczy jej cecha jest zwyczajowa bezkarność jej autora połączona z łatwością wydania takiego produktu naukowego. Gdyby, bowiem autor recenzji napisał własny artykuł i pragnął go wydać w szanującym się czasopiśmie naukowym, lub wydawnictwie musiałby najpierw uzyskać tzw. recenzje wydawniczą, która go dopuszcza do druku. Natomiast nie ma zwyczaju pisania recenzji recenzji, a więc nie ma obawy, że takie dzieło się nie ukaże. Ponieważ na każdym pracowniku naukowym ciąży obowiązek określonej liczby publikacji na rok łatwiej i bezpieczniej wydać recenzję nie wymagająca żadnej opinii, niż recenzowany artykuł, a jeszcze bardziej niż książę, którą ktoś musi sfinansować.
Jest to też twórczość najbezpieczniejsza, prawie bezkarna. Jest mało prawdopodobne, aby "ofiara", czyli autor recenzowanego dzieła zabrała głos, a jeśli to już zrobi, to zwykle przyjmuje pozycje obronną, tj. nie ocenia recenzji i nie wylicza niedociągnięć krytyka, lecz koncentruje się jedynie na usprawiedliwianiu prawdziwych i rzekomych niedostatków swej pracy. Ponadto autor książki zajmuje zwykle jakaś pozycje na uczelni, albo się o uzyskanie takiej pozycji stara, wiec woli nic nie odpowiadać, aby nie pogorszyć swojej sytuacji i tak już pogorszonej przez sam fakt pojawienia się nieżyczliwej recenzji. Recenzent jest, więc zawsze w pozycji bezpiecznej, komfortowej i uprzywilejowanej w stosunku do swej "ofiary- żywiciela". Do tego zawsze można błysnąć własna wiedzą, np. przyczepić się do jakiegoś drobnego błędu (często wręcz literowego) i przy okazji wykazać się własna erudycją poparta autorytetami (liczne ekskursy i przypisy). To, że nie zawsze maja one związek z recenzowana pracą, a nawet często dotyczą spraw, których w takiej pracy w rzeczywistości nie ma, (jeśli nawet autor książki czegoś nie pisał, to i tkaj można mu zarzucić, ze miał taka intencję) nic dla recenzenta nie znaczy, bo znaczna część czytelników nie zna i nie czytało książki natomiast wyrobi sobie o niej zdanie na podstawie takiej recenzji.
Recenzja mojej książki dokonana przez Jarosława Centka korzysta oczywiście ze wszystkich wspomnianych wyżej okoliczności i wykorzystuje je bardzo zręcznie umiejętnie. Pewien swej bezkarności, (bo przecież nikt nie wydrukuje recenzji recenzji), wsparcia moralnego swoich kolegów i zwierzchników tępi prawdziwe i wydumane błędy autora, poucza go przybierając ton sędziowski i mentorski, oraz niejednokrotnie nazywa kłamstwem i manipulacja to, co jest niezgodne z jego własnym przekonaniem, chociaż najczęściej chodzi o oceny i poglądy, a nie o fakty. Żeruje na nieuniknionych w każdej pozycji literówkach i pewnych uproszczeniach wytykając je skwapliwe jako wielkie błędy poddające w wątpliwość wartość całego dzieła, choć sam w swej recenzji liczącej zaledwie kilkanaście stron nie był w stanie ustrzec się przed 12 potknięciami tego rodzaju! Oburza się na "wybiórczość" bibliografii i materiału wyjściowego do pisania książki, chociaż dobrze wie, że każda bibliografia w pozycji tego typu musi być jakimś wyborem, a nawet on, który krytykuje autora za nieznajomość źródeł nie poosiada pełnej wiedzy na ten temat, bo wypowiada się na temat działań wojennych w Galicji bez znajomości materiałów i opracowań w języku węgierskim, co poważnie ogranicza jego rozumienie problemu i obniża wybitnie walor jego własnej naukowości, (jeśli bowiem każdy znawca tematu musi znać wszystkie źródła i materiały to dotyczy to nie tylko twórcy książki, ale i autora recenzji). Nieomal maniakalnie tępi u autora Wojny Galicyjskiej brak obiektywizmu, choć po pierwsze sam przyznaje w recenzji, że obiektywizm historyczny nie istnieje, sam wykazuje oczywista stronniczość na korzyść wilhelmińskich Niemiec i ich wojskowości, a po trzecie krytykuje coś, czego nie odkrywa, ponieważ autor książki otwarcie o tym mówi we wstępie i nie robi z tego żadnej tajemnicy. Jak zwykle bywa w takich przypadkach zamienia się nieomal w Pana Boga i nadaje swym subiektywnym wypowiedziom wymiar uniwersalny? Pisze np., że jakieś zdanie autora książki jest nie do przyjęcia (dla kogo - pytam?), Zamiast napisać skromnie i zgodnie z rzeczywistością; nie zgadzam się z autorem książki w tym, i w tym. Powołuje się na ustalenia historyków i ich autorytet naukowy zapominając o tym, że wszelkie oceny wydarzeń i opinie maja walor subiektywny bez względu na to, kto i kiedy je wygłaszał. I tu nie uprawnione jest zarzucanie komukolwiek, że się myli, albo, że głosi nieprawdę, można, co najwyżej napisać, że autor nie podziela takiej i takiej opinii, lub nie zgadza się z ogólnie przyjętymi poglądami.
Nieszczęście recenzenta polega jednak na tym, że pomylił się, co do kategorii opisywanej książki i że nie wziął pod uwagę niezależności jej autora. "Wojna Galicyjska" jest, bowiem esejem popularno-naukowym, a nie rozprawa naukową i w związku z tym podlega zupełnie innym kryteriom oceny i musi spełnić zupełnie inne wymagania. Np. bibliografia w pracy naukowej musi obejmować wszelkie pozycje uznane przez naukowe gremium za podstawowe, a każda z wymienionych prac powinna być cytowana w teście, lub odnotowana w przypisach ( w takiej pracy chodzi o to, aby oceniający wiedział, co autor wykorzystał), każda informacja powinna być oprzypisowana, a jeśli gdzieś występuje sporna ocena jakiegoś faktu; autor musi to zaznaczyć i ustosunkować się do sporu (w pracy przeglądowej ma jedynie obowiązek przedstawić spór, w pracy problemowej określić również swoje stanowisko). Tymczasem w pracy popularno-naukowej bibliografia ma jedynie zainteresować odbiorcę problemem i pomóc mu w poszukiwaniu pozycji, które mogą wzbogacić jego wiedzę. Przypisy mają zaś odesłać czytelnika do źródła informacji, a autor nie ma obowiązku ich oceniania, ani wartościowania. Ilość przypisów zależna jest wyłącznie od dobrej woli twórcy nie ma on obowiązku dokumentowania wszystkiego. Wiele prac popularno-naukowych rezygnuje zupełnie z przypisów! Obowiązkiem autora jest przybliżyć czytelnikowi klimat historyczny epoki i zainteresować go tematem. Dopuszczalne są, więc pewne uproszczenia, które zacierają różnicę miedzy stanem faktycznym, a formalnym (np., jeśli ktoś czymś w rzeczywistości dowodził, to można go w takiej pracy nazwać wodzem, lub dowódcą, choćby nawet formalny awans dostał później (przypadek Hindenburga), lub formalnie miał nad sobą zwierzchnika, który był w rzeczywistości figurantem (przypadek Conrada). Autor takiej książki nie może też trzymać się sztywnych zasad terminologii fachowej, bo czytelnik za tym nie nadąży i go to zniechęci i wyda mu się to monotonne. W opisie batalii dynamika i plastyczność opisu musi być postawiona przed jego ścisłością i szczegółowością. Jednak w kwestii kwalifikacji dzieła i błędności przyjętych przez Pana Centka zasad poprawności autor nie obwinia go o celową złośliwość, lecz po prostu problem leży w tym, że recenzenta uczono na studiach jak pisać prace zaliczeniowe i dysertacje na tytuł naukowy, ale nie uczono jak pisać książki dla zwykłych zjadaczy chleba. Wystarczy wiec, że recenzent "Wojny Galicyjskiej" zapamięta wymienione wyżej cechy i kryteria na przyszłość, gdyby mu przyszła ochota recenzować jakaś inną pracę popularno-naukową.
Znacznie ważniejsza jest druga sprawa. Autor "Wojny Galicyjskiej"; jest historykiem niezależnym. Jego egzystencja nie zależy od ocen żądnego grona pracowników nauki, nie musi dbać o poprawność polityczna, ani o sympatie, czy antypatie swoich promotorów i zwierzchników, brać udziału w konferencjach naukowych i prowadzić jałowych polemik w "ogólnie przyjętym stylu" z kimkolwiek. Nie musi też dbać o poglądy i ustalenia uczonych gremiów w zakresie ocen i sądów, ani uznawać wielkich autorytetów, jeśli pobłądziły, lub po prostu maja inne poglądy polityczne i sympatie niż on sam. Wszystko to jest cenną wartością w odczuciu autora "Wojny Galicyjskiej" osiągniętą przez ciężka pracę i szereg wyrzeczeń. Wszystko ma swoją cenę. Pozycja historyka niezależnego również. Wymaga często dobrowolnej rezygnacji z tzw.drogi kariery naukowej. Nagrodą jest to, że nie musi się spełniać niczyich oczekiwań, ani stosować do formalnych zasad ustalonych przez korporację, jaką jest zawodowe środowisko naukowe, lecz odpowiadać jedynie przed własnym sumieniem. Dla historyka niezależnego moralnym priorytetem są takie wartości jak dbałość o dobre imię uczestników zdarzeń pokrzywdzonych przez los i niesprawiedliwe oceny autorytetów ulegających poprawnościom politycznym oraz wierność własnym przekonaniom, a nie zadowalanie kryteriów oceniania, oraz zgodność z opiniami utytułowanych kół.
Aby nie przeciągać dalej uwag wstępnych w nieskończoność – przejdę w tym miejscy do spraw technicznych. W celu uniknięcia podejrzeń o manipulację moja analiza zbudowana jest w ten sposób, iż przytacza zdanie po zdaniu CAŁĄ RECENZJĘ Jarosława Centka w wersji oryginalnej wraz z popełnionymi w niej literówkami i błędami zaznaczonymi [sic! Numer potknięcia]. Na marginesie większości zdań pozwoliłem sobie na autoryzowane komentarze (Uwagi Juliusza Batora). W tekście elektronicznym ukażą się one zapewne pod zdaniami recenzji.
_______________________________________________________________


2. Analiza recenzji:

Tekst recenzji Jarosława Centka :

Moja recenzja "Wojny galicyjskiej" [PHW 2006, nr 1
W związku z odżywającą dyskusją na temat pracy J. Batora "Wojna galicyjska", pozwolę sobie przytoczyć jej recenzję, którą zamieściłem w "Przeglądzie Historyczno-Wojskowym" 2006, nr 1. Niestety jest to wersja bez przypisów [zostały tylko numerki w tekście]

==========================================

Juliusz Bator, Wojna galicyjska. Działania armii austro-węgierskiej na froncie północnym (galicyjskim) w latach 1914-1915, Kraków 2005, ss. 319.

W drugiej połowie 2005 r. ukazała się praca Juliusza Batora Wojna Galicyjska. Działania armii austro-węgierskiej na froncie północnym(galicyjskim) w latach 1914-1915. W powstaniu książki miał także swój udział Andrzej Zaręba, który wykonał podpisy pod publikowanymi w książce zdjęciami, a także zamieszczon [sic!1] w niej biogramy dowódców austro-węgierskich.


Książka rozpoczyna się dość długim (s. 9-20) swego rodzaju memoriałem J. Batora, zatytułowanym Od autora, w którym przedstawia swoje motywy napisania tej pracy, a także swoje główne tezy, sprowadzające się do chęci podkreślenia roli armii austro-węgierskiej na froncie wschodnim w omawianym przez niego okresie.

Kolejną częścią jest Wprowadzenie (s. 22-28), w którym J. Bator przedstawia sytuację w chwili zamachu w Sarajewie, słusznie wskazując na udział Serbii i Rosji w wybuchu I wojny światowej.

Następnie, w rozdziale pierwszym, zatytułowanym Pierwsze starcie. Ofensywa wyprzedzająca i utrata Lwowa (s. 29-73) autor przedstawia przebieg działań sił austro-węgierskich między Wisłą a Bugiem, gdzie doszło do zwycięskich dla nich bitew pod Kraśnikiem i Komarowem, a w dalszej części tego rozdziału czytelnik dowiaduje się o dziejących się prawie równocześnie walkach w Galicji Wschodniej, zakończonych utratą Lwowa.

Rozdział drugi, Odwrót wrześniowy i kontrofensywa Wisła-San (s. 74-97) omawia odwrót wojsk austro-węgierskich na linię rzek Nidy, Białej i Dunajca, skąd rozpoczęła się następnie ich kontrofensywa, która doprowadziła do odblokowania twierdzy Przemyśl. Po osiągnięciu tego sukcesu dalsze postępy wojsk rosyjskich zostały zatrzymane przez Rosjan.

Trzecia część książki, Odwrót listopadowy i powstrzymanie walca parowego: Kraków, Łapanów-Limanowa zawiera opis kolejnego już odwrotu armii austro-węgierskiej i zwycięskich dla nich krwawych walk w rejonie Krakowa, a także kontrofensywy w rejonie Łapanowa i Limanowej na początku grudnia 1914 r.

Kolejny rozdział, zatytułowany Zimowe bitwy karpackie (s. 140-182), został przez autora poświęcony na omówienie walk zimą z 1914 na 1915 r. Działania te charakteryzowały się szczególną determinacją obydwu stron z których jedna chciała przedostać się na Węgry, a druga odblokować Przemyśl. Prowadzone były przy tym w straszliwych warunkach.

Przedostatni rozdział swej pracy J. Bator zatytułował Obrona Przemyśla (s. 183-215), w którym przedstawił losy twierdzy od początku wojny, aż do kapitulacji w drugim oblężeniu w marcu 1915 r.

Ostatni rozdział, Odwojowanie Galicji (s. 216-276), przedstawia przygotowania do operacji gorlickiej, przełamanie frontu rosyjskiego 2 maja 1915 r., a także opis walk w Galicji aż do wyzwolenia Lwowa w drugiej połowie czerwca 1915 r.
Kolejną częścią książki są Biogramy (s. 278-286), gdzie A. Zaręba przedstawił pokrótce sylwetki Victora Dankla, hrabiego Kraśnika, Svetozara Boroevića von Bojny, Franza barona Conrada von Hötzendorfa, Karla barona von Pflanzer-Baltina, Moritza barona von Auffenberga, hrabiego Komarowa i Eduarda von Böhm-Ermollego.

Dodatkowo w pracy umieszczono jeszcze Posłowie, Bibliografię, aneks poświęcony organizacji armii austro-węgierskiej w omawianym przez J. Batora okresie, a także streszczenia w językach angielskim i węgierskim.

Autor twierdzi, że obiektywizm badawczy jest bowiem bądź wynikiem nieświadomości piszących, bądź przejawem wykłej[sic!2] hipokryzji (s. 13). Każdy badacz zdaje sobie sprawę, że pełen obiektywizm jest nieosiągalnym celem, jednak mimo wszystko należy choć próbować się do tego
celu zbliżyć , próbę taką podejmie też i piszący niniejszą recenzję. W każdym razie o ile subiektywizm w ocenie faktów można autorowi wybaczyć, to jednak subiektywizm prowadzący do manipulacji tymi faktami, już nie. Niestety J. Bator przedstawił opisywane przez siebie wydarzenia w sposób bardzo stronniczy, przemilczając pewne fakty, drugie zaś przywołując w taki sposób, że czytelnik otrzymuje zafałszowany obraz rzeczywistości. Działaniom tym przyświecał w sumie szczytny cel przywrócenie czci żołnierzy austro-węgierskich, walczących w Galicji. Sposób jednak realizacji tego zamierzenia jest jednak nie do przyjęcia.

Uwagi Juliusza Batora:

Autor recenzji wyraźnie nie radzi sobie z przedstawieniem zarzutu, gdyż:
1) Sam przyznaje, że osiągniecie pełnego obiektywizmu badawczego jest niemożliwe, a więc oczywiste jest, że krytykowany autor „Wojny Galicyjskiej” ma rację.
2) Przestarzała oświeceniowa teza o konieczności „zbliżania się do nieosiągalnego” jest rodzajem naukowego masochizmu i z logicznego punktu widzenia absurdalna:, Jeśli wiadomo, że czegoś osiągnąć się nie da, to podejmowanie takich prób jest bezsensownym marnowaniem sił twórczych.
3) Historyk usiłujący odtworzyć jakieś wydarzenie – nigdy nie odtworzy rzeczywistości, lecz zawsze tworzy pewną wizję jego przebiegu. W jej tworzeniu wykorzystuje źródła, które na ogół obarczone są od razu piętnem stronniczości, ( bo przecież ktoś mający określone poglądy tworzy te źródła i czemuś mają służyć. I na ogół jest tak jest tak, że nieobiektywny historyk tworzy nieobiektywna ocenę w oparciu o nieobiektywne źródła.
4) Każda praca historyczna zawierająca oceny jakiegokolwiek procesu, lub wydarzenia jest wiec nieobiektywna i stronnicza. Jedyną różnicą między autorem „Wojny Galicyjskiej”, a większością historyków jest to, że ma odwagę, aby się do tego przyznać.
5) „Sposób jednak realizacji tego zamierzenia jest jednak nie do przyjęcia” – autor recenzji w sposób nieuzasadniony nadaje swej wypowiedzi walor uniwersalny i obiektywny. Z tego, ze jest on „nie do przyjęcia” dla Pana Centka – nie wynika, że jest on nie do przyjęcia dla innych. Dla wielu osób jest on widać do przyjęcia skoro z góry uprzedzeni przez autora o jego stronniczości (sympatii dla Austro-Węgier) kupują i czytają książkę.


Tekst recenzji Jarosława Centka (c.d.):

Dla J. Batora piszący te słowa jest oczywiście zaledwie dyletanckim historykiem wojskowości (s. 72), opierającym się jedynie na materiałach, od których uderza stronniczość (...), a nawet oczywiste wypaczenia będące skutkiem bezkrytycznego zawierzenia nie tylko źródłom rosyjskim, które starały się ukazać Austro-Węgry jako poroniony twór uciskający narody słowiańskie, lecz także i niemieckim, które, które były zainteresowane w wyolbrzymieniu swej roli w owych wydarzeniach lansowały tezę o rozstrzygającej roli swych posiłków (s. 182), to jednak podejmie trud polemiki z autorem.

Uwaga Juliusza Batora:

Autor „Wojny Galicyjskiej” nigdzie w swojej pracy, ani w żadnej wypowiedzi nie wymienił autora recenzji w opisywanym przez niego kontekście. Jeśli Pan Centek uważa, że jest: „ dyletanckim historykiem wojskowości (s. 72), opierającym się jedynie na materiałach, od których uderza stronniczość (...), A nawet oczywiste wypaczenia będące skutkiem bezkrytycznego zawierzenia nie tylko źródłom rosyjskim, które starały się ukazać, Austro-Węgry jako poroniony twór uciskający narody słowiańskie, lecz także i niemieckim, które, które były zainteresowane w wyolbrzymieniu swej roli w owych wydarzeniach”, to jest to jego własny wybór, a nie wina Juliusza Batora.


Tekst recenzji Jarosława Centka (c.d.):

Na początek kilka słów o bazie źródłowo-opracowaniowej J. Batora. W wykazie Wybrana literatura zastanawia punkt 1a, pod którym mają się znajdować archiwa wojenne, dzienniki uczestników i świadków walk i ich wspomnienia oraz prace wydane w czasie trwania I wojny światowej.
Czytelnik jednak nie znajdzie żadnych archiwów wojennych w Kriegsarchiv we Wiedniu J. Bator nie był, co sam zresztą przyznaje (s. 15). Mógł jednak pokusić się o wykorzystanie niepublikowanych opracowań dotyczących armii austro-węgierskiej, przechowywanych w Centralnym Archiwum Wojskowym. Zapewne pod tajemniczym terminem archiwa wojenne J. Bator umieścił doskonałą austriacką wielotomową syntezę I wojny światowej Österreich-Ungarns Letzter Krieg, wydaną w Wiedniu w latach 30-tych. Jest to jednak opracowanie, a nie źródło!


Uwagi Juliusza Batora:

1) „Wojna galicyjska” jest esejem - popularno naukowym, a nie rozprawą naukową. Choćby z tego względu wykorzystuje przede wszystkim opracowania poważnych badaczy, którzy doskonale znają źródła. Historyk popularyzator może nawet w ogóle pominąć jakiekolwiek przypisy, a literatura zamieszczona na końcu takiej książki jest zawsze selektywnym wyborem pozycji, do których ewentualnie odsyła się czytelnika, a nie materiałem wykorzystanym przez autora przy pisaniu książki. Nie każda pozycja musi wymieniona w bibliografii musi wiec znaleźć się w przypisach (zakładając, że przypisy w ogóle w eseju popularno-naukowym istnieją). Zarzuty recenzenta byłyby słuszne, gdyby „Wojna galicyjska” była rozprawą naukową. Tak jednak nie jest, a „Wojna galicyjska” jako esej popularno naukowy z naddatkiem spełnia wszelkie wymogi stawiane takiemu rodzajowi twórczości.
2) OULK jest praca bezpośrednio wykorzystującą źródła archiwalne, o które chodzi autorowi recenzji. W eseju popularno-naukowym autor nie ma obowiązku bezpośredniego korzystania z archiwów. Wystarczy wykorzystanie pośrednie. A takim jest powołanie się na OULK.



Tekst recenzji Jarosława Centka (c.d.):

Drugą część źródeł punkt 1b, stanowi austro-węgierska prasa, wydawana w czasie trwania walk. Mimo oczywistego wypaczenia propagandowego tych gazet, drukujących liczne felietony i materiały ku pokrzepieniu serc, stanowią one niejednokrotnie dla J. Batora najpewniejsze źródło informacji o opisywanych przez niego walkach.

Uwagi Juliusza Batora:
1) „Oczywiste wypaczenie propagandowe tych gazet, drukujących liczne felietony i materiały ku pokrzepieniu serc” nie czyni ich wcale mniej wartościowymi od (tak miłych autorowi recenzji) powojennych pamiętników uczestników wydarzeń, którzy starają się zawsze przedstawić siebie w jak najlepszym świetle i zrzucić winy za własne niepowodzenia na innych, ani od wyników badań i ustaleń wybitnych historyków, którzy bardzo często działają pod dyktando aktualnych potrzeb politycznych. Żadne źródło napisane ludzka ręka, a zawierające jakiekolwiek sady nie jest obiektywne i każde tak czy owak deformuje rzeczywistość.
2) Źródła, o których mowa posłużyły autorowi „Wojny Galicyjskiej” raczej dla przybliżenia klimatu psychicznego uczestników wydarzeń – niż dla przedstawienia ich przebiegu, do czego na ogół wykorzystuje opracowania naukowe.

Tekst recenzji Jarosława Centka (c.d.):

Pośród źródeł drukowanych brak wspomnień przedstawiciela niemieckiego OHL (Oberste Heeresleitung; Naczelne Kierownictwo Wojsk) przy austro-węgierskim AOK (Armeeoberkommando; Naczelna Komenda Armii), generała von Freytag-Loringhovena2, czy szefa sztabu 8 Armii, a następnie Ober-Ost, generała Ericha Ludendorffa3, wydanych przez Wolfganga Förstera materiałów marszałka Augusta von Mackensena4, czy Polaka, który brał udział w bitwie pod Lwowem, Stanisława Kawczaka5. Razi także wielokrotne powoływanie się za pośrednictwem innych autorów na ówczesnego niemieckiego szefa Sztabu Generalnego Ericha von Falkenhayna, bez wykorzystania jego wspomnień6.

Uwaga Juliusza Batora:
1) Autor recenzji chyba nie doczytał, że tematem pracy są działania armii austro-węgierskiej na froncie galicyjskim, a nie I wojna światowa na froncie galicyjskim. Zrozumiałe jest więc, że poświęca on więcej uwagi przedmiotowi swej pracy niż armiom wrogim, czy sojuszniczym. Żadna praca nie uwzględnia wszystkich źródeł i opracowań dotyczących tematu. To czy coś jest fundamentalne, czy mniej ważne – zależy od subiektywnej oceny i punktu spojrzenia. Większość dotychczasowym polskich prac na interesujący temat pomijało np. ogromną literaturę źródłową i problemową w języku węgierskim. Idąc wiec tokiem rozumowania Pana Centka – są one ułomne i nienaukowe, bo nie uwzględniają podstawowych źródeł!
2) Powoływanie się na innych autorów znających doskonale wspomnienia Ericha v. Falkenhayna jest zupełnie wystarczające w eseju popularno-naukowym, a zwłaszcza w takim, w którym nie jest on głównym tematem opracowania.
3) Dobór wykorzystanych źródeł jest prawem i przywilejem autora pracy popularno-naukowej. Recenzent może napisać, że gdyby pisał podobną prace to uwzględniłby inne źródła, a pominął wykorzystane przez autora, ale nie może zarzucać autorowi książki, ze wykorzystał takie, a nie inne.

Tekst recenzji Jarosława Centka (c.d.):

W wykazie znajdują się [sic!3] także cenne prace, cytowane w przypisach albo sporadycznie , albo wcale, mimo iż bezpośrednio dotyczą omawianej problematyki. Uwaga Juliusza Batora ta dotyczy przede wszystkim wspomnień generała Auffenberga7, czy marszałka Hindenburga8, czy pracy generała Hermanna von François.

J. Bator także w zasadzie całkowicie odrzucił wyniki badań historyków niemieckich, częściowo lub w całości dotyczących działaniom w Galicji. Pominięta została niemiecka wielotomowa synteza I wojny światowej, która dość szeroko omawia działania niemieckiej 47 Rezerwowej Dywizji Piechoty w operacji limanowsko-łapanowskiej10, czy ofensywę Niemiec i Austro-Węgier w Galicji w 1915 r. Dziwi także brak opracowań poświęconych bitwie pod Gorlicami, z których można tu przytoczyć prace Leonharda hrabiego von Rothkirch barona von Trach12, czy Oskara Tile von Kalma13. Biografie Ericha von Falkenhayna mogły autorowi wyjaśnić motywy postępowania niemieckiego szefa Sztabu Generalnego14. Mimo wielokrotnego przywoływania w tekście losów II Brygady Legionów J. Bator nie wykorzystał monografii tej jednostki autorstwa S. Czerepa15. Zresztą listę opracowań niemieckich, polskich i rosyjskich, pominiętych przez J. Batora można by jeszcze znacznie wydłużyć.

Uwagi Juliusza Batora:

1) Zdanie: „J. Bator także w zasadzie całkowicie odrzucił wyniki badań historyków niemieckich” jest pewnym nadużyciem ze strony autora recenzji. Autor ich nie odrzucił – tylko po prostu nie uwzględnił w stopniu satysfakcjonującym recenzenta. A nie uwzględnił, bo nie uznał ich za istotniejsze od innych źródeł i opracowań, które uwzględnił. Takie jest prawo autora. Np. Prof. Klimecki w swoich „Gorlicach” również nie uwzględnił wszystkich materiałów i opracowań, lecz tylko te, które uznał za istotne. Nie ma innych wymogów dla prof. Klimeckiego, a innych dla Batora. Wybór jest sprawa subiektywną: „Jeden lubi arbuz, drugi lubi dynie...”
2) Motywy postępowania Ericha v. Falkenhayna są znane autorowi Wojny Galicyjskiej i nie potrzeba do tego jego biografii – wystarczą jego własne oceny i poglądy cytowane w głównych opracowaniach. Autor Wojny Galicyjskiej rozumie jego intencje, ale nie podziela jego racji. Większość działań podejmowanych przez Falkenhayna była fatalna w skutkach i w wielkim stopniu zaważyły one na końcowej klęsce Państw Centralnych.


Tekst recenzji Jarosława Centka (c.d.):

Tytuł pracy J. Batora, Wojna galicyjska, może sugerować czytelnikowi, że był to jakiś zupełnie odrębny konflikt, co przecież mija się z prawdą. Poza tym wojny nie składają się raczej z wojen, tylko z poszczególnych kampanii. I to właśnie kilka kampanii zebrał i omówił w swojej książce autor.

Uwagi Juliusza Batora:

Sprawa ta została wyjaśniona w przedmowie do II wydania, wiec zacytuję:

„Zarzucono mi także zastosowanie terminu „Wojna Galicyjska”, gdyż opisywane tu operacje są przecież częścią I Wojny Światowej i, że z punktu widzenia historii wojskowości można by raczej te zmagania określić jako, „kampanię”, „operację”, lub „bitwę”. Rzecz jednak w tym, że opisywane przez mnie wydarzenia są czymś znacznie szerszym od kampanii i operacji, nie mówiąc już o, bitwie, którą oznacza na ogół krótkotrwale starcie na ograniczonym i dość szczupłym terytorium! Operacja zaś to z góry zaplanowane działanie militarne podjęte w określonym celu, które odnosi skutek, lub go nie osiąga i wtedy jest nieudana. Dlatego też klasycznymi operacjami były: np. austro-węgierska ofensywa wyprzedzająca z sierpnia 1914 roku, rosyjska akcja we wschodniej Galicji 1914 w sierpniu i wrześniu 1914 roku, austro-węgiersko – niemiecka ofensywa Wisła – San w październiku 1914 roku, czy rosyjski „Walec parowy” w listopadzie 1914 roku...Kampania zaś to działania zbrojne ograniczone czasowo do jednej, lub najwyżej dwóch pór roku (letnia, jesienna, zimowa, wiosenna). Opisywane przez mnie zmagania składają się niewątpliwie z kilku klasycznych kampanii, wielu operacji i co najmniej kilkunastu bitew. Są, więc czymś niewątpliwie szerszym niż wszystkie te pojęcia. Po dłuższym namyśle uznałem, że najtrafniej mieści się ona w terminie „wojna”, która oznacza starcie zbrojne pomiędzy państwami, którego celem jest zniszczenie jednego z przeciwników, lub pozyskanie, albo obronienie określonego terytorium. Logiczną przeszkodą jest oczywiście to, że działania 1914 i 1915 roku w Galicji są częścią większej całości tj. I Wojny Światowej. Jednakże Wojna Światowa jest super wojną, w której bierze udział wielka ilość uczestników, a toczy się o uzyskanie efektów politycznych w skali globalnej. Zwykła wojna, albo wojna lokalna ma się tak do wojny światowej, jak morze do oceanu. Ocean składa się z mórz, a każde z nich ma swoja specyfikę, choć wszystkie są jego częścią i stale trwa miedzy nimi wymiana wód. Dlatego, nie bez wahania zdecydowałem się na termin „wojna”. Znacznie łatwiej obronić drugą część składową tytułu, czyli: „galicyjska”. Po pierwsze dla tego, że Galicja była głównym teatrem wojennym opisywanych zmagań, a po drugie i ważniejsze toczyły się one przede wszystkim o panowanie nad nią. Nawet, jeśli uznamy, ze Rosjanie mieli szersze polany polityczne i militarne (np. Bałkany), to jednak przyłączenie Galicji było dla nich podstawowym i głównym celem wojny i w żadnym wypadku nie wyobrażali sobie zawarcia pokoju bez przyznania im tej zdobyczy”.


Tekst recenzji Jarosława Centka (c.d.):

Zastanawiająca jest przyczyna krucjaty, jaką podjął J. Bator przeciwko wszystkim innym autorom w zakresie pisowni nazwisk generałów rosyjskich. Niezrozumiałe jest dlaczego największą trudność sprawiło nazwisko słynnego generała Brussiłowa, którego prawidłowa transliteracja tak właśnie powinna wyglądać (s. 11; por. s. 36, przyp 10). Po pierwsze J. Bator nie dokonał transliteracji16 tego nazwiska tylko transkrypcji17 – i to zresztą
błędnej. Prawidłowa transkrypcja rosyjskiego nazwiska to właśnie Brusiłow, podczas gdy transliteracja wygląda następująco: Brusilov. Drugim generałem, pokrzywdzonym przez J. Batora był generał Ruzskij, którego autor nazywa Ruzski (s. 11).

Uwagi Juliusza Batora:

1) Recenzent cierpi chyba na jakąś manię śledczą, lub wierzy w teorie spiskową. Nie tylko przypisuje mi „krucjatę”, której nie ma, ale nawet „zastanawia się nad jej przyczynami”. Problem, który go tak pasjonuje jest dla mnie drugorzędny i ma jedynie znaczenie techniczne. Dlatego w II wydaniu zrezygnowałem z formy Brussiłow na rzecz powszechnie przyjętej.
2) Trudność jednak istnieje, ponieważ prawidła wspomnianej przez recenzenta transliteracji z języka rosyjskiego nie obowiązywały w czasie I Wojny Światowej, ale są świeżej daty. W opracowaniach niemieckich i austriackich z czasów I WŚ wspomniana postać występuje zawsze jako Brussilow, zaś we francuskich jako Broussilov. W przedwojennej literaturze polskiej przyjęto formę Brusiłow i taka pozostała do dziś. Ponieważ w tekście przytaczam czasem oryginalne źródła z czasów I WŚ w I wydaniu zdecydowałem się na formę, która w nich występuje.
3) Znacznie bardziej absurdalny jest zarzut recenzenta, co do nazwiska drugiego generała, którego miałem rzekomo pokrzywdzić. Jeśli popełniłem błąd stosując formę „Ruski” zamiast „Ruzskij”, to logicznie rzecz biorąc wszyscy autorzy polscy i wydawcy zrobili i robią nadal podobne niewybaczalne „błędy” stosując zapis rosyjskich nazwisk takich jak: Szujski, Dostojewski, Malinowski, Wołkoński, bo przecież wg Pana Centka należy pisać: Szujskij, Dostojewskij, Malinowskij, Wołkońskij!


Tekst recenzji Jarosława Centka (c.d.):

Mimo iż J. Bator zarzeka się, że ze względu na przejrzystość i czytelność tekstu zrezygnowano ze skrótów stosowanych przez historyków wojskowości na oznaczenie jednostek wojskowych (s. 20), to jednak notorycznie pojawiają się skróty typu dyw., czy bryg. piech. posp. ruszenia (s. 34). Zresztą chaotyczna jest także pisownia nazw jednostek np. na s. 80 w zasadzie linijka pod linijką występują 3. pułk piechoty Legionów i 2. pułk piechoty legionów. Zdaniem piszącego te słowa nazwy pułków są nazwami własnymi i z tego względu powinny być pisane wielką literą, ale w każdym razie z pewnością konsekwentnie. Dziwne są także i nazwy np. Korpus Beskid (s. 175), podczas gdy bardziej zasadne byłoby tłumaczenie Korpus Beskidzki, lub ewenualnie [sic!4] Korpus Beskidów (oryginalna nazwa Beskidenkorps). J. Bator także spowodował bałagan, chcąc podkreślić mieszany austro-węgiersko niemiecki skład 11 Armii i Südarmee (Armia Południowa) je armiami mieszanymi (zob. np. s. 237). Tymczasem obydwa związki były niemieckie21.

Uwaga Juliusza Batora:

1) Recenzent nie zdaje sobie wyraźnie sprawy, że czym innym jest sporadyczne stosowanie skrótu, którego znaczenie jest oczywiste i dla wszystkich rozpoznawalne w określonym kontekście (typ. „Dyw.”, „bryg.”, „pułk piech.”), a czym innym fachowe nazewnictwo militarne, w którym skróty tworzone są wg określonej konwencji i wymagają nieustannej uwagi czytelnika (nawet wtedy, gdy są objaśnione na początku książki). Pierwsze SA dopuszczalne i wskazane w pracy popularno-naukowej, a drugie właściwe monografiom naukowym.
2) Teza recenzenta, że 11 Armia i Armia Południowa były niemieckie jest nieuprawniona. Miały one niemieckie dowództwo i formalnie były częścią niemieckich sil się zbrojnych, ale faktycznie były mieszane, bo w ich skład wchodziły też jednostki austro-węgierskie, a nie tylko niemieckie. Niemieckie zafałszowanie historii polega właśnie na tym, że nie wspomina się o tym drobiazgu. Za poczynioną Uwaga stoi charakterystyczny dla recenzenta „gemanocentryzm”.


Tekst recenzji Jarosława Centka (c.d.):

Znaczniej bardziej poprawne byłoby jeżeli już określenie w stylu składająca się z jednostek niemieckich i austro-węgierskich niemiecka 11 Armia.

Uwaga Juliusza Batora:

1) Autora recenzji wcale nie razi, że powszechnie nazywa się te jednostki „niemieckimi”, pomimo, iż odbiega to od prawdy, ale zarzuca mi, że nazywam je mieszanymi, co oddaje istotny stan rzeczy.
2) Określenie: „składająca się z jednostek niemieckich i austro-węgierskich niemiecka 11 Armia”, które proponuje Pan Centek jest niemożliwe do zastosowania w popularnej pracy, gdyż byłoby stylistycznym zgrzytem i utrudniłoby recepcję tekstu..


Tekst recenzji Jarosława Centka (c.d.):

Ogromny bałagan panuje wśród stopni wojskowych raz używane są nazwy oryginalne, bądź skróty od nich pochodzące (np s. 280, gdzie pojawia się FML Feldmarschalleutnant generał porucznik, lub generadywizji [sic!5], jeżeli ktoś woli polski odpowiednik), z polskimi odpowiednikami (np. s. 210, przyp. 53, gdzie występuje gen. dyw.), czy tłumaczeniami gen. mjr (s. co nie przeszkadza, by na tej samej stronie pojawiły się skróty polskich odpowiedników gen. dyw.).

Zupełnym już curiosum jest stopień nadany przez J. Batora Böhm-Ermollemu, którego określa on jako gen. dyw. kawalerii (s. 32), zamiast prawidłowo generał kawalerii, lub ewentualnie odpowiednikiem polskim generał broni (a zatem wyżej niż generał dywizji). Niewielką poprawą tej sytuacji jest umieszczony w książce (s. 309 i n.) wykaz stopni wojskowych w armii austro-węgierskiej.

Uwaga Juliusza Batora:

1) Uwaga w zasadzie słuszna, lecz trudna do zrealizowania. Nazewnictwo stopni wojskowych zawsze stanowi problem, gdyż stanowią zamknięty system dla każdej armii i trudno go oddać tak, aby czytelnik pracy popularnej mógł się w nich rozeznać. Zwykle stosuje się jakiś system „przekładania” ich na stopnie znane z autopsji lub słyszenia czytelnikowi, a czasem podaje się je w formie oryginalnej,. Lub zbliżonej, aby zachować „koloryt” epoki. Należy pamiętać, ze celem każdej pracy popularnej jest przybliżenie ducha epoki, a nie zasypanie czytelnika gradem szczegółowych ( choćby nawet ścisłych) informacji.
2) Zawsze zdarzają się przypadki ingerencji „chochlika”, a możliwości ostatecznej korekty dzieła SA zawsze ( w małym wydawnictwie) ograniczone. Np. w II wydaniu – autor zobaczył indeks po raz pierwszy dopiero w gotowej, wydrukowanej książce! Jaka jest wówczas możliwość poprawy??

Tekst recenzji Jarosława Centka (c.d.):

Niejednokrotnie zdarza się, że J. Bator sam sobie zaprzecza i tak (s. 44) stwierdza, że dziennie w rejony koncentracji przybywało około 40 stuosiowych pociągów wojskowych, liczących w sumie 7000 wagonów, podczas gdy 4000 osi nie może dać więcej niż 2000 wagonów. Następny taki przykład (s. 207): zaczęto też zabijać konie. Stanu zapasów bardzo to nie poprawiło (...), a dalej (s. 208) zapasy żywności powiększano przez planowy ubój słabszych koni (...) poprawiło to nie tylko zaopatrzenie załogi w mięso (...), czy stwierdzenie, że Okręgowych Komend Uzupełnień było 109 (s. 299), a nieco dalej J. Bator informuje, iż najniższy szczebel terytorialnej organizacji wojska tworzyło 114 wojskowych okręgów uzupełnień (s. 302).

Uwagi Juliusza Batora:

1) „ dziennie w rejony koncentracji przybywało około 40 stuosiowych pociągów wojskowych, liczących w sumie 7000 wagonów, podczas gdy 4000 osi nie może dać więcej niż 2000 wagonów”. Uwaga całkowicie słuszna, tyle, że jest to zwykła literówka,. Jakich pełno w każdym tekście? Jak dotąd nie znaleziono sposobu na wyplenienie wszystkich literówek? Taka jest cena pośpiechu i składu komputerowego. Każdy rozumie, że 4000 osi nie może dać więcej niż 2000 wagonów. Każdy umie dzielić przez 2! Nie jest to żadne odkrycie recenzenta.
2) „zaczęto też zabijać konie. Stanu zapasów bardzo to nie poprawiło (...)” Cytat dotyczy str 207 gdzie mowa o sytuacji z końca grudnia 1914 roku i odnosi się do sytuacji, gdy zaczęło brakować żywności. Zaczęto, więc zabijać konie. Stanu zapasów to nie poprawiło, ponieważ mięso zużywano na bieżąco i nie miało to istotnego wpływu na zużycie innych produktów, a stan żywności się nie zwiększył. Natomiast ograniczyło to gotowość bojową artylerii odwodu i mobilność załogi twierdzy.
Zdanie: „zapasy żywności powiększano przez planowy ubój słabszych koni (...) Poprawiło to nie tylko zaopatrzenie załogi w mięso (...)”, Pochodzi natomiast ze str. 208 i odnosi się do sytuacji ze stycznia 1915 roku i planowego uboju słabszych koni, które i tak nie miały szans przeżycia, a więc ich ubój nie miał już znaczenia dla mobilności wojsk. To nie jest, więc dokładnie to samo. W ciągu dwóch zimowych tygodni sytuacja się zmieniła.


Tekst recenzji Jarosława Centka (c.d.):

Stwierdzenie, że o bitwie pod Limanową mało kto słyszał, chociaż jej rola na wschodzie była porównywalna z rolą bitwy nad Marną (s. 11) wydaje się być wielkim nieporozumieniem. Jak można porównywać ogromną bitwę, w której po stronie niemieckiej walczyły trzy armie,mające [sic!5] w swoim składzie 16 korpusów i znaczną ilość jednostek armijnych przeciwko czterem armiom francuskim i brytyjskiemu korpusowi ekspedycyjnemu22, z uderzeniem wzmocnionego jedną dywizją niemiecką austro-węgierskiego XIV Korpusu Armijnego (w sumie 8 dywizji piechoty i 3 dywizje kawalerii) które zakończyło się pobiciem rosyjskiego VIII Korpusu?23 Mimo to zdaniem J. Batora bitwa nad Marną jest niezasłużenie słynniejsza od bitwy pod Limanową (s. 136).

Uwaga Juliusza Batora:

1) Co do skali operacji limanowskiej autor recenzji ma całkiem błędne wyobrażenie. Atak wspomnianej grupy Rotha (wzmocnionego XIV korpusu i dywizji niemieckiej) na skrzydło rosyjskiej 3. Armii Dimitriewa był tylko częścią wielkiej operacji i o niej mowa w mojej książce, Wzięły w niej udział po stronie austro-wqgiertrskiej dwie armie: 4. arc. Józefa Ferdynanda i 3. Svetozara Boroevicia, a po stronie rosyjskiej również dwie armie: 3. Radki Dimitriewa i 8. Brusiłowa. A w rzeczywistości wydarzenia miały jeszcze większa skale, ponieważ należy ją rozpatrywać łącznie z tzw. Bitwą Krakowską, której była kontynuacją. W sumie w operacji krakowsko-limanowskiej walczyły wiec trzy armie austro-wegierskie (1.,4. i 3.) Przeciw trzem armiom rosyjskicm (3.,8. i 9.). Walka toczyła się prawie miesiąc na olbrzymim obszarze od Częstochowy po Przełęcz Dukielską. Wynika wiec stąd jasno, że skala tych działań jest jak najbardziej porównywalna z Bitwą nad Marną.
2) Natomiast znaczenie operacji krakowsko-limanowskiej jest również adekwatne do znaczenia bitwy nad Marną. Bitwa nad Marną zniweczyła niemiecki plan szybkiego zakończenia wojny i ocaliła Francję od załamania. Bitwa Limanowska zniweczyła rosyjski plan szybkiego zakończenia wojny i ocali ula monarchie austro-węgierska od katastrofy. Znaczenie operacji krakowsko-limanowskiej jest nawet większe niż Bitwy nad Marną, ponieważ po ewentualnej klęsce Francji – Wielka Brytania mogłaby teoretycznie nadal prowadzić wojnę (podobnie jak w II wojnie światowej) – natomiast załamanie się Austro-Węgier, a także prawdopodobna utrata Śląska w wyniku niepowodzenia operacji krakowsko-limanowskiej oznaczałoby rychły koniec wojny i nieuchronną katastrofę cesarstwa niemieckiego. Zatem autor Wojny Galicyjskiej wie, co pisze, natomiast autor recenzji okazał się jak widać zupełnie pozbawiony wyobraźni.


Tekst recenzji Jarosława Centka (c.d.):

Trudno jest zgodzić się z twierdzeniem autora, że w Galicji była doskonała infrastruktura kolejowa (s. 32), skoro w rejonie Krakowa linia kolejowa prowadząca na wschód przebiegała zaledwie o 20 km od granicy, a na północny wschód od Przemyśla odległość ta wynosiła 40 km gdyby Rosjanie wykazali się większą inicjatywą, ich kawaleria mogła z powodzeniem zakłócić przerzut wojsk w Galicji24. Tak samo i w przypadku operacji gorlickiej ze względu na infrastrukturę kolejową konieczny stał się wyładunek w dość dużej odległości od frontu trzy do czterech dziennych marszów25


Uwaga Juliusza Batora:

1) Autor Wojny Galicyjskiej rozumie, że mieszkańcowi Torunia trudno jest zrozumieć problemy kolejnictwa galicyjskiego i zupełnie nie zdaje sobie sprawy z tego, o czym pisze. Linia, o której pisze jest do dziś podstawową arteria komunikacyjna łączącą Kraków ze Lwowem i Tarnopolem i jak dotąd ani II Rzeczpospolita, ani PRL, ani III Rzeczpospolita nie wymyśliły i nie zrealizowały tu niczego doskonalszego. Przebieg tej linii jest wynikiem ukształtowania terenu i nie wynika z żądnego zaniedbania ze strony władz austro-węgierskich, lecz z uwarunkowań obiektywnych.
2) Nie była to wcale jedyna linia kolejowa. Równolegle do niej zbudowano linię karpacką, która miała zabezpieczać połączenia na wypadek opanowania głównej linii przez Rosjan. Obie główne linie były ze sobą połączone, a linia karpacka była związana z kolejami węgierskimi. W ciężkich warunkach terenowych Galicji taka infrastruktura była poważnym osiągnięciem i trudno doszukać się tu jakiejś nieprzezorność ze strony austro-węgierskich decydentów. Widać nie można było wymyślić lepszego systemu, skoro ten, który wówczas zbudowano funkcjonuje do dziś i jest nadal podstawową forma transportu na tym obszarze. Jeśli Pan Centek jest tak genialny, że uważa, ze można go udoskonalić – niech zaprojektuje lepszą linię!
3) System kolei galicyjskich odegrał olbrzymią role pozytywna zarówno w operacji limanowskiej, jak i w operacji gorlickiej. Szyny kolejowe systemu galicyjskiego dochodziły w kwietniu i na początku maja do samej linii frontu. Jeśli jednostki wyładowywano w dużej odległości od przyszłego pola walki, to wynikało z innych przyczyn (prawdopodobnie z harmonogramu działań i chęci zachowania płynności przepływu wojsk), a nie z niedostatków infrastruktury.


Tekst recenzji Jarosława Centka (c.d.):

Ciekawa jest teza o tym, że rosyjską dywizję kawalerii odparto (...) pod Jarosławcami [sic! - Jarosławicami J.C.] przy bardzo znaczących stratach własnych (s. 47). W rzeczywistości pułki 4 DK zostały rozbite i w nieładzie rozpoczęły odwrót w kierunku zachodnim26. Zapewne odparcie Rosjan wynikało z tego, że nie podjęli pościgu. Także wielokrotnie cytowany przez J. Batora August Krasicki zapisał w swoim dzienniku pod 27 sierpnia 1914 r.: koło Brodów austriacka dywizja kawalerii, 6. pułków, miała ponieść klęskę atakując karabiny maszynowe27.

Uwaga Juliusza Batora:

1) Nieustanne czepianie się literówek ( np. zbrodnicze opuszczenie „i” w nazwie Jarosławic staje się śmieszne, gdyż sam autor recenzji popełnia je również nieraz we własnym tekście. W dobie składu komputerowego trzeba się po prostu z tym zjawiskiem pogodzić (wytępić go nie sposób), a nie traktować go nieustannie jako pretekst zarzutu wobec autora. Proceder taki można uznać jedynie za wyraz wyszukiwania na sile czegokolwiek, aby się tylko przyczepić i w istocie świadczy o impotencji merytorycznej wszystkich recenzentów.
2) Nie wiemy dokładnie jak wyglądał ów odwrót i czy wycofywały się w nieładzie. źródła i opracowania przedstawiają to różnie i interpretacja zależy od autora, który to ocenia. Np. Pan Centek wbrew Dąbrowskiemu i Pajewskiemu (nie mówiąc już o skromnej osobie autora „Wojny Galicyjskiej”) nie uważa starcia pod Gubinem za klęskę Prittvitza, a nagłego odsłonięcia przez Niemców lewego skrzydła 1 armii Dankla pod Dęblinem za przyczynę przerwania bitwy i niepowodzenia austro-węgierskiej operacji w tym miejscu. Nie zadaje sobie tez trudu, aby wytłumaczyć, dlaczego „zwycięzcy” rzekomo Rosjanie nie podjęli pościgu za rozbitym przeciwnikiem. Nie jest to przecież normalna praktyka. Jeśli nie podjęli pościgu widać coś musiało im to uniemożliwić.
3) Krasicki nie był naocznym świadkiem wydarzeń i nie stwierdza niczego kategorycznie. Dlatego pisze: „miała ponieść klęskę”, a nie: „poniosła klęskę”.


Tekst recenzji Jarosława Centka (c.d.):

Nie można się też zgodzić ze stwierdzeniem, iż 8 Armia niemiecka nie potrafiła skutecznie powstrzymać 1 Armii rosyjskiej pod Gubinem [sic! Gąbinem, dzisiaj Gusiew – J.C.] i usiłowała się ratować odwrotem za Wisłą (s. 48).
Otóż bitwa pod Gąbinem zakończyła się wprawdzie rosyjskim zwycięstwem, jednak kolejne dni mogłyby przynieść zmianę tej sytuacji. W każdym razie o odwrocie za Wisłę zadecydowało to, że dowództwo 8 Armii niemieckiej dowiedziało się właśnie w nocy z 20 na 21 sierpnia o tym, że południową granicę Prus Wschodnich przekroczyła rosyjska 2 Armia i to właśnie ta wiadomość spowodowała, że generał von Prittwitz nakazał odwrót za
Wisłę28.

Uwagi Juliusza Batora:

1) W przedwojennej polskiej literaturze występuje forma Gubin, obok Gąbin. Urzędowe polskie nazewnictwo miast i osad we Prusach Wschodnich wówczas nie istniało.
2) Mało chwalebne zachowanie się 8 armii Niemieckiej i jej dowódcy Prittwitza zostało dokładnie opisane przez Dąbrowskiego, który słusznie nie szczędzi im krytycznych uwag:

„Prittwitz, ubezpieczywszy granicę od strony Brodnicy i Działdowa...Uderzył korpusami na Rennenkampfa pod Gąbinem nie bez szans powodzenia. Zarówno lewe skrzydło ( I korpus gen Francois), jak i prawe (1-szy korpus gen. Belowa) odniosły sukces, centrum natomiast (XVII Korpus gen Mackensena) musiało się po nieudanym ataku cofnąć z wielkimi stratami za rzekę Romintę. W tym stanie rzeczy otrzymał Prittwitz wiadomość, że 2-ga narewska armia rozpoczęła ofensywę i że na pewno 21 sierpnia przekroczy granicę. W obawie ataku rosyjskiego na tyły zarządził Prittwitz przerwanie bitwy pod Gąbinem i odwrót całej armii za Wisłę. Dopiero w następnych dniach pod wrażeniem bardzo powolnych postępów nieprzyjaciela zmienił Prittwitz pogląd i zaczął myśleć o stawieniu Rosjanom oporu jeszcze na wschód od Wisły. Decyzja Prittwitza oddawała bez walki nieomal całe Prusy Wschodnie w ręce nieprzyjaciela, który zniszczeniem i bezwzględnością zaznaczył wnet swe postępy na zachód” (J.Dąbrowski, „Wielka Wojna”, s. 167-168)

3) W „Wojnie Galicyjskiej” autor nie wyraża wcale swojego zdania na ten temat, lecz powołuje się właśnie na powyższą opinie Dąbrowskiego. A więc po pierwsze: zarzut skierowany do niewłaściwej osoby, a po drugie – broniąc nieudolnie Prittwitza Pan Centek sam prezentuje ocenę sprzeczną z rzeczywistością i dlatego trudno się z nią zgodzić.


Tekst recenzji Jarosława Centka (c.d.):

Stronnicze i ogólnikowe jest stwierdzenie, że dowodzący na froncie rosyjskim [sic! przecież był szefem AOK, a nie frontu przeciwrosyjskiego - J.C. Franz Conrad von Hötzendorf

Uwagi Juliusza Batora:

1) Autor recenzji nie określa w stosunku, do kogo owo stwierdzenie jest „stronnicze” i na czym polega jego „ogólnikowość”
2) F.Conrad v. Hotzendorf był oficjalnie szefem AOK, a jednocześnie faktycznym głównodowodzącym frontem północnym, (czyli rosyjskim), ponieważ osobiście projektował i w rzeczywistości kierował wszystkimi operacjami na tym odcinku. Jego nominalny zwierzchnik – arcyksiążę Fryderyk Habsburg sprawował dowództwo jedynie nominalnie i nigdy nie blokował jego decyzji. Szefostwo AOK wcale nie pozostawało w sprzeczności z tym w sprzeczności. (OULK, t.1 s.58-61). Zarzut recenzenta nieprecyzyjny i chybiony.


Tekst recenzji Jarosława Centka (c.d.):

wykazał się wielkim talentem strategicznym oraz śmiałością, odwagą i pomysłowością, jakiej próżno było szukać u jego niemieckich odpowiedników (s. 70 i n.). Piszący te słowa nie wątpi w talenty Conrada, nie widzi jednak w nim nieomylnego boga wojny, jak to chyba jest w przypadku J. Batora. Należy także podkreślić, że Falkenhayn, jak i Ludendorff (to on był motorem działań Hindenburga) byli równie zdolni, jak Conrad.

Uwagi Juliusza Batora:

1) Cytowane przez recenzenta zdanie „Franz Conrad von Hötzendorf wykazał się wielkim talentem strategicznym oraz śmiałością, odwagą i pomysłowością, jakiej próżno było szukać u jego niemieckich odpowiedników” jest w rzeczywistości opinią niemieckiego generała Maxa Hoffmanna (dokładny cytat na str. 230 Wojny Galicyjskiej), a nie wymysłem Juliusza Batora. W związku z tym krytyczna Uwaga Pana Centka i jego pretensje powinny być skierowane do tegoż przedstawiciela uwielbianej przez niego armii, a nie autora „Wojny Galicyjskiej.” Krótko mówiąc: Nie ten adres!
2) W żadnym fragmencie „Wojny Galicyjskiej” jej autor nie nazywa Conrada „nieomylnym bogiem wojny” – natomiast nieraz pisze o jego skłonności do przeceniania sił jakimi dysponował. Atakowanie tego, czego w tekście nie ma i co z lektury tekstu bezpośrednio nie wynika nie mieści się w żadnych kryteriach przyzwoitej recenzji, ani moralnych, ani merytorycznych.
3) Co, do Ludendorffa można się w pewnej mierze zgodzić z recenzentem, choć w jesieni 1918 roku wykazał się rażącą bezradnością na froncie zachodnim? Co, do Falkenhayna – tylko zaślepienie i miłość, jaka żywi Pan Centek do armii niemieckiej sprawia tak absurdalne porównanie i tak niedorzeczną opinię. Nie podlega bowiem dyskusji, że jest on w 100 % odpowiedzialny za trzy decyzje, które powiększyły rozmiary „rzezi narodów” i miały wielki wpływ na zmarnowanie szans na zwycięstwo i wielkiej mierze na ostateczną klęskę Państw Centralnych:

a) Odwlekanie ofensywy wschodniej z powodu przygotowywania rzekomego rozstrzygnięcia na froncie zachodnim na początku 1915 rok
b) Zatrzymanie ofensywy bałkańskiej w końcu 1915 roku, co spowodowało przetrwanie i umocnienie się frontu alianckiego w Salonikach i w dalszych skutkach katastrofę Bułgarii w 1918 roku i ostateczne bałkańskie uderzenie na Austro-Węgry.
c) Zaprojektowanie, przeforsowanie i wykonanie wielkiej bitwy na wyniszczenie pod Verdun w 1916 roku, które spowodowało zmarnowanie najlepszych sil niemieckich na zachodzie i przygotowało ostateczna klęskę Niemiec.


Tekst recenzji Jarosława Centka (c.d.):

Równie stronnicza, co nieprawdziwa jest opinia, że Austro-Węgry walczyły z olbrzymią przewagą ze strony przeciwnika, a na froncie zachodnim siły był wyrównane (...) z lekką przewagą na korzyść aliantów (s. 71; s. 71, przyp.
61).

Uwaga Juliusza Batora:

Recenzent pisze ewidentną nieprawdę, bo:

1) Opinia nie jest ani stronnicza ( jako zwykłe stwierdzenie faktu opartego na liczbach nie ma waloru subiektywnego), ani nie jest nieprawdziwa, lecz przeciwnie prawdziwa w każdym miejscu zarówno, co do tego, że: Austro-Węgry walczyły z olbrzymią przewagą ze strony przeciwnika, jak i co do tego, że: na froncie zachodnim siły był wyrównane (...) z lekką przewagą na korzyść aliantów. Jeśli Pan Centek udowodni coś przeciwnego tzn., że to Austro - Węgry miały olbrzymią przewagę nad Rosja, lub, że Niemcy miały niewielką przewagę nad aliantami zachodnimi – będzie to z pewnością wielką sensacją historyczną!
2) „Opinia” nie pochodzi od autora Wojny Galicyjskiej, lecz od Jana Dąbrowskiego, o czym informuje przypis! Nie ten adres! Nie ten adres!


Tekst recenzji Jarosława Centka (c.d.):

Po pierwsze na wschodzie Rosjanie zawsze posiadali więcej żołnierzy niż Niemcy i ci ostatni nie mieli problemów z odpieraniem nieprzyjacielskich ofensyw,

Uwaga Juliusza Batora:

1) Autor Wojny Galicyjskiej nigdzie nie sugeruje, że Niemcy posiadali na froncie wschodnim przewagę nad Rosjanami - tymczasem autor recenzji robi przez ta uwagę wrażenie, że tak jest!
2) „Niemcy...Nie mieli problemów z odpieraniem nieprzyjacielskich ofensyw”, ponieważ Rosjanie uważali front z Niemcami za drugorzędny w stosunku do austriackiego. Najważniejszym celem politycznym w wojnie było dla nich zdobycie Galicji i rozgromienie Austro-Węgier, zaś z Niemcami nie mieli nieprzezwyciężalnego konfliktu interesów i wszelkie ofensywy podejmowane na tym kierunku były w istocie działaniami mającymi na celu uspokojenie opinii publicznej u sojuszników zachodnich! Pan Centek w sposób widoczny nie zdaje sobie sprawy z celów wojennych Rosji, choć podkreślają je w swych opracowaniach wybitni polscy badacze, a w świetle źródeł i rozwoju sytuacji nie ulega to żadnej wątpliwości! Po raz kolejny wbrew źródłom i opiniom znawców Pan Centek tworzy nową historię, a jednocześnie bezpodstawnie zarzuca Juliuszowi Batorowi, że to właśnie on tak czyni w „Wojnie Galicyjskiej”! Właśnie tu jest hiperstronniczość (na korzyść Niemiec) i fałszowanie prawdy historycznej (poprzez świadome zatajenie informacji o celach wojennych Rosji!).


Tekst recenzji Jarosława Centka (c.d.):

po drugie na froncie zachodnim wojna pozycyjna wysoce utrudniała odnoszenie spektakularnych sukcesów. Dodatkowo przewaga materiałowa po stronie Ententy rosła bardzo szybko.

Uwaga Juliusza Batora:

1) Ta część recenzji Pana Centka jest zupełnie bezsensowna w odniesieniu do wyjściowej tezy: Równie stronnicza, co nieprawdziwa jest opinia,bo Juliusz Bator nigdzie za zasugerował, że było inaczej, ani w jednym, ani drugim przypadku.
2) Natomiast jest prawdą, że Juliusz Bator przychyla się do opinii tych historyków, którzy sądzą, że największym błędem, jaki popełnili Niemcy było przyznanie frontowi zachodniemu priorytetu przed wschodnim, czyli zarzucenie planu Moltkego Starszego na rzecz ryzykownego planu Schlieffena, który mógłby się udać, gdyby Anglia nie przystąpiła do wojny. Tymczasem wrogość Wielkiej Brytanii do Niemiec tuż przed I Wojną Światową nie była dla nikogo tajemnicą, zaś zaatakowanie Belgii, której niepodległość gwarantowała Wielka Brytania – nie pozostawiała do zachowania tego mocarstwa żądnej wątpliwości!


Tekst recenzji Jarosława Centka (c.d.):

J. Bator zarzuca Niemcom, że po bitwie pod Tannenbergiem nie ściągnęły większych sił na front wschodni i nie rozpoczęły ofensywy na wschodzie w kierunku Łomży. Po pierwsze Rosjanie zdawali sobie już od dawna sprawę z
zagrożenia na tym kierunku i wybudowali szereg umocnień
na linii Narwi29, które mogły skutecznie zatrzymać ofensywę nieprzyjacielską, jak to miało miejsce w 1915 r.30 W rzeczywistości OHL planowało udzielenie wsparcia, ale w miarę możliwości, gdyż najważniejszym frontem był front zachodni! W depeszy do Hindenburga OHL stwierdzało 13 września 1914 r. jak najszybciej zwolnić dwa korpusy armijne i przygotować do transportu w rejon Krakowa31.

Hindenburg rzeczywiście zaproponował w zamian ofensywę w kierunku Narwi, jednak odpowiedź OHL była odmowna: operacja przez Narew w obecnym położeniu Austriaków uważana jest za już nie rokującą sukcesu. Bezpośrednie wsparcie Austriaków jest politycznie konieczne (...) W rachubę wchodzą operacje ze Śląska32. Najciekawsze jest jednak to, że to AOK samo prosiło o bezpośrednie wsparcie w Galicji, zmuszając tym samym niemieckiegosojusznika [sic !6]do porzucenia planów operacji przeciwko Narwi33

Uwaga Juliusza Batora:

1) Po raz kolejny Pana Centek przypisuje autorowi Wojny Galicyjskiej wyrażenie opinii, jakiej w książce nie ma! Juliusz Bator niczego takiego Niemcom nie zarzuca, a wręcz przeciwnie stwierdza, że operacja taka była w tym momencie niemożliwa:” Odczuły to wkrótce Austro-Wegry ma próżno oczekujące w ciągu walk we wschodniej Galicji potężnego niemieckiego uderzenia na południe od Łomży i Siedlec. Jednak Niemcy po klęsce nad Marną nie byli skłonni do przerzucenia na front wschodni ani jednej dodatkowej dywizji. Bez nich nawet genialny Hindenburg dysponując siłami, jakie w tym momencie posiadał nie był; w stanie zrobić nic innego jak tylko zabezpieczyć Prusy Wschodnie. [ „Wojna Galicyjska”, wyd. I, str. 73].
2) Autor recenzji nieustannie miesza dwie sprawy. Czym innym są, bowiem rzeczywiste krytyczne opinie Juliusza Batora dotyczące priorytetu, jaki sztab niemiecki udzielał frontowi zachodniemu przed wschodnim (inaczej: koncepcji złamania w pierwszej kolejności Francji, a dopiero potem ewentualnego rozprawienia się z Rosją) przed rozpoczęciem działań wojennych, zaś, czym innym opinie na temat możliwości przeprowadzenia operacji ofensywnej z Prus Wschodnich szczupłymi siłami po rozpoczęciu działań wojennych? Jeśli Niemcy rozpoczęli bledną zdaniem autora „Wojny Galicyjskiej” akcje zaczepna przeciw Francji i Belgii dostarczając tym samym Wielkiej Brytanii wygodnego pretekstu do włączenia się w wojnę, to oczywiście nie mieli innego wyjścia jak kontynuować ten absurd. W takiej sytuacji rzeczywiście Hindenburg nie miał żadnej możliwości, aby zacząć akcje zaczepna z Prus Wschodnich przeciw Rosjanom w Królestwie Kongresowym. Nie zmienia to jednak faktu, że Austro-Węgry oczekiwały w tym czasie takiej akcji. Autor Nowy Galicyjskiej nigdzie nie zarzuca Niemcom, że po bitwie pod Tannenbergiem nie ściągnęły większych sił na front wschodni i nie rozpoczęły ofensywy na wschodzie w kierunku Łomży, jak sugeruje Pan, Centek, który jak widać nie bardzo rozumie to co czyta i kolejny raz formułuje opinie oparte na na temat Juliusza Batora na podstawie jego rzekomych wypowiedzi, których w tekście Wojny Galicyjskiej nie ma.


J.B.
c.d.n.


Ostatnio zmieniony przez galicjanin dnia Pon 21 Sty, 2013 18:49, w całości zmieniany 1 raz

Sro 03 Gru, 2008 12:03

Powrót do góry
galicjanin
Starszy szeregowiec

Starszy szeregowiec




Posty: 33
Pochwał: 1
Skąd: Rabka Zdrój
Odpowiedz do tematu Odpowiedz z cytatem

Tekst recenzji Jarosława Centka (c.d.):

Wraz z objęciem funkcji dowódcy 9 Armii Hindenburg nie został wcale awansowany na głównodowodzącego wszystkimi siłami niemieckimi na Wschodzie (s. 81), tylko jego dowództwu podporządkowano także 8 Armię34. Głównodowodzącym na froncie wschodnim – OberbefehlshaberOst (w skrócie Ober-Ost) Hindenburg został dopiero 1 listopada 1914 r.35

Uwaga Juliusza Batora:

1) Zarzut byłby słuszny, gdyby dotyczył rozprawy naukowej, ale wytknięte stwierdzenie nie jest wielkim błędem w eseju popularnonaukowym, zwłaszcza, że Hindenburg od czasu zwycięstwa pod Tannenbergiem był powszechnie uznanym autorytetem w sprawach wojny z Rosją. Ponadto dwie wspomniane armie (dowodzona przez Hindenburga nowa 9 armia i podporządkowana mu 8 armia) stanowiły całość sił niemieckich na froncie wschodnim. Juliusz Bator niewiele wiec się pomylił, bo w ten sposób rzeczywiście powierzono mu kierownictwo nad wszystkimi siłami niemieckimi na froncie wschodnim. Nadanie mu w1 XI funkcji OberbefehlshaberOst było tylko formalnym potwierdzeniem stanu rzeczywistego istniejącego od miesiąca.
2) Książka populano-naukowa musi przedstawiać wiele spraw w pewnym uproszczeniu kierując się zasadą, że stan faktyczny (w tym przypadku rzeczywiste kierowanie frontem wschodnim) ma priorytet przed stanem formalnym (w tym przypadku: urzędowy awans i tytuł).

Tekst recenzji Jarosława Centka (c.d.):

Koncepcja przeprowadzenia ofensywy w kierunku Wisły powstała z jednej strony z chęci osłony Górnego Śląska oraz konieczności udzielenia pomocy zagrożonym Austro-Węgrom, które w przeciwnym razie mogły utracić kontrolę nad przełęczami karpackimi36. Operacja jednak nie powiodła się, co oczywiście J. Bator wykorzystał by winą za odwrót Dankla spod Dęblina obarczyć Niemców, którzy rozpoczęli odwrót wcześniej (s. 91 i n).

Uwaga Juliusza Batora:

1) Pan Centek bezpodstawnie przypisuje sobie znajomość intencji autora Wojny Galicyjskiej formułując znów absurdalne oskarżenie , ponieważ w przedmiotowej kwestii Juliusz Bator niczego nie wykorzystuje, ani nie tworzy, lecz jedynie popularyzuje tezy Jana Dąbrowskiego.
2) Aby nie pozostawić, co do tego żadnej wątpliwości i ukazać oczywista manipulację ze strony Pana, Centka przytaczam tu cytat z Wielkiej Wojny J. Dąbrowskiego:
„Niemcy cofnęli się na linię Łowicz (...) – Skierniewice-Rawa-Nowe Miasto-Białobrzegi. Przez to zagięcie frontu na północy w trudnym położeniu znalazła się także i austriacka armja 1-sza walcząca pod Dęblinem, a zagrożona przez to na lewem swem skrzydle...Ze strony niemieckiej niejednokrotnie tłumaczono niepowodzenie całej akcji pod Warszawą tem, że armja Dankla nie spełniła swego zadania pod Dęblinem i że przegrana jej spowodowała odwrót. Zasadniczo twierdzenie to nie jest słuszne: jak widzieliśmy powód załamania się akcji austriacko-niemieckiej na lewym brzegu Wisły leżał w zakrojonym na szeroka skalę manewrze rosyjskim i w przerzuceniu całych mas wojsk rosyjskich na przyczółek warszawski [ tzn. na teren, który był powierzony armii niemieckiej – nie austro-węgierskiej. – Uwaga J.B.]” (J.Dąbrowski, Wielka Wojna, s. 242-243)


Tekst recenzji Jarosława Centka (c.d.):

W rzeczywistości jednak to siły niemieckie walczyły w znacznej przewadze nieprzyjaciela, wiążąc w samych Prusach Wschodnich dwie armie rosyjskie, a siły austro-węgierskie pomimo odciążenia frontu galicyjskiego nie tylko nie były w stanie przeprowadzić skutecznej ofensywy, ale nawet zostały zmuszone do prowadzenia walk obronnych nad Sanem.

Uwagi Juliusza Batora:

Autor recenzji zapomina, że:
1) W chwili rozpoczęcia operacji Wisła-San broniące się siły rosyjskie miały miażdżącą przewagę nad siłami obydwu sojuszników razem wziętych, wiec operacja nie miała szans na powodzenie.
2) Główne siły rosyjskie skupiły się tym razem w Królestwie Kongresowym – nie w Prusach Wschodnich.
3) Uwaga o wiązaniu sił rosyjskich w Prusach Wschodnich jest oczywiście słuszna, lecz równie dobrze można powiedzieć, że to armie austro-węgierskie wiązały wielkie siły rosyjskie we Galicji dając wojskom niemieckim szansę na wykonanie uderzenia na Warszawę.
4) Wg Pana Centka wojska austro-węgierskie „ nie tylko nie były w stanie przeprowadzić skutecznej ofensywy, ale nawet zostały zmuszone do prowadzenia walk obronnych nad Sanem”. Jest to bardzo subiektywna ocena autora. W rzeczywistości armie austro-węgierskie zdołały oczyścić z Rosjan środkową część Galicji i odblokować twierdze przemyską. Prawdą jest, że nie wykonały one drugiej części zaplanowanej operacji, tj. odbicia wschodniej Galicji, ale przecież Niemcy również nie zdołali wykonać swojego planu – zdobycia Warszawy, w czym wojska austro-wegioerskie nie ponoszą większej winy, niż niemieckie nie przyczyniając się do powodzenia austro-egiowerskiego natarcia w Galicji.
5) Pan Centek ma wyraźna skłonność do stawiania Austro-Węgier w pozycji „młodszego brata” niemieckiego sojusznika, (czyli wczuwa się w niemiecki punkt widzenia), zaś autor Wojny Galicyjskiej uważa obie strony za równorzędnych partnerów, przy czym ze względu na ilość zaangażowanych sił na froncie wschodnim i cele ekspansji rosyjskiej – im właśnie należał się tu priorytet i kierownictwo wszystkich operacji, (czyli wczuwa się w austro-węgierski punkt widzenia. Nie ma żadnego powodu, aby nadać Panu Centkowi większy walor obiektywności niż Juliuszowi Taborowi. Ani jeden ani drugi nie jest obiektywny, tylko autor Wojny Galicyjskiej tego nie tai i nie prawi z tego tytułu żądnych umoralniających kazań swoim adwersarzom.
6) Wszystko są to jednak tylko drugorzędne dywagacje, bo wobec przewagi rosyjskiej i szczególnej zaciekłości Rosjan w obronie swych zdobyczy w Galicji Wschodniej – wykonanie drugiej części planu nie miało żądnych szans ani w pasie działań niemieckich, ani austro-węgierskich.


Tekst recenzji Jarosława Centka (c.d.):

Sytuacja była bardzo poważna, ale Hindenburg wciąż miał nadzieję na zdobycie Warszawy ; gdy poprosił Conrada o posiłki szef AOK mógł je zabrać z biernych odcinków frontu ; dowódca 9 Armii spotkał się z odmową AOK nie chciało doprowadzić do przemieszania wojsk (ze względów prestiżowych, a może osobistych ambicji Conrad nie chciał oddać jednostek c. k. armii pod dowództwo niemieckie) ; zgodzono się tylko na rozszerzenie odcinka c. k. 1 Armii37.

Uwaga Juliusza Batora:

1) Nadzieja Hindenburga była bezpodstawna i równie nierealna, jak nadzieja Conrada, że po bitwie pod Tannenbergiem Niemcy przerzucą jakieś siły z fronty zachodniego. W jednym i drugim przypadku nie było po prostu żadnych „biernych odcinków frontu”, ani sił niezaangażowanych w walkę. Jeśli wojska austro-węgierskie okazały się niewystarczająco silne, aby wyprzeć Rosjan za San, to skąd miały wziąć siły, aby wesprzeć Niemców pod Warszawą?
2) Sprawę można odwrócić:, Dlaczego to Austro-Węgry dysponujące na froncie wschodnim siłami czterech armii operujących na zasadniczym,kierunku ekspansji rosyjskiej miały poddawać swe siły pod komendę słabszego liczebnie sojusznika (tylko 2 armie) operującego na drugorzędnym z punktu widzenia Rosjan froncie? Dlaczego to Pan Centek wykazuje tak wiele zrozumienia dla ambicji, poczucia prestiżu i potrzeb niemieckiej armii, a nie uznaje takich samych racji strony austro-wegierskiej?
3) Rozszerzenie odcinka austro-węgierskiego aż po Dęblin trudno określić mianem „tylko” – wziąwszy pod uwagę długość frontu w Galicji w Karpatach. Należy użyć raczej słowa „aż”.


Tekst recenzji Jarosława Centka (c.d.):

W tym kontekście można też nawiązać do innej kwestii - J. Bator zarzuca generałowi von Falkenhaynowi kierowanie się niemiecką racją stanu (s. 148, przyp. 11), przy czym zawsze chwali Conrada, gdy ten broni austro-węgierskiej racji stanu. Tymczasem szef AOK niejednokrotnie staraał [sic!7] się uzyskać jak największąsamodzielność [sic!8] i niezależność od sojuszników, co nie
zawsze było połączone z korzyścią dla operacji wojennych38.

Uwagi Juliusza Batora:

1) Nie ma historyków obiektywnych i nie sili się nim być autor Wojny Galicyjskiej. Każdy historyk broni świadomie, lub nieświadomie jakieś racji stanu, a jakąś odrzuca. Np. historycy polscy oceniając wojnę 1939 roku na ogół bliscy są polskiej racji stanu, a nie zgadzają się z racja stanu hitlerowskich Niemiec, choć i Hitler miał niewątpliwie swoje racje. Autor Wojny Galicyjskiej jest Węgrem, więc bliższa mu jest austro-wegierska racja stanu niż niemiecka.
2) Historycy są tu zupełnie (a nawet paranoicznie) niekonsekwentni: Z jednej stronny zarzucają, Conradowi, ze starał się uzyskać jak największą samodzielność (przy okazji pytanie:, od kogo, skoro nie istniało żadne wspólne dowództwo obu sprzymierzeńców, ani żadna umowa międzynarodowa o podporządkowaniu operacyjnym sil austro-węgierskich niemieckiemu dowództwu?), A z drugiej strony zarzucają dowództwu austro-węgierskiemu i w ogóle władzom monarchii, że ulegały sojusznikowi i nie broniły się przed tym, aby stać się satelita Niemiec. Czyli i tak źle i tak niedobrze. A może chodzi po prostu o to, że wg przyjętego dogmatu po prostu Austro-Węgry muszą być winne, bo ktoś musi być winny, a przecież nie mogą być winne nieskazitelne Niemcy?


Tekst recenzji Jarosława Centka (c.d.):

Co zresztą doskonale widać na przykładzie ofensywy w kierunku Wisły. Teza J. Batora, że porażka armii Dankla pod Dęblinem została spowodowana przez paniczny odwrót niemieckiego sprzymierzeńca (s. 99) w żaden sposób nie przystaje do rzeczywistości. Siły niemieckie wycofały się spod Warszawy, ponieważ nie było szans jej zdobycia i Hindenburg z Ludendorffem uznali, że nie ma sensu wytracać żołnierzy w walkach na wyczerpanie, w które zamieniła się wówczas ofensywa 9 Armii39.

Uwaga Juliusza Batora:

1) Co nie przystaje do rzeczywistości, skoro fakty są takie, że niemieckie dowództwo w trakcie toczącej się bitwy pod Dęblinem wycofało swe jednostki na styku z lewym skrzydłem armii Dankla i w ten sposób naraziły je na okrążenie od północy. Właśnie skutkiem tego Dankl nie mógł kontynuować bitwy i musiał zdecydować się na odwrót.
2) Jak można nazwać sytuację, (jeśli nie panika), jeśli ktoś podejmuje samowolnie nie uzgodniona z sojusznikiem decyzje o odwrocie na samą wieść o tym, że przeciwnik gromadzi potężne siły i uchyla się od próby powstrzymania przeciwnika narażając na fiasko cala operacje i front, aby uniknąć własnych strat?
3) Dlaczego Pan Centek tak się pieni na uwagę Juliusza Batora o „panicznym odwrocie niemieckiego sprzymierzeńca” skoro większość historykowi (np., Klimecki, a i on sam) nieustannie nazywają odwroty wojsk austro-węgierskich panicznymi i klęskami, pomimo że miały identyczny cel: wyprowadzenie armii z pozycji niemożliwych do utrzymania i ocalenie ich siły operacyjnej dla przyszłej kontrofensywy??


Tekst recenzji Jarosława Centka (c.d.):

Także J. Dąbrowski przyznaje że Dankl przegrał pod Dęblinem, mimo iż uważa, że nie można na niego zrzucić całej winy za porażkę w tej operacji. W żadnym miejscu nie wspomina o panicznym odwrocie Niemców spod Warszawy40.

Uwagi Juliusza Batora:

1) To, co pisze na ten temat Dąbrowski przedstawiono powyżej. Powoływanie się recenzenta na ta opinie jest bezpodstawne.
2) Wprawdzie rzeczywiście Dąbrowski nie użył słowa „panika”, ale nie omieszkał wykazać, że odwrót Dankla był wymuszony wcześniejszym odwrotem graniczących z ni oddziałów niemieckiej 9 armii.


Tekst recenzji Jarosława Centka (c.d.):

W każdym razie Niemcy nie zarzucili planów ofensywnych na wschodzie i podjęli decyzję o przegrupowaniu w kierunku północno wschodnim, gdzie w rejonie Torunia i Inowrocławia koncentrowano siły do kolejnego uderzenia41

Uwagi Juliusza Batora:

1) Teza, że „ w każdym razie Niemcy nie zarzucili planów ofensywnych na wschodzie” jest mocno wątpliwa. Niemcy nie mieli w tym momencie sił na żądną nowa akcje ofensywną. Po prostu wycofali się, aby osłaniać swoje terytorium na pozycjach możliwych do utrzymania. Oczywiście jest prawdą, że każdy odwrót jest ruchem mającym na celu osiągniecie takich pozycji, z których możliwa będzie kontrofensywa, ale to nie oznacza, że planuje się ja już w chwili odwrotu.
2) Dziwnym trafem podobni do Pana Centa historycy wojskowości nie są tak łaskawi dla oceny austro-węgierskich odwrotów, jak dla odwrotów niemieckich armii. Jeśli wycofują się wojska C. i K. Monarchii to zawsze jest do dla nich oczywiste potwierdzenie: błędnych planów operacyjnych, nieudolności dowódców austrpo-węgierskich, niskiej jakości wojsk, fatalnego uzbrojenia i zaopatrzenia. Jeśli to samo czynią armie cesarza Wilhelma jest to dla nich zawsze jedynie: uzasadniony manewr operacyjny służący do zajęcia lepszych pozycji celem uzyskania dogodniejszej bazy do kontrofensywy. Tak wygląda sławetny obiektywizm ocen „obrońców prawdy historycznej”.


Tekst recenzji Jarosława Centka (c.d.):

Odnośnie bitwy pod Łodzią należy wspomnieć, że nie groziła tam Niemcom ostateczna katastrofa ; w okrążeniu znalazł się tylko XXV Korpus Rezerwowy, a nie cała armia. Poza tym o ciężkiej sytuacji sił niemieckiej 9 Armii zadecydowała interwencja rosyjskiej 5 Armii, która nadeszła na pole bitwy z południa, co niewątpliwie pomogło siłom austro-węgierskim42.

Uwagi Juliusza Batora:

1) Autor recenzji twierdzi, że „nie groziła tam Niemcom ostateczna katastrofa”, bo „w okrążeniu znalazł się tylko XXV Korpus Rezerwowy, a nie cała armia” i owo twierdzenie o ostatecznej katastrofie zarzuca autorowi książki jako niezgodne z prawdą. Jednakże nie zwraca uwagi na pewien drobiazg, a mianowicie na słowo: tam ( w oryginale, czyli w Wojnie Galicyjskiej (str. 106) nie użyto słowa tam, ale konkretne miejsce: „pod Brzezinami”. Otóż Juliusz Bator wcale nie twierdzi w swej książce, że Niemcom groziła zagłada w skali całej wojny, lecz w skali lokalnej, czyli w miejscu, którego sprawa dotyczy. To, ze otoczonemu korpusowi groziła katastrofa raczej nie ulega wątpliwości, z czym zgodzić się musi nawet Pan Centek.
2) Pan Centek wierzy oczywiście, że zmuszenie do kapitulacji całego otoczonego korpusu nie wywarłoby zgubnego skutku na morale niezłomnej 9.Armii niemieckiej i że nie osłabiłoby jej siły operacyjnej, skoro sam stosuje słowo „tylko”. Na czym buduje taką wiarę? A może jednak ewentualna zagłada XXV Korpusu mogłaby osłabić 9. Armie na, tyle, że ta nie zdołałaby zasłonić kierunku śląskiego i wielkopolskiego? Jakie byłyby szanse Państw Centralnych w wojnie w sytuacji utraty przez Niemców Śląska i otwarcia drogo do czech będących bazą przemysłową monarchii, lub wręcz w razie ataku Rosjan bezpośrednio w kierunku berlińskim, którego nie zasłaniała żadna dodatkowa armia?
3) Jak należy się spodziewać winą za ciężką sytuacje 9. Armii niemieckiej pod Łodzią pan Centek delikatnie obciążył 2 armię austro-węgierską (sugestia: 5. Armia rosyjska nadeszła z południa, a nie powinna nadejść, bo psim obowiązkiem austro-0egirskiego sojusznika było trzymać ja od pola walki z dala). Jakże inaczej jednak wyglądała sytuacja kiedy chodziło o opuszczenie przez Niemców pozycji na północ od austro-węgierskiej armii Dankla. Wówczas, zdaniem Pana Centkla nie byli oni winni, lecz winny był Dankl, który nie mógł sobie poradzić z Rosjanami. Otóż wet za wet., Jeśli Niemcy nie byli winni narażając na otoczenie lewego skrzydła armii Dankla, to i austro-wegierska druga armia nie była winna temu, że niemiecka 9 armia nie mogła sobie poradzić z Rosjanami pod Łodzią.
4) Oczywiście jest prawdą, ze bitwa pod Łodzią pomogła armiom austro-węgierskim w Galicji, bo wiązała znaczne siły rosyjskie, ale na tej samej zasadzie bitwa krakowsko-limanowska jeszcze bardziej pomogła Niemocom pod Łodzią wiążąc jeszcze znaczniejsze siły rosyjskie.


Tekst recenzji Jarosława Centka (c.d.):

W każdym razie zdaniem piszącego te słowa rosyjski walec parowy został zatrzymany w wyniku nieudanych operacji na obu skrzydłach ; pod Łodzią i Krakowem, jednak niestety znaczenie pierwszej z tych bitew J. Bator zbytnio marginalizuje43.


Uwagi Juliusza Batora:

1) Recenzent chyba nie doczytał tytułu książki Juliusza Batora (Wojna galicyjska) i podtytułu (działania armii austro-węgierskiej na froncie północnym (galicyjskim). Wynika stad chyba jasno, że zgodnie z tematem książki ( zakresem geograficznym i tematycznym) autor musiał poświęcić znacznie więcej miejsca bitwie krakowsko-limanowskiej niż bitwie pod Łodzią.
2) Pomimo szczupłego opisu zmagań pod Łodzią Juliusz Bator wcale jej nie marginalizuje, a przeciwnie podkreśla wielokrotnie jej wagę, chwaląc przy tym zarówno bohaterska postawę Litzmana, jak i wysiłek żołnierzy niemieckich.
3) Panu Centkowi wydaje się jedynie czymś niesłychanym, że autor poświecił więcej uwagi bitwie pod Krakowem i Limanową niż bitwie pod Łodzią, bo przecie z wszyscy przywykli do tego, że działania armii austro-węgierskiej się marginalizuje, a nie na odwrót.


Tekst recenzji Jarosława Centka (c.d.):

W operacji limanowsko-łapanowskiej wzięła udział 47 Rezerwowa Dywizja Piechoty (por. s. 115, przyp. 36), która miała ponieść ciężkie straty ze względu na brak doświadczenia przyniesionych z zachodniego frontu Niemców w walkach obronnych na linii pozbawionej umocnień polowych (s. 122). Po pierwsze 47 RDP była [sic!9] świeżą jednostką, która przeszła swój chrzest bojowy dopiero w październiku 1914 r.44 i nie miała w ogóle zbyt wiele doświadczenia.
U8
Po drugie została użyta na kluczowym odcinku frontu i znaczna część strat została przez nią poniesiona w czasie ataku w pierwszej fazie operacji. Po trzecie, zbudowanie linii umocnień polowych nie trwa długo ; okopy dla stojących żołnierzy można było wykonać w 1 do 3 godzin, przy założeniu, że na 1 kroku przypadał 1 żołnierz45.


Uwagi Juliusza Batora:

1) W grudniu 1914 roku wojna trwała dopiero kilka miesięcy i wszystkie walczące jednostki były stosunkowo świeże.
2) Z tego, że przeżyła swój chrzest bojowy w październiku 1914 roku nie wynika, że Uwaga dotycząca doświadczeń frontu zachodniego nie jest słuszna. Jaki związek ma jedno z drugim?
3) Zdanie Pana Centka „została użyta na kluczowym odcinku frontu i znaczna część strat została przez nią poniesiona w czasie ataku w pierwszej fazie operacji” można odnieść do każdej jednostki biorącej udział w operacji. Wszystkie ponosiły największe straty w czasie ataku i każdy odcinek ( nie ujmując nic 47 RDP) miał istotne znaczenie.
4) „zbudowanie linii umocnień polowych nie trwa długo; okopy dla stojących żołnierzy można było wykonać w 1 do 3 godzin, przy założeniu, że na 1 kroku przypadał 1 żołnierz45”. – To słuszna Uwaga, tyle, że bez związku z książką Juliusza Bat ora, który nigdzie nie twierdzi, że w czasie przedmiotowej bitwy nie budowano okopów, tylko, że nie było stałej linii umocnionej jak na froncie zachodnim! Między zwykła dziurą w ziemi, lub prowizorycznym rowem, a całym systemem okopów umocnionych drewnianą konstrukcją jest kolosalna różnica.


Tekst recenzji Jarosława Centka (c.d.):

Nieco przesadzone wydaje się stwierdzenie J. Batora, że niedaleko szczytu [góry [sic! 9, nie góry, tylko wzgórza !] Jabłoniec pod Limanową J.C.] Othmar Muhr zrozumiał, iż kluczowa pozycja całego frontu dostała się w ręce wroga i że w tej chwili decyduje się

los bitwy, a nawet całej wojny i monarchi [błąd!] (s. 129).

Uwaga Juliusza Batora:
Zarzut niejasno sformułowany: Nie wynika zeń czy Juliusz Bator przesadza pisząc, że: „niedaleko szczytu [góry Jabłoniec pod Limanową J.C.] Othmar Muhr zrozumiał, iż kluczowa pozycja całego frontu dostała się w ręce wroga”, czy też, że „w tej chwili decyduje się los bitwy, a nawet całej wojny i monarchii (s. 129).” W recenzji zarzuty należy stawiać jednoznacznie i nie należy robić literówek, które tak bardzo tępi się w recenzowanej książce!



Tekst recenzji Jarosława Centka (c.d.):

Niewątpliwie dramatyczne walki o Jabłoniec zdecydowały o sukcesie pod Limanową, ale gdyby Rosjanie w tej bitwie zwyciężyli, to raczej nie rozstrzygnęłoby to wojny.

Uwagi Juliusza Batora:

Pan Centek ponownie absolutyzuje swoje własne zdanie podnosząc je do rangi uniwersalnej (niewątpliwie, – dla kogo?!). Otóż wg mnie gdyby Rosjanie w tej bitwie zwyciężyli oznaczałoby to:
a) Osaczenie Krakowa od południa i narażenie go na trzeci szturm, którego twierdza mogłaby nie wytrzymać.
b) Konieczność wycofania sił austro-węgiereskich z całej Galicji, co miałoby natychmiastowe zgubne skutki strategiczne i polityczne.
c) Natychmiastową kapitulacje Przemyśla, bo nie byłoby żądnej nadziei na odsiecz.
d) Zagrożenie Bramy Morawskiej i otwarcie drogi do czech, które były przemysłowym zapleczem monarchii, a jednocześnie terenem podatnym na propagandę panslawistyczną,
e) Prawdopodobny wzrost tendencji antywęgierskich i prorosyjskich na Słowacji, a tym samym utrudnienie obrony na Linii Karpat
f) Prawdopodobna Konieczność wycofania linii obronnych do Dunaju ( w oparciu o twierdze Komarom) i Góry Bukowe,
g) Prawdopodobne natychmiastowe wystąpienie Rumunii przeciw Austro-Węgrom,
h) Prawdopodobna wielka ofensywę serbską.
Mam pytanie:, czego jeszcze Panu Centkowi brakuje w tym zestawie do ostatecznej katastrofy monarchii Franciszka Józefa, a tym samym do zakończenia wojny w ogóle, bo przecież nie ma wątpliwości, że Niemcy pozbawione sojusznika byłyby szybko skazane na zagładę? Zanim Pan, Centek ponownie wygłosi jakieś „absolutne słuszne” zdanie radziłbym najpierw nieco wysilić wyobraźnię.


Tekst recenzji Jarosława Centka (c.d.):

Austro-węgierskie zwycięstwo wymusiło na Rosjanach cofnięcie frontu i odstąpienie od prób zdobycia Krakowa, ale nie zlikwidowało zagrożenia utraty Galicji, nie mówiąc już o rozstrzyganiu wojny46.

Uwaga Juliusza Batora:

Oczywiście – nie zlikwidowało zagrożenia na przyszłość, ale ocaliło Monarchię w konkretnej chwili, a ponadto tak się złożyło, że skutki tego zwycięstwa okazały się trwale i Rosjanie nie zdołali już posunąć się na zachód do linii osiągniętych w listopadzie i grudniu 1914 roku.


Tekst recenzji Jarosława Centka (c.d.):

Przy tych wydarzeniach nasuwa się także jeszcze jedna Uwaga Juliusza Batora - ówcześni korespondenci wojenni nie mogą być traktowani jako stuprocentowe źródło w rejonie Jabłońca nie mogło polec 1200 Rosjan (s. 131, przyp. 80), skoro na okolicznych cmentarzach (Limanowa, Jabłoniec, Stara Wieś- Golców) pochowano zaledwie 334 Rosjan47.

Uwagi Juliusza Batora:

1) Zarzut dość kuriozalny, bo Pan Centek podejmuje tu polemikę nie z Juliuszem Batorem, ale z korespondentem wojennym – naocznym świadkiem zdarzeń, który napisał swą relacje nazajutrz po bitwie. Oczywiście, Pan Centek po dziewięćdziesięciu latach – wie lepiej jak wyglądało pobojowisko na Jabłońcu niż niemiecki korespondent, Roda, który widział je tuż po bitwie.
Naiwny jest zwłaszcza argument powołania się na ilość Rosjan pochowanych na pobliskich cmentarzach. Cmentarze te nie powstały (jak wie każdy nawet zupełny dyletant) zaraz po, bitwie, ale znacznie później i niestety nie wszyscy polegli znaleźli na nich miejsce spoczynku. Gdyby tak było wówczas trzeba by zapytać, co się stało z ogromną ilością brakujących żołnierzy obu stron, bo liczba strat wymieniana w źródłach i opracowaniach wielokrotnie przekracza liczbę osób pochowanych na cmentarzach wojskowych?
2) Uderza też zasadność poddawania w wątpliwość rzetelności korespondenta wojennego (jednego z najlepszych) przez początkującego historyka, jakim jest niewątpliwie Pan Centek, który przecież jak wykazują choćby te uwagi do recenzji nie jest niewątpliwie takim kryształem, za jakiego chce być uważany (stronniczość i manipulacje widoczne w każdym nieomal zdaniu recenzji).


Tekst recenzji Jarosława Centka (c.d.):

J. Bator myli się, zarzucając Falkenhaynowi, że błędnie szukał rozstrzygnięcia we Francji. Przecież pokonanie Rosji w 1918 r. nie zapobieglo [sic! 10] klęsce Państw Centralnych. Gdyby pokonano Rosję w 1915 r., też wcale nie ma pewności, czy by to coś zmieniło. W przeprowadzonej przed wojną grze wojennej, w której założono ofensywę wschodnią, po początkujących sukcesach, strona niemiecka poniosła i tak klęskę, pobita na zachodzie przez siły francusko-brytyjskie48. Owszem, była to tylko gra wojenna, jednak jej wynik pokazał wysoce prawdopodobny scenariusz.

Uwagi Juliusza Batora:

Pan Centek ponownie zapomina o pewnych drobiazgach, które burzą jego koncepcje – nie mówiąc już o tym, że pisząc, iż autor „Wojny Galicyjskiej” się myli ponownie "zapomniał" napis pisać wg, kogo się myli. A mianowicie:
1) W 1918 roku Państwa Centralne były wyniszczone kilkuletnia blokadą gospodarczą, zaś w 1914 i 1915 roku zjawisko to jeszcze nie występowało.
2) W 1918 roku na froncie zachodnim Niemcy mieli do czynienia nie tylko z siłami francuskimi, angielskimi i belgijskimi, lecz także z amerykańskimi, przy czym ilość Amerykanów i ich sprzętu nieustannie rosła. W 1914 i 1915 roku Stany Zjednoczone były neutralne.
3) Jasne jest wiec, że gdyby Niemcy i Austro-Węgry uporały się z Rosja do 1915 roku i zmusiły ją do pokoju, lub choćby tylko pozbawiły od razu możliwości ofensywnych, to Niemcy ( które nie przeżyłyby jeszcze blokady, rzeźni pod Verdun i nie byłyby w stanie wojny z USA) skierowawszy swe siły na zachód mieliby o wiele większe szanse zwycięstwa niż 1918 roku.
4) Gra wojenna nie jest żądnym argumentem, ponieważ jej uczestnicy znają już realny wynik wojny i podświadomie wpływa to na ich wyobraźnie, a tym samym na przebieg gry.


Tekst recenzji Jarosława Centka (c.d.):

Nie można się zgodzić z tezą J. Batora, że pozostawienie Falkenhayna na stanowisku szefa OHL odsunęło skuteczne akcje państw centralnych na cztery miesiące (s. 146, przyp. 9), gdyż rzeczywistość wygląda nieco inaczej.Falkenhayn postanowił wiosną 1915 r. przeprowadzić wielkie uderzenie na froncie zachodnim. Do tego celu 3 marca 1915 r. rozpoczęto formowanie niemieckiej 11 Armii, której szefem sztabu został słynny później
pułkownik Hans von Seeckt, a pierwszym dowódcą generał piechoty Max von Fabeck (ale wkrótce został przeniesiony na stanowisko dowódcy 1 Armii)49. Seeckt nie pozostawiał wątpliwości co do celu Falkenhayna: zamierza on zmienić zastój na froncie zachodnim w wojnę manewrową i tu doprowadzić do rostrzygnięcia50. Opracowano wówczas plany uderzenia na północ od Sommy w kierunku Kanału la Manche51, podobnie zresztą Niemcy uderzyli wiosną 1918 r.52 Niestety ciężka sytuacja austro-węgierskiego sojusznika zmusiła Falkenhayna do zarzucenia tych planów i ratowania sytuacji w Galicji.

Uwagi Juliusza Batora:

1) W recenzji Pan Centek stawia zarzut „Nie można się zgodzić z tezą J. Batora, że pozostawienie Falkenhayna na stanowisku szefa OHL odsunęło skuteczne akcje państw centralnych na cztery miesiące (s. 146, przyp. 9), gdyż rzeczywistość wygląda nieco inaczej”, a następnie w dalszej części wywodu wcale nie dowodzi, dlaczego J. Bator nie ma racji, ale popisuje się swoja erudycja na temat kampanii na froncie zachodnim na wiosnę 1915 roku, co nie pozostaje w żądnym związku z zarzutem.
2) Pozostawienie Falkenhayna na stanowisku odsunęło akcje państw centralnych o cztery, miesiace dlatego, że wykorzystał je on na organizowanie akcji ofensywnej na zachodzie, która tam nie mogła przynieść rozstrzygnięcia i oznaczała jedynie zmarnowanie ludzi i sprzętu. Gdyby (wg autora „Wojny Galicyjskiej”) funkcje te przejął Hindenburg – wówczas byłaby szansa na zmianę priorytetu, przestawienie akcji ofensywnej na froncie zachodnim na defensywną, przeniesienie znaczących sił niemieckich na wschód już w styczniu, lutym 1915 roku i natychmiastowe rozpoczęcie ofensywy gorlickiej. Uniknięto by w ten sposób: ciężkich bojów w Karpatach, utraty Przemyśla i niepotrzebnych ponownych zmagań z Rosjanami w Prusach wschodnich. To właśnie chciał powiedzieć autor Wojny Galicyjsakiej, a pan Centek nie zdołal zaprezentować żadnego argumentu, który uzasadniałby nieprawidłowość jego wnioskowania, lub nieprawdopodobieństwo przedstawianych wydarzeń.
3) Autor recenzji pisze: „Niestety ciężka sytuacja austro-węgierskiego sojusznika zmusiła Falkenhayna do zarzucenia tych planów i ratowania sytuacji w Galicji”. Po pierwsze dlaczego „niestety”? Autor Wojny Galicyjskiej napisałby „Na szczęście”. Żadna akcja na froncie Zachodnim przed rozprawieniem się z Rosja nie miała szans powodzenia. Taka ofensywa nie udała się ani wcześniej w 1914 roku, ani później w 1916 roku, ani w 1918 roku. Oznaczałaby tylko zwiększenie niepotrzebnej „jatki narodów”. Po drugie widać znów germanocentryzm Pana Centka, który zawsze podziela niemiecki punkt widzenia – nawet wtedy, gdy wynik pierwszej wojny światowej pokazał jego absurdalność. Równie dobrze można by bronić austro-węgierskiej tezy: „ Niestety błędne założenia strategiczne i błędna koncepcja wojny na froncie zachodnim wypracowana przez niemieckiego sojusznika omal nie doprowadziła do katastrofy Austro-Węgier i oznaczała ostatecznie przegrana wojnę”


Tekst recenzji Jarosława Centka (c.d.):

Nie tylko niesłuszna, ale wręcz niezrozumiała jest teza J. Batora, jakoby Niemcy ponosili winę za upadek Przemyśla (s. 160). Równie dobrze można by obarczać winą Austro-Węgry za przegraną Niemiec w bitwie nad Marną.

Uwagi Juliusza Batora:

Pan Centek, jak zwykle manipuluje tekstem „Wojny Galicyjskiej” robiąc wrażenie jakoby Juliusz Bator oskarżał Niemców o bezpośrednie spowodowanie upadku Przemyśla. Tymczasem zacytowany fragment odnosi się do spraw ogólno strategicznych przedstawionych powyżej – Niemcy winni byli upadku Przemyśla nie, dlatego, że nie udzielili mu, ani armiom austro-węgierskim bezpośredniej pomocy, ale dlatego, że lansując błędną (zdaniem J.Batora) koncepcję priorytetu frontu zachodniego – w ogóle dopuścili do tego, że mogło zaistnieć coś takiego jak oblężenie i blokada Przemyśla. Gdyby nie upierali się przy tym priorytecie - zwycięstwo nad Rosja porównywalne z gorlickim (być może w innym miejscu) mogłoby nastapic na poczatku wojny, co zaoszczędziłoby życie tysiącom ludzi i zwiększyło szanse zwycięstwa.
1) „Równie dobrze można by obarczać winą Austro-Węgry za przegraną Niemiec w bitwie nad Marną”. Teza ta jest absolutnie fałszywa. Austro-Węgry nie miały żadnego wpływu na klęskę Niemiec nad Marną. W tym momencie wypełniali oni dokładnie uzgodnione zadania, a ich sytuacja na froncie nie była tak zła, aby zmuszała Niemców do udzielenia im znaczącej pomocy. Jeśli cośkolwiek odciągnęło siły niemieckie na front wschodni, to nie pomoc dla galicyjskiego sojusznika, lecz konieczność ratowania Prus Wschodnich. Natomiast Niemcy ponoszą winę za przebieg wydarzeń na froncie wschodnim, ponieważ:
i. Przyjęli błędne założenie pierwszeństwa frontu zachodniego przed wschodnim.
ii. Nie wywiązali się z uzgodnień miedzy sojuszniczych poczynionych Austro - Węgrom.


Tekst recenzji Jarosława Centka (c.d.):

Dumne stwierdzenie, że Twierdza Przemyśl pobiła rekord długości oblężenia w pierwszej wojnie światowej nieco blednie jeżeli weźmie się pod uwagę,że [sic! 11] stało się tak wyłącznie dlatego, że Rosjanie postanowili wziąć twierdzę głodem. (s. 101, przyp 10),

Uwagi Juliusza Batora:

1), Na czym polega błąd autora Wojny Galicyjskiej (pisze o rekordzie w długości obrony twierdzy), skoro żadna z twierdz bronionych w I Wojnie Światowej nie broniła się dłużej?
2) Czy Pan Centek sądzi, że samo głodzenie twierdzy jest wystarczające, aby przedłużyć jej obronę? Przecież żywności zaczęło brakować już w styczniu i na miejscu Kusmanka inny dowódca mógłby się załamać wcześniej i zdecydować w beznadziejnej sytuacji na kapitulację.



Tekst recenzji Jarosława Centka (c.d.):

Jedyną choć trzeba przyznać, że znaczną wymierną korzyścią (poza wpływem na morale armii polowej) z obrony twierdzy był fakt blokowania ważnego węzła kolejowego.

Uwagi Juliusza Batora:

1) Pan Centek nie zdaje sobie widać sprawy z tego, że utrzymanie „morale armii polowej” i nastrojów ludności monarchii jest na wojnie większa korzyścią niż „fakt blokowania ważnego węzła kolejowego”.
2) Uporczywie realizowane zadanie odblokowania Przemyśla było ponadto jedynym realnym bodźcem do podejmowania kolejnych ofensyw w Karpatach i w ostateczności przyczyniło się do utrzymania tej linii i pokrzyżowała rosyjskie plany wtargnięcia na Węgry. Gdyby trzymano się taktyki defensywnej trudniej byłoby utrzymać dyscyplinę wielo etnicznej armii, która zawsze skuteczniejsza jest w ataku niż w obronie. Ofensywa zawsze podnosi nastrój, ponieważ żołnierze i ludność sadza, że państwo dysponuje siła, jeśli atakuje. Defensywa wzmaga natomiast nastroje pesymistyczne: Państwo jest słabe skoro się cofa.



Tekst recenzji Jarosława Centka (c.d.):

Z drugiej jednak strony należy podkreślić, że załoga Przemyśla liczyła znacznie więcej żołnierzy niż armia oblężnicza.

Uwagi Juliusza Batora:

Teza Pana Centka jest znacznie przesadzona. Armia oblężnicza dysponowała przeciętnie około 100 000 żołnierzy. Były to siły dobrze odżywione i mające możliwość rotacji. Załoga Przemyśla miała wprawdzie około 120 000 ludzi, lecz byli oni wygłodzeni, wyniszczeni chorobami i jako odcięci od świata podatni na myśli pesymistyczne. W rzeczywistości pełną wartość bojową posiadało nie więcej niż 20 000, lub 30 000 żołnierzy.


Tekst recenzji Jarosława Centka (c.d.):

Twierdzenie autora, jakoby żądny Sławy Bułgar [Dimitriew J.C.] (...) przekazał dowodzenie 11. Armią oblężniczą gen. Szczerbaczewowi, a sam przejął dowództwo nad 3. Armią rosyjską i pozbył się w ten sposób problemu (s. 194) jest nie do przyjęcia. Przecież żaden oficer nawet dowódca armii nie mógł i nie może nadal samowolnie zmieniać swojego przydziału służbowego!

Uwagi Juliusza Batora:

Autor recenzji pisze: „Przecież żaden oficer nawet dowódca armii nie mógł i nie może nadal samowolnie zmieniać swojego przydziału służbowego!” A kto owi o samowolnej zmianie?! Radko Dymitriew był ulubieńcem wielkiego księcia Mikołaja Mikołajewicza, co budziło zazdrość rosyjskich generałów. Załatwienie sobie pożądanego przydziału nie było chyba dla niego bardzo trudne. Każdy, kto choć trochę zna Rosjan i ich zwyczaje wie, że wszelkie decyzje personalne podejmuje się do dziś zakulisowo. Nie inaczej było i carskiej Rosji.


Tekst recenzji Jarosława Centka (c.d.):

W sprawie autorstwa bitwy pod Gorlicami J. Bator sprytnie manipuluje faktami i datami tak, by dać pierwszeństwo Austriakom (s. 231-234)53. Tymczasem Conrad rzeczywiście w styczniu 1915 r. zaproponował Falkenhaynowi uderzenie z rejonu Gorlic, które jednak wtedy było niewykonalne ze względu na szczupłość sił, później zmienił zdanie i forsował atak z Karpat na skrzydło wojsk rosyjskich, co jednak spotkało się z odmową szefa OHL, obstającego przy planie gorlickim54.

Uwagi Juliusza Batora:

1) Na czym polega tu manipulacja, jeśli Conrad zaproponował Falkenhaynowi uderzenie z rejonu Gorlic w styczniu, a oddziały austro-węgierskie dokonały sondażowego ataku już 9 III 1914 roku ?
Pierwsze ślady jakichkolwiek pozytywnych przemyśleń Falkenhayna na ten temat napotykamy dopiero pod data 31 marca.
2) Czy Pan Centek usiłuje nam wmówić, że w 1915 roku marzec następował; wcześniej niż styczeń?
Jeśli jest w tym jakaś manipulacja, to chyba nie Juliusza Batora, lecz raczej J. Centka. Sam przecież przyznaje, że pomyśl operacji gorlickiej narodził się najpierw w umyśle Conrada!
3) Conrad nie zmienił zdania tylko po prostu musiał zawiesić w czasie swój plan, jeśli nie miał środków do jego wykonania, a Falkenhayn odniósł się do przedsięwzięcia negatywnie. W takim układzie Conrad musiał próbować operacji skrzydłowej jako mniej materiałochłonnej i bardziej wypróbowanej.


Tekst recenzji Jarosława Centka (c.d.):

Już 31 marca 1915 r. Falkenhayn nakazał szefowi niemieckiego kolejnictwa wojskowego, pułkownikowi Wilhelmowi Groenerowi przygotowanie planu przerzucenia koleją 3 korpusów w rejon Nowy Sącz – Tarnow55. Mimo iż było to na krzyżujący plany OHL wypadek awaryjny56, to jednak szef OHL brał to już wówczas pod uwagę. Zresztą wkrótce stało się to głównym planem - 6 kwietnia Falkenhayn zlecił pułkownikowi von Seecktowi przygotowanie takiej operacji, by szybko i skutecznie pomóc Austriakom57. Dnia 13 kwietnia do Conrada trafił już pierwszy zarys opracowanej przez Niemców operacji58, a nie tylko informacja o użyciu czterech korpusów.

Tymczasem dnia 1 kwietnia AOK prosiło o poprawę położenia przez ofensywę większych sił przeciwko flance i tyłom rosyjskiego ataku, z kierunku Gorlic. Ofensywa na wschodniej flance (Pflanzer) w obecnym układzie niemożliwa ze względu na trudności transportowe59.

Conrad miał wówczas prosić o 4 dywizje, które mogłyby pomóc przeprowadzić ofensywę60. Natomiast 4 kwietnia
1915 r. Falkenhayn opowiedział, że kwestia silnego uderzenia z rejonu Gorlic w rejon Sanoka zajmowała go już od dłuższego czasu. [na co dowodem jest opracowanie planu transportu kolejowego do Galicji pod koniec marca. Jej przeprowadzenie zależy od ogólnego położenia i gotowości niezbędnych sił – czterech korpusów
armijnych61.

Sam szef sztabu niemieckiej 11 Armii twierdził: wybór frontu wschodniego, a w szczególności przełamania na wschód od Krakowa jest tylko i wyłącznie czynem generała von Falkenhatna. W tym nie mają udziału ani austriackie Naczelne Dowództwo, ani marszałek Hindenburg. Nikt nie może ocenić tego lepiej, niż ja, który uczestniczyłem w tworzeniu planu i mogłem go wykonać62. Seeckt wygłosił taką opinię, ponieważ zapewne nie wiedział o
styczniowych propozycjach Conrada, kiedy to po raz pierwszy pojawił się projekt uderzenia z rejonu Gorlic.

Wypowiedź szefa sztabu 11 armii jest jednak najlepszym dowodem, że wiosną 1915 r. Falkenhayn co najmniej równolegle z szefem AOK wziął pod uwagę uderzenie z rejonu Gorlic. Z pewnością przydział czterech korpusów przez szefa OHL pozwolił nadać operacji gorlickiej odpowiedni rozmach.

Uwagi Juliusza Batora:

Cały powyższy wywód Centka wcale nie podważa twierdzeń autora Wojny Galicyjskiej, a wręcz przeciwnie – dowodzi tylko tego, że Niemcy wbrew faktom (pierwszeństwo koncepcji Conrada ze stycznia 1915 roku) usiłowali przypisać sobie pomysł ofensywy (wypowiedź Seeckta). Jest to jeszcze jeden z dowodów na niemiecka chęć przypisywania sobie wszystkich pomysłów sojuszników uwieńczonych sukcesem i przyczyna, dla której autor „Wojny Galicyjskiej” nie ma zaufania ani do niemieckich źródeł, ani niemieckich opracowań. Mętna argumentacja recenzenta dowodzi bezsensowności zarzutu o manipulację kierowana w stosunku do autora „Wojny Galicyjskiej”, który po prostu na str. Oddał stan zgodny z rzeczywistością, choć bardzo niewygodny dla miłośników niemieckiej wojskowości.


Tekst recenzji Jarosława Centka (c.d.):

W kontekście powyższych rozważań można uznać tezę J. Batora o sukcesie1; Conrada, w rozmowach berlińskich (s. 237) za nieprawdziwą.

Uwagi Juliusza Batora:

Kolejny bezsensowny zarzut.
Teza J. Batora ze str. 237 dosłownie brzmi tak:
„Berlińskie ustalenia zakończyły się więc niekwestionowanym sukcesem Conrada von Hoetzendorfa:
1. Niemiecki partner uznał słuszność jego pomysłu ofensywnego.
2. Posyłał pomoc dwa razy większą od spodziewanej.
3. Wyrażał zgodę na wspólną akcję, w której ze względu na udział liczebny ( 10 aiustro-węgierskich i 8 niemieckich dywizji), a także na najwyższą komendę decydujący glos miała strona austro-węgierska.”
Centek nazywa tę tezę za nieprawdziwą, ale, w którym punkcie?
Ad 1.
O tym, że pomyśl ofensywy gorlickiej narodził się najpierw w umyśle Conrada wiedział zarówno on, jak i jego partner Falkenhayn, skoro Conrad zwrócił się do niego w tej sprawie już w styczniu 1914 roku. Sukces Conrada polegał na tym, że Falkenhayn, który wówczas odrzucił projekt teraz sam się do niego przekonał. A wiec w punkcie 1) racje ma J. Bator i jego twierdzenie jest prawdziwe.
Ad 2.
Niewątpliwie Conrad pragnął; pomocy większej niż ta, której się domagał. Po prostu po negatywnych doświadczeniach styczniowych rokowań z Falkenhaynem nie sądził, że Niemcy okażą się tak hojni. Niewątpliwie jednak mógł to uważać za sukces, gdyż uprawdopodobniło to zwycięskie zakończenie operacji. A zatem i w punkcie 2) nie ma żądnego fałszu.
Ad 3.
Mackensenowi powierzono kierownictwo operacją i podporządkowano mu dwie armie austro-węgierskie (4. i 3.), ale sam Mackensen został podporządkowany austro-węgierskiej komendzie głównej (AOK). Na placu boju pojawili się osobiście : arcyksiążę Fryderyk (nominalny wódz naczelny), oraz szef sztabu generalnego – Franz Conrad Hotzendorf, wiec nie było to jakieś czysto nominalne „zdalne” kierownictwo. A zatem i tu Konrad odniósł sukces.
Jak się wiec ma do tego absurdalna teza Centka, że cytowana powyżej teza J. Batora jest nieporawdziwa? Kto wprowadza tu czytelnika w błąd? Autor książki – pisząc o faktach zgodnych z prawdą, czy też Centek ślepo ufający rzetelności źródeł niemieckich?


Tekst recenzji Jarosława Centka (c.d.):

Nota bene zarówno Conrad, jak i Falkenhayn byli sojusznikami, więc po co jeden miał odnosić sukcesy w konfrontacji z drugim?

Uwaga Juliusza Batora:

No właśnie, po co? Tak właśnie myślał, Conrad, lecz niestety nie myślał tak wcale Falkenhayn. Conrad pragnął dwóch rzeczy: klęski Rosjan i ocalenia, oraz zabezpieczenia w ten sposób monarchii c. I k. Falkenhayn pragnął czegoś innego: zwasalizowania Austro-Węgier przez Niemcy poprzez postawienie ich w takiej sytuacji, w której zawsze będą zależni od niemieckiej pomocy. Dlatego właśnie usiłował powstrzymać zbyt wielkie rozmiary ofensywy sprzymierzonych po bitwie gorlickiej ( wg niego gdyby Rosja została całkowicie pobita, to, jaki interes miałyby Austro-Węgry w dalszym prowadzeniu wojny i jak można by je uzależnić? Z podobnych względów zatrzymał również w 1916 roku ofensywę sprzymierzonych przeciw armii alianckiej na froncie salonickim.


Tekst recenzji Jarosława Centka (c.d.):

J. Bator wielokrotnie podkreśla, że zdobycie wzgórza Pustki było najważniejszym elementem przełamania gorlickiego, eksponując w ten sposób rolę austro-węgierskiego VI Korpusu Armijnego. Rzeczywiście było to jedna z kluczowych pozycji we froncie rosyjskim, nie można jednak zapominać także o innych ; np. cmentarzu w Gorlicach, który został zdobyty przez

niemiecki XLI Korpus Rezerwowy63.
Uwagi Juliusza Batora:

1) Wzgórze Pustki było najsilniej umocniona pozycją rosyjską, a waga tej pozycji nie jest wymysłem autora Wojny Galicyjskiej, tylko faktem potwierdzonym przez źródła i opracowania. J. Bator niczego tu nie tworzy, ani nie dodaje.
2) Własne ze względu na wagę tego miejsca ze względów prestiżowych sztab austro-węgierski zastrzegł szturm na to miejsce dla własnego VI Korpusu Arza.
3) Cmentarz w Gorlicach był także bardzo ważna pozycja. J. Bator temu nie przeczy i Wojnie Galicyjskiej poświęca opisowi jego szturmu prawie cała stronę (245 i 246). Co się wiec Panu Centkowi nie podoba? Chyba to, ze wymieniono go po opisie natarcia na Pustki, a nie przed nim! A dlaczego niby J.Bator ma dawać pierwszeństwo w opisie XLI Korpusowi Rezerwowemu?


Tekst recenzji Jarosława Centka (c.d.):

J. Bator po raz kolejny sprytnie manipuluje faktami, stwierdzając, że katastrofa Serbii dokonała się błyskawicznie dzięki wystąpieniu Bułgarów. Ani słowem ni wspomina jednak o tym, że w pokonaniu Serbii wzięły także udział znaczne siły niemieckie64

Uwaga Juliusza Batora:

Kolejna manipulacja, ale ze strony twórcy recenzji. Sprytnie nie podaje strony, w której autor „Wojny Galicyjskiej” pisze o wystąpieniu Bułgarów przeciw Serbii, bo musiałby inaczej przyznać, ze nie opisuje się tu wcale batalii bałkańskiej, lecz tylko wspomina się o przystąpieniu Bułgarii do wojny i skutkach tego wydarzenia.

„Gdy jednak prestiż ten (tz. Protektorki Serbii - carskiej Rosji) załamał się na skutek wydarzeń pod Gorlicami, Przemyślem, Lwowem i Dęblinem – wówczas nic już nie mogło powstrzymać Bułgarów przed chęcią odwetu za przegraną niedawno II wojnę bałkańską i katastrofa Serbii dokonała się błyskawicznie”.

Powyższe zdanie nie opisuje wiec militarnych okoliczności rozbicia Serbii – mówi jedynie o politycznych warunkach, które to umożliwiły. J.B. rzeczywiście nie wspomina tu o Niemcach, ale nie wspomina także o udziale, Austro-Węgier, a nie czyni tego, dlatego, że żadna akcja przeciw Serbii bez udziału Bułgarii nie miała szans powodzenia! Nie ma w tym żadnej manipulacji polegającej na świadomym pomniejszeniu udziału Niemców, skoro nie wspomina się też o udziale Austro-Węgier.
Manipulacją jest natomiast sposób w jaki przedstawia cala sprawę w recenzji pan Centek.

cdn

J.B

Sro 03 Gru, 2008 12:05

Powrót do góry
Wyświetl posty z ostatnich:   
Idź do strony 1, 2  Następny Strona 1 z 2

 
Skocz do:  
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Możesz dodawać załączniki w tym forum
Możesz ściągać pliki w tym forum



Publikowane komentarze są prywatnymi opiniami użytkowników Forum.
Redakcja magazynu "Inne Oblicza Historii" nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.